Archiwum dla Listopad 28th, 2011

„Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody” Bill Bryson

Zagadka z geografii: Jak nazywa się stolica Australii? Każdy wie? A co to jest Uluru? Dla cwaniaka która zna odpowiedź na te pytania, mam bonus: Jak nazywa się premier Australii? I co? Kiepsko? To dlatego, że chociaż Australię zna każdy i wie, że kicają tam kangury a Koala wciąga Eukaliptusy, na tym w zasadzie kończy się nasza wiedza. Ciekawscy wskażą jeszcze Emu i najjadowitszego węża na planecie i… i na tym w zasadzie się kończy. Aha! No i Sydney, bo tam była Olimpiada.

Cejrowskie „Rio anakonda” w Australii.

„Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody” to książka wyjątkowa. Bill Bryson kroczek po kroczku odkrywa przed czytelnikiem ten mało znany kraj i udowadnia jaki jest ciekawy i niedorzeczny zarazem. Niebagatelny jest sposób, w jaki to robi. Książka pełna jest zabawnych anegdotek i wtrąceń. Wybuchy śmiechu gwarantowane!

„Przyjeżdża na miejsce, znajduje hotel, melduje się, wędruje po okolicy, zwiedza muzea i zabytki, które spotyka na swojej drodze, wypija kilka piw, podsłuchuje parę rozmów i kładzie się spać. Rok później mieszkańcy trzech kontynentów trafiają do szpitala, bo tak bardzo śmieją się z relacji o jego przygodach, że dostają przepukliny.”

„The Age”*

Billa Brysona wcześniej nie znałem. Po przeczytaniu „Śniadania z kangurami” wiem już, że nie będzie to jego ostatnia książka w moim życiu. Facet jest dla mnie odpowiednikiem naszego Cejrowskiego. Często posługuje się ciętym językiem, ma błyskotliwe spostrzeżenia i tą rzadko spotykaną wewnętrzną miłość do tego co robi. Najlepsze jest jednak to, że tą miłością potrafi się dzielić w fantastycznie ekspresyjny sposób. Z samej sympatii dla autora, podczas czytania na ustach gości życzliwy uśmiech, a głośny śmiech wybucha nawet w wypadku średnio śmiesznych żartów – tak jakby opowiadał nam je nasz dobry przyjaciel, którego nie chcemy urazić.

„Bill Bryson to pisarska ekstraklasa, podana z rozbrajającym humorem”*

„Śniadanie z kangurami” to rewelacyjna książka. Autor nawiązuje z czytelnikiem unikatową przyjacielską relację. Nie pytajcie mnie jak to robi, bo nie wiem. Może to zasługa bezpośredniości, może humoru. Wiem jedno, nie często po lekturze książki mam ochotę odnaleźć autora, uścisnąć mu rękę i postawić kilka piw. W tym wypadku, najlepiej by było, gdybym zastał go w jakimś małym, zakurzonym barze, gdzieś na Outbacku, gdzie króliki pożerają resztki Australii, a w każdym ciemnym kącie i pod każdym kamieniem siedzi coś, co tylko czeka, żeby Cię zabić. Ah, ten kontynent ma coś w sobie…

Śmiertelnie polecam!

*cytaty pochodzą z okładki książki.

Wydawca: Zyski i S-ka

Ilość stron: 360

Data wydania: sierpień 2011

Moja ocena: jak koala:)

PS. Odp na pytania ze wstępu: Canberra (serio nie Sydney), Uluru to potęęęęęęęęężny płaskowyż, a premiera nie warto pamiętać, bo oni W Australii albo giną, albo dymisjonują co chwila;)

Reklamy