Archiwum dla Listopad 20th, 2011

„Dożywocie” Marta Kisiel

Są takie książki, których nie potrafię zrecenzować. Jedyne co mi pozostaje, to o nich napisać. Dzisiaj przyjdzie zmierzyć mi się z czymś, co z racji tego czym jest, wymyka się mojej krytyce. Nie będzie literacko, nie będzie nawiązań do romantyzmu, nie będzie nawet analizy. Co będzie? Będą emocje!

„Dożywocie” jest świetne! Nie, to określenie jest zbyt trywialne. Nie pasuje mi tu też słowo genialna, odkrywcza, błyskotliwa, ciekawa, wciągająca, prześmieszna, zabawna, fajna, pomysłowa, ani żadne inne. Jako wielbiciel Warcrafta zacytuję więc Trolla Jeźdźca Nietoperza: „Nanananananananana ha! Ja!”. Te wyrażenie wydaje się być adekwatne do tego co czuję po lekturze „Dożywocia”. O!

Kiedy otworzyłem książkę i zacząłem czytać, miałem wrażenie, jakby wyskoczyła z niej wielka łapa i ryknęła: „Siemano! Piątala przybij!”. Cóż więc miałem zrobić? Przybiłem, przeczytałem i pokochałem. Wypadałoby w tym miejscu napisać, co tak właściwie pokochałem. No! W pierwszej kolejności bez wątpienia zauroczył mnie język, taaak. Szanowna Pani Autorka (SPA?!) posługiwuje się nim, jak niczym mieczem – nie, miecz bywa przyciężkawy, wróć – szermierkuje nim jak niczym szpadą. Bywa on ostry (o języku mowa… pisanym), czasami leniwy, kreśli przed gałkami czytelnika ósemki, zwodzi, uspokaja, by nagle zniespodziewaka – bach! – piknąć w serducho. Za to kocham „Dożywocie”.

Postacie bohaterów są. I to jakie są! Są…„Nanananananananana ha! Ja!”. O! Czyli są lepsze niż fajne. O Lichu się nie wypowiem, bo dla onego trza by stworzyć osobną klasę, ponieważ w dotychczas znanych się nie mieści. Krakers zachwyca głębią swego charakteru i wydaje się być paralelny (mniam! Wszyscy razem na głos 3 razy!) do prostaka Krakena, jednak moim zdaniem to oszczerstwo. Któż tam jeszcze, Szczęsny jako zakała rodziny w najlepszym wydaniu, Rudolf Valentino jako idealny antybohater czy sam osobisty Konrad, którego powinności stoją często w sporze z pragnieniami. Owa biegunowość: obowiązku i wolności, ukazuje uniwersalny i ponadczasowy problem samostanowienia… dobra! Konrad tez jest „ha! Ja!”.

Wielowątkowej fabuły nie ma, za to jest „ha! Ja!” (czyli lepszy niż fajny) wątek główny, a dokładniej rzecz biorąc wątków tych jest pięć (nawiązanie do piontala z początku było niezamierzone), bo z tylu opowiadań składa się „Dożywocie”. Co jeszcze o fabule? Opowiadane historie szczególnie powinny przypaść do gustu wielbicielom sagi Tłajlajt, po naszemu zwanej Zmieszhem. Analogicznie w obu mamy aniołka w bamboszkach, kicające zajączki i metroseksualnego faceta broniącego wspomnianych wcześniej przed lewacko prawicującymi moherami. Dobra!

Podsumowanie:

Wysilam się pewnie bezsensu, bo i tak pewnie wszyscy już książkę czytali. Nie może jednak być, żeby na tak amatorskim blogu jak ten, recenzji „Dożywocia” nie było. To teraz jest. Amen!

Dla opornych na przesłania podprogowe: Książka jest świetna, bohaterowie wymiatają a historie są prześmieszne! Czytać!

PS. Recenzja pisana na sporej dawce teiny i kofeiny.

PS2. Sukcesem jest brak „A psik-ów!” w tekście. Kusiło!

Wydawca: Fabryka Słów

Ilość stron: za mało (376)

Data wydania: listopad 2010

Moja ocena: Nanananananananana ha! Ja!

Reklamy