Archiwum dla Styczeń 2011

„Dżozef” Jakub Małecki

Mamy dopiero styczeń, a ja już mam kandydata na moją książkę roku. Mocno zacząłem? Nie, to nie ja. Mocno pojechał Mełecki pisząc „Dżozefa”.

Przyznam szczerze, że na książkę zwróciłem uwagę za sprawą świetnej okładki. Jakub Małecki to pisarz dotąd bliżej mi nie znany. Pierwotnie chciałem poznać się z tym panem przy okazji „Zaksięgowanych” jednak okładkowa, drewnopodobna koza podbiła moje serce.  Z czasem okazało się, że nie ona jedna.

„Dżozef”  opowiada o perypetiach pewnego dwudziestotrzylatka Grziesio Bednara, ksywa Grzechu. Dostaje się on na oddział laryngologiczny miejscowego szpitala w celu zoperowania złamanego nosa. Na sali poznaje Kurza i Marudę. Z czasem dołącza do nich pan Stasiu (Czwarty) – nieco dziwna postać. Czwarty pewnego dnia w gorączce zaczyna snuć opowieść, która niespodziewanie przykuwa uwagę kolegów z sali. W sumie nie było by w tym wszystkim nic dziwnego, gdyby nie znikające drzwi, Joseph Conrad (stąd tytuł powieści jak mniemam) oraz pewien wyjątkowo wredny Kozioł Drewniak.

Celowo zarysowałem fabułę tak lakonicznie. Sam zabierałem się za książkę zupełnie nic o niej nie wiedząc i pozwoliłem się zaskoczyć. Jest to najlepsza droga do poznania „Dżozefa”, który zaczyna się jak powieść dresiarska, szybko jednak ewoluując w coś znacznie bardziej skomplikowanego. Horror, dramat czy nutka fantastyki – książkę naprawdę trudno sklasyfikować. Paradoksalnie owo zróżnicowanie idealnie zagrało, ale o tym za chwilę.

Książka napisana jest prostym, acz nie prostackim językiem. Celowo podkreślam ten fakt, ponieważ szufladkowanie jej w kategorii powieści dresiarskiej, może nasunąć wam błędne przypuszczenia. Nie brakuje w niej określeń typowych dla naszych rodzimy „dresów”, jednak stanowią one zaledwie tło, które kontrastuje ze zdarzeniami pierwszego planu. Zabieg taki sprawdził się rewelacyjnie. Blokowy slang w połączeniu z wtrąceniami z Conrada, aż zgrzyta w bezpośrednim połączeniu, jednak o dziwo nie razi.

„Dżozefa” czyta się błyskawicznie. Akcja pędzi do przodu i nie zwalnia. Zagadnienie dłużyzny w niej po prostu nie występuje. Uczucie zagrożenia wzrasta z każdą stroną i to zarówno w sali szpitalnej, jak i w opowieści snutej przez Czwartego. Jednak sam suspens to nie wszystko. W kilku miejscach w książce uśmiałem się do łez, w innych znowu wzruszyłem. Trudno mi oddać to wrażenie, jakie udaje się Małeckiemu wywrzeć na czytelniku, o tym po prostu musicie przekonać się sami.

Prawdziwymi perełkami „Dżozefa” są jednak jego bohaterowie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio targały mną takie emocje związane z fikcyjnymi postaciami. Grzechu stał się praktycznie moim ziomkiem – kibicowałem mu z zapartym tchem i trzymałbym za niego kciuki, gdybym nie musiał trzymać książki. Z Kurzem, gdyby tylko się dało, od ręki poszedłbym na bronka, a Drewniak… tak, to już po prostu czysta nienawiść. Jednak czy tak do końca? O postaciach drugoplanowych nie będę pisał. Zaznaczę tylko, że są równie wyraziste i ludzkie jak reszta.

Najlepsze zostawiłem jednak na koniec. Moim zdaniem, „Dżozef’ to książka, która ma w sobie moc. Kiedy zbliżałem się do końca, błagałem w myślach, żeby autor zamknął i podsumował całość. Na szczęście tak też się stało. Mimo, że powierzchownie rozwiązania proponowane przez autora wydają się być mocno naciągane, to trafiają mocno i celnie. Książka jest po prostu wbetonowana w naszą polską rzeczywistość i tym wygrywa. Blokowisko, dresiarze, brak perspektyw i pracy, na pierwszy rzut oka gorzej być nie może. Jednak czy aby na pewno?

Najnowsze dzieło Małeckiego można traktować dosłownie. Wtedy rzeczywiście będzie ono bardzo dobrą powieścią dresiarską z nutką realizmu magicznego. Ja jednak proponuję pogrzebać w niej trochę, doszukać się porównań i przenośni od których „Dżozef” aż pęka. Błyskotliwa historia, genialne postacie, rewelacyjny język i kipiące emocje. Dla mnie ideał. Polecam ją wszystkim. Dziewczyny – dajcie ją swoim facetom, ta książka potrafi wywrócić kopułę do góry nogami, a typowo dresiarki początek wciągnie ich zupełnie niepostrzeżenie w cholernie dobrą opowieść, w której rządzi wredny Drewniak.

Książkę polecam słowami Grzecha: „normalnie MA-SA-KRA!”

Wydawca: WAB

Ilość stron: 378

Data wydania: styczeń 2011

Moja ocena: 10/10

Stosik #10

Czołem!

Tym razem cotygodniowy stoik przypadł w sobotę:) Jak widać jest skromnie, moje minimum stosikowe (5 książek) zostało osiągnięte, więc się chwalę. W tle 2 ulubione magazyny mojego szkraba, czyli „Świat Aut” i „Hot wheels”, bardzo chciał żebym zrobił im zdjęcie i prośbie tej uległem:)


Najlepsze jest to, że z tego stosika mam już sporo przeczytane, ale od początku:

Klient John Grisham – thriller mistrza gatunku, może nie aż tak udany jak jego największe bestsellery, ale i tak plasujący się w czołówce gatunku. W skrócie: dzieciak kontra wielkie pieniądze i adwokaci – jest dobrze:) Recenzja w przyszłym tygodniu.

Mariola, moje krople… Małgorzata Gutowska – Adamczyk – komedia a’la Bareja, pisana z mocnym przymrużeniem oka. Na początku powaliła mnie humorem i lekkością, z czasem znudziła… Książka niezła, ale mogła być o wiele lepsza. Recenzja tutaj.

Dżozef Jakub Małecko – mam nadzieję dzisiaj go doczytać, czyli recenzja wkrótce. Książka genialna i niesamowicie wciągająca! Jeżeli zakończenie stanie na wysokości zadania kto wie, czy nie będzie dychy!:) [EDIT] Skończyłem i dycha będzie, nie ma dwóch zdań!!!🙂

Morderstwo pod cenzurą Marcin Wroński – I tom serii kryminalnej o komisarzu Maciejewskim. Lublin, rok 1930 i śledztwo w sprawie morderstwa naczelnego prawicowej gazety. Spodziewam się czegoś naprawdę fajnego po tej książce!

Kino Venuss Marcin Wroński – II tom wspomnianej wyżej serii. Lublin, pornograficzne podziemie i handel kobietami a to wszystko w 1931 roku! Doczekać się nie mogę:)

Jak sami widzicie stosik może i niewielki, ale w moim przekonaniu hitowy:)

Jeszcze poglądowy plan recenzencki na nadchodzący tydzień:) Planuję, że pojawią się recenzje (kolejność przypadkowa): Dziedziczka smoka tom I – Licii Troisi, Klient – Johna Grishama, Traktory (to będzie niespodzianka), Dżozef – Jakuba Małeckiego.

To wszystko na dziś:) Życzę wam udanego weekendu!

Ave!

Pablo

„Mariola, moje krople…” Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Na wszelkiej maści blogach i portalach od jakiegoś czasu systematycznie pojawiają się książki pani Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk. Jako człowiek ciekawski miałem ochotę zapoznać się z którąś z nich jednak – jak się pewnie domyślacie – nie uśmiechała mi się perspektywa czytania „Cukierni pod Amorem”. Najnowsza powieść „Mariola, moje krople…” rozwiązała jednak ten problem.

Akcja powieści toczy się w jakimś niewielkim miasteczku, leżącym gdzieś w województwie dolnośląskim. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt że jest listopad 1981 roku. W całym kraju szerzą się strajki, solidarność zaczyna wychodzić z ukrycia i mniej lub bardziej otwarcie krytykować ówczesną władzę. Tak niespokojne czasy nie robią jednak wrażenia na ekipie miejscowego teatru, która jakby oderwana od rzeczywistości, mierzy się z codziennymi problemami takimi jak: bimber, nielegalne powielacze, świnka Małgosia w piwnicy czy nawiedzający ich nieustannie pierwszy sekretarz Martel.

„Mariola, moje krople…” w całości dzieje się w budynku teatru i książka napisana jest jakby na wzór sztuki w nim wystawianej. W tekście dominują dialogi. Opisy są skąpe i ograniczają się w większości do opisywania reakcji i zachowań danych osób. Powoduje to, że książkę powinno czytać się szybko i sprawnie i tak też w rzeczywistości jest. Przynajmniej na początku.

Pierwsze kilkadziesiąt stron to majstersztyk! Mnóstwo pomysłów, komiczne puenty i ciekawi bohaterowie, budują kunsztowny i dowcipny obraz, rodem z najlepszych PRLowskich komedii. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby w tym momencie książka się skończyła. Niestety historia ciągnie się dalej – dosłownie. Gdzieś od połowy „Mariola, moje krople…” zaczyna nużyć. Co prawda sama końcówka powieści próbuje trochę podgonić tempo, ale na niewiele się to zdaje.

Po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że książce brakuje po prostu fabuły. Niby jest motyw z przedstawieniem dla radzieckiej delegacji, ale nie scala on książki ani nie angażuje specjalnie czytelnika. „Mariola, moje krople…” przypominała mi zapis skeczy, spisanych przez jakiś kabaret. Pomysł z teatrem jest fajny i dobrze zrealizowany, jednak 300 stronnicowa powieść powinna mieć solidne rozwinięcie i zakończenie.  Książka zaczyna się fajnie i niestety tym „fajnym” tempem toczy się równo aż do samego końca, gdzieś w połowie wywołując przesyt.

Czas podsumować jak wypadło moje pierwsze spotkanie z panią Małgorzatą Gutowską – Adamczyk. „Mariola, moje krople…” to po prostu dobra książka. Nie żałuję absolutnie, że ją przeczytałem, jednak polecam z umiarkowanym optymizmem. Zaskoczyła mnie fenomenalnym poczuciem humoru, świetnymi postaciami i zdolnością uchwycenia specyficznego klimatu, jaki panował w naszym kraju w tych trudnych latach. Zawiodła zaś głównie fabułą, a raczej jej brakiem, oraz jednostajnością która z czasem wręcz męczy. Mogła być perełka, a jest mocny średniak.

Wydawca: Świat Książki

Ilość stron: 302

Data wydania: 2011

Moja ocena: 6/10

„Podróżnik WC” Wojciech Cejrowski

Są takie osoby, które albo się kocha albo nienawidzi – pośrednich stanów raczej brak. Do tej kategorii na pewno zalicza się nasz czołowy podróżnik Wojciech Cejrowski. Z książek jego autorstwa, bez wątpienia największą popularność zdobyły Gringo wśród dzikich plemion i Rio Anaconda. Oba te tytuły to pozycje typowo globtroterskie i niewiele można się w nich doszukać tak typowych dla pana Wojtka moralizatorstwa i uszczypliwych komentarzy na tematy niekoniecznie związane z opisywanym krajem. Wznowiony niedawno Podróżnik WC, takiej popularności może już niestety nie osiągnąć.

Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy, jest pewnego rodzaju bałagan jaki panuje w książce. Zwiedzamy sobie Meksyk, czytamy o zwyczajach ludzi tam żyjących, odwracamy stronę i bach!, nagle jesteśmy w USA, albo w jakimś innym miejscu. Poprzednie dzieła Cejrowskiego (a raczej następne biorąc pod uwagę, ze mamy do czynienia z wydaniem drugim), są już zdecydowanie bardziej poukładane tematycznie. Podróżnika WC czyta się po prostu jak zbiór ciekawostek z wczesnych podróży autora. Nie przeszkadza to w odbiorze, jednak psuje trochę ogólne wrażenie.

Jako typowy konserwatysta, uwielbiam słuchać i czytać Cejrowskiego wszędzie i zawsze, jednak zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy programy podróżnicze oglądają i książki czytają, ale już poglądów tego pana nie trawią. Ta grupa właśnie będzie miała z książką pewien problem. W przeciwieństwie do Gringo i Rio Anacondy, w Podróżniku można znaleźć sporo wtrąceń nie na temat w wykonaniu autora. Wymienię tylko takie elementy jak krytyka cywilizacji jako takiej, gloryfikacji ludzi zamieszkującej kraje Ameryki Południowej czy sporo wypowiedzi na tematy religijne i polityczne.

Ponarzekałem, a teraz pochwalę. Mimo tych drobnych wad, książkę czyta się po prostu wspaniale! Kiedy usiadłem z nią w niedzielę, musiałem skończyć w ten sam dzień – innej opcji nie było. Można marudzić, że Cejrowski wtrąca zdania od siebie, że marudzi na polityków czy Niemców, ale nie zmienia to faktu, że ten facet po prostu potrafi ciekawie pisać! Ciekawie i dowcipnie trzeba dodać. Uśmiałem się co niemiara, kiedy zdobywałem wraz z nim zaginione miasto. Przeżyłem chwile grozy podczas napadu w meksykańskim metrze… oj długo by pisać. Po prostu jest klimacik, a to dla mnie jest w książce rzecz bezcenna.

Słów kilka o wydaniu, bo to sprawa warta podkreślenia. Ludzie, którzy mieli styczność z dwoma poprzednimi (następnymi) książkami Cejrowskiego, wiedzą jak się sprawa ma z jakością. Twarda okładka – nie twardawa, czy półtwarda jak to ostatnio czasami bywa, ale TWARDA i gruba. Na jej wewnętrznej stronie znajdziemy mapki. Całość drukowana jest na bardzo dobrej jakości kredowym papierze. Ilość zdjęć i ich jakość jest klasą samą w sobie. Cena okładkowa książki to 41 zł. Dużo, ale w tym wypadku naprawdę warto – chociażby dla samych zdjęć.

Nie będę się już dłużej rozpisywał. Czas na podsumowanie. Podróżnik WC to książka trochę nierówna. Z jednej strony nieco osobista, sporo w niej prywaty i nieco chaosu, jednak z drugiej strony znajdziecie w niej to, co w Cejrowskim najlepsze: wspaniałą opowieść o podróżach i egzotycznych krajach, o miejscach, które pozostaną na zawsze dla nas niedostępne, o kulturach, które być może już nie istnieją, o ludziach, którzy być może przy nas nigdy by się tak nie otworzyli, o… każdy znajdzie w niej na pewno coś unikatowego i wartościowego dla siebie, a może (jak sugeruje sam autor) popchnie ona kogoś do „wstania z fotela” i wyruszenia na podbój egotycznych krain.

Teraz pozostaje mi tylko polować na Wojtka Cejrowskiego, bo cholera, to jedyna jego książka w moich zbiorach, której jeszcze mi nie podpisał!

Polecam gorąco!

Wydawca: Bernardinum

Ilość stron: 256

Data wydania: grudzień 2010

Moja ocena: 9/10

[EDIT] W pierwszej wersji recenzji, nieopatrznie użyłem określenia „homofob” w stosunku do własnej osoby. Chcę w tym miejscu sprostować, że takowych poglądów nie wyznaję. Pochopnie i bez namysły posłużyłem się tym wyrażeniem. Czasami, szczególnie kiedy żywiołowo się o czymś pisze, a myślami jest gdzieś dalej, wychodzą takie „pomyłki”:) Pozwoliłem sobie to niefortunne określenie z recenzji usunąć.

Ave!;)

„Miasto i miasto” China Mieville

Od czasu do czasu trafia mi się książka, której nijak nie potrafię „ugryźć”. Miasto i miasto w tej kategorii znalazłaby się na samym szczycie. Moja pierw­sza recen­zja jako zmięta kartka wir­tual­nego papieru wylądowała na ikonie kosza kilka minut temu. Zastanawiacie się, dlaczego tak się stało?

Miasto i miasto to pozycja uhonorowana tyloma nagrodami, że naj­łatwiej byłoby wypisać je od myśl­ników: Hugo, nagroda Locusa, nagroda im. Arthura C. Clarke’a, nagroda BSFA, nagroda World Fan­tasy… Naprawdę jest się czym pochwalić. Sam China Mieville to jeden z naj­wyżej cenionych pisarzy fan­tastycz­nych naszych czasów. Nic więc dziw­nego, że kiedy sięgałem po jego naj­now­szą powieść wydaną w Pol­sce, oczekiwania miałem bar­dzo wysokie. Za wysokie…

Miasto i miasto to w zasadzie typowy i do tego nie­zbyt błyskotliwy kryminał, jed­nak realia, w jakich toczy się wątek powie­ści, są już zupeł­nie nie­typowe. Gdzieś na Bał­kanach leży pań­stwo, a w zasadzie dwa pań­stwa. Leży w nim miasto, a w zasadzie dwa miasta. Oddzielone są one od siebie granicami nie­po­dob­nymi do żadnych innych. W jed­nym z nich, zwanym Bes­źel, dochodzi do mor­der­stwa. Policja znaj­duje ciało młodej kobiety. Sprawę przej­muje inspek­tor Tyador Borlu z Brygady Naj­poważ­niej­szych Zbrodni i wydaje się, że już nic specjal­nego czytel­nika w tej historii nie zaskoczy.

Prze­strzeń powie­ści to dwa miasta, które wzajem­nie się prze­nikają. To naj­prost­sze, ale i mało dokładne określenie. Autorowi należą się brawa za wrażenie, jakie pod­czas lek­tury otoczenie wywiera na czytel­niku. Miasto w mie­ście i zarazem pań­stwo w pań­stwie to pomysł, który zachwyca i powala, a momen­tami wręcz onieśmiela, szczegól­nie za sprawą mistrzow­skiego wykonania. Niejed­nokrot­nie Mieville pozwala gubić się między dzielącymi je nie­pew­nymi granicami, by dopiero po chwili rzucić mu pomocną dłoń. Realia książki dały autorowi takie pole do manewru, że po prostu jest on w stanie zrobić za ich pomocą nie­mal wszystko. Tak mister­nie wykreowany świat, wpleciony w znaną nam współ­czesną Europę, pociągnął jed­nak za sobą pewien poważny minus.

Akcja w Mie­ście i mie­ście roz­wija się, delikat­nie mówiąc, ślamazar­nie. Wspo­mniany wyżej świat jest tak skom­plikowany i złożony, że autorowi zajęło bar­dzo dużo miej­sca i czasu wprowadzenie do niego czytel­nika. Czuć wyraź­nie pod­czas lek­tury, że Mieville nie chciał robić tego bez­pośred­nio. Miasto i zasady w nim panujące poznajemy z per­spek­tywy inspek­tora Borlu, który, drep­cząc w miej­scu ze śledz­twem, zwiedza Bes­źel i nie­raz pozwala sobie na wspo­mnienia i prze­myślenia. Na szczę­ście, kiedy już załapiemy o co z tymi miastami chodzi, nie­po­strzeżenie znaj­dziemy się w środku szalonej akcji, która nie­ubłaganie pędzi — aż do samego końca.

Miasto i miasto za sprawą stosun­kowo prostego języka i braku wydumanych zwrotów, czyta się szybko i spraw­nie (kiedy już prze­brniemy wspo­mniany przy­długawy wstęp). Na okładce wid­nieje twier­dzenie, że książka ta to literacki odpowied­nik Blade Run­nera, ale mnie przy­pomina on raczej Matrixa z jego nieco nie­udol­nym Neo w roli głów­nej. Kreacje bohaterów to zresztą general­nie słaby element Miasta i miasta. Zarówno inspek­tor Borlu, jak i cała reszta pozbawieni są tego czegoś, co powoduje, że zapadają w pamięć. Naj­lep­szym dowodem na to jest fakt, że sam teraz inten­syw­nie się zastanawiam, jak nazywał się part­ner głów­nego bohatera.

Czas już naj­wyż­szy wyjaśnić, dlaczego mój pierw­szy tekst brutal­nie usunąłem w nie­byt. Na Miasto i miasto nastawiałem się hur­raop­tymistycz­nie, co spo­wodowało, że poprzed­nia recen­zja była jedną wielką krytyką dzieła pana Chiny Mieville’a, na którą jed­nak książka nie zasługiwała. Co prawda postaci nie powalają charak­terem, a tempo począt­kowo naprawdę mnie zawiodło, jed­nak summa sum­marum całość czyta się naprawdę dobrze, a ostat­nie sto stron wręcz wyśmienicie. Wykreowany świat powala na kolana swoją złożono­ścią (zresztą to chyba głów­nie dzięki niemu pozycja ta zyskała taki roz­głos). Miasto i miasto polecam gorąco każ­demu doj­rzałemu odbiorcy, który nie boi się pomieszania odrobiny sf, political fic­tion i kryminału. Chyba tylko Mieville jest w stanie tak zmik­sować te gatunki, że całość nie tylko da się czytać, lecz rów­nież robi się to z praw­dziwą przyjem­no­ścią.

Polecam gorąco!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 392

Data wydania: październik 2010

Moja ocena: 8/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.

Stosik wykopany koparą;) #9

YO!

Dzisiaj będzie na szybciora, bo mam gorącą kawę i taką właśnie zamierzam ją wypić przy książeczce;)

Nie da się odczytać tytułów? Hmmm… no ale koparę miało być widać;) Operator już śpi, więc koparę zdołałem podkraść, inaczej wykonanie fotki byłoby niewykonalne:)

Zbliżonko:

Lepiej? Mam nadzieję:)

To lecimy! Wszystko ładnie widać na zdjęciu, więc wymieniam jedynie pozycje, których recenzji powinniście się wkrótce doczekać:

1. Któraś z książek Vonneguta, najprawdopodobniej „Pianola„. Obiecałem zaznajamiać Was z klasyką s-f, i ten autor był na owej liście:)

2. „Mówca Umarłych” Orson Scott Card – Książka również w nurcie s-f. Kontynuacja „Gry Endera” która była po prostu świetna!

3. „Podróżnik WC” Wojtek Cejrowski – II poprawione wydanie pierwszej (chyba) podróżniczej książki tego pana. Absolutny must have dla mnie:) Recenzja pojawi się na pewno i pewnie będzie 10/10:p jestem naprawdę bezkrytycznym fanem pana Wojciecha:)

Reszta książeczek może się pojawi:) W najbliższym czasie pojawią się teksty: „Miasto i miasto” Mieville, „Dziedziczka Smoka tom I” Troisi oraz „Mariola, moje krople…” Gutowska – Adamczyk.

Pozdrawiam i zapraszam!

Miłego wieczorku i weekendu!

Ave!

AHA!Miałem jeszcze sportowo napomknąć! Po pierwsze: Małysz jest wielki! A po drugie: nasi piłkarze ręczni grają jutro o 20:15 z Duńczykami! Będziecie kibicować? Ja tak!:) Oni przynajmniej wyglądają jak faceci a nie jak nażelowane lale i pocą się na boisku w przeciwieństwie do naszych kochanych metroseksualnych piłkarzy:P

Pablo

„Luk­sus według Jezusa. Sztuka praw­dziwie roz­rzut­nego życia” – Wer­ner Tiki Küstenmacher

Czas na kolejną mini – recenzję z cyklu „książki religijne” 🙂

Gdy jakiś czas temu prze­glądałem asor­tyment wydaw­nic­twa Święty Woj­ciech, natknąłem się na prze­wrot­nie nazwaną książkę: Luk­sus według Jezusa. Zaciekawiony, nie­zwłocz­nie się w nią zaopatrzyłem. Okazało się, że tytuł nie jest tylko pustym chwytem: autor rzeczywi­ście „łopatologicz­nie” i na przy­kładach pokazuje nam war­to­ści, jakie w nasze codzienne życie wnosi sam Jezus.

Książka napisana jest w for­mie typowego porad­nika z serii „dla opor­nych”. Pełna przy­kładów i humorystycz­nych rysun­ków, które obrazują omawiane tematy. Naj­faj­niej­szym chyba elemen­tem Luk­susu… jest zamiesz­czana co kilka stron ramka z tek­stem „w prak­tyce”, gdzie autor pokazuje, jak wcielić teo­rię w nasze codzienne życie. Zabieg ten spraw­dza się wyśmienicie i wywołuje prze­różne reak­cje – od śmiechu po zadumę. Przy­toczę kilka przy­kładowych nagłów­ków: Czytajmy Biblię jak reżyser fil­mowy, Płaćmy podatki z dumą czy Zaprojek­tujmy nasz nagrobek.

Książka w moim odczuciu trafi w gust więk­szo­ści chęt­nych poznać ją czytel­ników. Dla scep­tyków wystar­czy nawet lek­tura wspo­mnianych wyżej ramek, by móc wynieść z niej coś war­to­ściowego. Pan Tiki Kusten­macher wyjaśnia wiele spor­nych kwestii trapiących niejed­nego katolika: pieniądze, samorealizacja, troski, lęki czy długi – roz­patruje te i wiele innych tematów na tle Bożego planu i godzi je w spo­sób nie­raz zaskakujący. Inwestujmy zatem: na gieł­dzie, w obligacje, w siebie i w tę książkę, bo każda z tych czyn­no­ści zbliża nas do zbawienia.

Wydawca: Święty Wojciech

Ilość stron: 260

Data wydania: 2009

Moja ocena: 6/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.