„Starfist. Szkoła ognia” D. Sherman, D. Cragg

Od czasu do czasu zdarza mi się taki dzień, że mam ochotę zapaść się na mojej małej kanapie z wielkim kubkiem kawy i przeczytać coś, nad czym nie muszę myśleć, kombinować nad fabułą ani w żaden inny sposób wysilać się intelektualnie. Założenie to, chociaż pozornie wydaje się proste, w rzeczywistości nastręcza mi nie lada problemów. Okazuje się, że znalezienie prostego i niewymagającego czytadła, które jednocześnie było by ciekawe i wciągające, nie jest sprawa łatwą. Z tegorocznych książek przychodzi mi na myśl jedynie „Ponury Piaskun” i „Grizzli”. Do tych dwóch niewątpliwie męskich pozycji bez wahania dopisuję nową powieść D. Shermana i D. Cragg’a, zatytułowaną „Starfist: Szkoła ognia”.

Na planecie Wanderjahr rządzonej przez oligarchów o niemieckich korzeniach dochodzi do buntu. Na prośbę władców tej społeczności, Konfederacja wysyła korpus Marines z misja stabilizacyjną. Żołnierze zastają na miejscu skomplikowaną politycznie sytuację, miernie wyszkolone siły porządkowe, oraz świetnie zorganizowane siły partyzanckie kryjące się w lasach. Na wyraźny rozkaz przełożonych, korpus ma skupić się wyłącznie na szkoleniu lokalnej policji, co nie ułatwia zadania. Na domiar złego każdy z oligarchów stara się wykorzystać obecność Marines w swoje walce o władzę i wpływy. Z każdym dniem sytuacja zaczyna się komplikować, a rosnąca liczba ofiar potęgują napięcie.

„Szkoła ognia” to z definicji space opera, jednak niewiele jest w niej kosmosu, statków kosmicznych czy super zaawansowanych technologii. Marines korzystają co prawda z broni plazmowej i specjalnych strojów maskujących, jednak to w zasadzie wszystko co łączy tą powieść z gatunkiem s-f. Książka staje się przez to uniwersalna. Odnajdą się w niej nawet osoby nie czytające na co dzień fantastyki. Fabuła opiera się na relacjach międzyludzkich, taktyce, podchodach, zdradach i zasadzkach i nie ma w niej niczego specjalnie futurystycznego.

Ta książka wciąga. Tylko tyle i zarazem aż tyle. W „Starfiście” nie ma sensu doszukiwać się głębszych wartości, wieloznaczności, czy zakamuflowanych przesłań. Autorzy z założenia chcieli stworzyć literaturę stricte rozrywkową i udało im się to perfekcyjnie. Powieść pozbawiona jest dłużyzn, czyta się ją szybko i przyjemnie a na deser zostało kilka zwrotów akcji i lekko zaskakujące zakończenie. Fabuła pędzi do przodu w dużej mierze z pomocą dialogów, co wpływa pozytywnie na tempo akcji.

„Starfist: Szkoła ognia” to po prostu świetne czytadło, które śmiało można podsunąć mężowi, chłopakowi czy tacie. Jest w nim sporo strzelania, akcja jedzie gładko do przodu niczym masło po rozgrzanej patelni, opisy nie męczą, a przede wszystkim nie ma w niej beblania o miłości i uczuciach. W swojej kategorii jest to po prostu książka rewelacyjna. Polecam dla relaksu, po ciężkim dniu, kiedy wciągająca lektura jest na wagę złota a nie chcecie ryzykować powieści niesprawdzonej i (o zgrozo!) ambitnej.

 Wydawca: Dwójka bez Sternika

Ilość stron: 344

Data wydania: czerwiec 2010

Moja ocena: 7/10

PS. Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie, miłe słowa i że jesteście! Moja blogowa obecność pozostanie na razie na poziomie przeciętnym, jednak nie powinienem już więcej znikać na tak długo:) Czekających na maile ode mnie proszę o jeszcze kilka dni cierpliwości. Wygrzebuję się spod kilku ton maili, co okazuje się być koszmarnie mozolnym zajęciem.

    • Isadora
    • Październik 18th, 2011

    Brakowało mi Twojego specyficznego stylu – z wielką przyjemnością przeczytałam Twoja recenzję i choć to nie moja bajka, zdołałeś mnie zaintrygować:)
    Pozdrawiam serdecznie!

  1. to co piszesz przywodzi mi na myśl powieść niemal identyczną: „Kadeta” Ricka Shelleya – ten sam typ low-science-fiction, w zasadzie udrapowana fantastyczną materią zwykła powieść taktyczna (military thriller).

    tak czy siak… zgodzę się z Tobą w sprawie ważniejszej niż treść książki: są takie pozycje, przy których ciepła herbatka/czekolada/piwo smakują po prostu lepiej a wspomnienia o dziecięco-młodzieńczym czytywaniu pod kołdrą stają się żywsze niż zazwyczaj😉. Wytypowałem sobie kilka powieści, co do których mam takie oczekiwania – m.in. trzy powieści Davida Webera (mam do niego słabość, przyznaję) i Statki Ziemi Carda… Odruchowo patrzę w kalendarz i rozważam kiedy się pochorować😉

  2. Isadora
    Dzięki:)
    Książkę Ci polecam jako prezent dla jakiegoś chociaż minimalnie czytającego faceta. Ten marine na okładce działa magnetycznie:)

    Onibe
    „Kadeta” nie czytałem, ale z Twojego opisu wynika, że wiemy o czym mówimy:)

    Hehe ja mam taką słabość do Zelaznego:) Kroniki Amberu po prostu uwielbiam i zdania nie zmienię. Na grypsko sa lepsze niż antybiotyk:) Webera za mało czytałem żeby się wypowiadać – na półce czeka na mnie Troll Zagłady. Są takie książki które wewnętrznie rozgrzewają. Ja ostatnio zaliczyłem sentymentalną podróż podczas czytania Felixa, Neta i Niki. Niziurski, Nienacki, Bahdaj i Chmielewska z czasów młodości w nowej formie, wspaniale mi się to czytało:)

    • a propos „Kadeta” i cyklu KND (Korpus Najemników Dirigentu). Początkowo bardzo mi się to spodobało, bo uznałem rzecz za odświeżającą, ale później… bije w oczy schematyczność utworu i ogólny brak pomysłu. Tak więc… nie żałuj, że nie czytałeś😉. Złe nie jest, dobre też nie…

  3. Hm, chyba jednak nie dla mnie, chociaż sama nie wiem. Kosmicznych Marines mam już po dziurki w nosie (Luby po raz kolejny molestuje „Warhammer 40000” na zmianę z filmikami z najnowszego „Satrcrafta”), ale jakiś odmóżdżacz by się w sumie przydał. Może kiedyś się skuszę…

    P.S. Na początku przedostatniego akapitu zmieniło Ci tytuł książki z gwiezdnej pięści na gwiezdną listę.;)

  4. Mmmm, polemizowałabym ze stwierdzeniem, że Grizzly zalicza się do literatury nie wymagającej i prostej. To pozory, bo jest wiele elementów, które temu przeczą;) Kiedyś napiszę na ten temat u siebie.

    • Isadora
    • Październik 19th, 2011

    Ha! Ten marine działa hipnotycznie także na mnie! xD
    Dobry powód, żeby zaopatrzyć się w tę książkę xP

  5. Ej, czyli to książka_tylko_dla_facetów?

  6. Moreni
    Akurat ci kosmiczni marines, są bardziej marines niż kosmiczni, a z tymi z Warhammera to nie mają chyba nic wspólnego prócz boltera:) Całkiem fajna lekka lektura:)
    Dzięki! poprawiłem:)

    Avo
    Trudno się z Tobą nie zgodzić, ale musisz też przyznać (nic nie musisz, ale tak brzmi jakos lepiej;) ), że można Grizzly (ego?) przeczytać powierzchownie i wtedy jest to świetny i bardzo mocny thriller dostarczający czystej i nieskrępowanej rozrywki.

    Isadora
    Ma facet coś w tych goglach;) albo to kwestia tego karabinu?😉 (pierwszy raz gogle odruchowo napisałem przez dwa „o”…)

    Agnes
    Eeee, nie:) Książka dla każdego, ale jedna z nielicznych, która nadaje się dla mało czytającego mena:)

  7. W tym sensie przyznaję ci rację. Jednak właśnie na tym polega problem – wszyscy czytają powierzchownie i dlatego się odezwałam :):):):)

  8. Ale Ty jesteś! To człowiek się martwi i w ogóleeee gdzie Ty wsiąkłeś i czy wszystko ok, a Ty nawet na facebooku nie ogłosiłeś, że żyjesz! ;]

    Niedobry Pablo! 😉 Męska książka raczej nie dla mnie, ale dobrze, że piszesz!🙂

  9. Avo
    Ja zwróciłem uwagę na głębię Misia, jednak skupiłem sie na aspekcie rozrywkowym. Zalewski pisze świetnie. Mam wielką chrapkę na jego inne książki:)

    Judyta
    Juz się poprawiłem:) Nie chcialo mnie zalogować na fejsie, a nie miałem czasu z tym walczyć. Dzisiaj pokonałem wreszcie tą barierę:)
    Strasznie byłem zagoniony, stąd moja długa niepobecność. Teraz powinienem już być częściej, ale nadal nie tak często jak kiedyś:(

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: