Archiwum dla Styczeń 2013

„Jak zostałem premierem” Robert Górski

Gorski_Jakzostalempremierem_500pxJestem osobą, która lubi od czasu do czasu się pośmiać. Powiedziałbym nawet, że pośmiać nie byle jak, ale tak profesjonalnie, w pełnej opcji, z opluciem telewizora, parsknięciami i czkawką na śmiechowym kacu. Dopiero taki ubaw daje mi poczucie pełnego spełnienia. Sprawa nie jest jednak taka prosta. Problemem nie jest sam proces, a raczej środki, by go zainicjować. Najlepiej w tej roli sprawdzają się kabarety. Oczywiście nie każdy daje radę, a i te sprawdzone czasami zawodzą. Przejdę do meritum, bo mi się wstępniak przeciąga: Kabaret Moralnego Niepokoju, statystycznie najbardziej daje radę.

Zacznę od banału, lub jak kto woli od początku. Ojcem KMN-u (Kabaret Moralnego Niepokoju) jest Robert Górski. Ten Pan odpowiada za moją niejedną kolkę i wprowadza urozmaicenie w życiu zawodowym niejednego Polaka. Na pewno wielu z was spotkało się chociażby z powiedzonkiem: „Będzie pan zadowolooony!”. Tak, to właśnie Górski. Niestety, kiedy trzymam w ręku właśnie przeczytany debiut literacki tego pana(lub, co jest bliższe prawdzie, debiut wydawniczy), nie do końca jestem zadowolooony.

Książka „Jak zostałem premierem.”, jest zapisem rozmów, jakie przeprowadził z liderem Kabaretu Mariusz Cieślik, dziennikarz znany mi głównie z kanały TVN24 jako prowadzący program o literaturze Xięgarnia. Cały zapis przypomina wywiad rzekę, chociaż bliżej mu raczej do leniwego strumyczka, płynącego sobie bezpiecznie dopiero co skorygowanym i odmulonym korytem. Nie ma wstrząsów, specjalnie zaskakujących pytań, ani polemiki z Górskim, forma pytanie – odpowiedź użyta jest jako spoiwo, które scala treść jaką autor miał do przekazania, a jest jej niestety niewiele.

Czepiam się treści nie bez powodu. Dla porównania połóżmy sobie obok „Podróże małe i duże” Manna i Materny. Grubość, format i cena ta sama. Na oko książki są identyczne, jednak po bliższych oględzinach zaczynają rysować się różnice. Przy optycznie porównywalnej grubości, książka Górskiego proponuje nam zaledwie 200 stron, 2 wstawki z kilkunastoma zdjęciami na kredowym papierze i… to w zasadzie wszystko. „Podróże” w tej samej cenie mają 278 stron, lepszy papier, dużo więcej zdjęć, bogatszą treść… Czytając „Jak zostałem premierem” czułem się trochę oszukany. Żeby to unaocznić policzyłem, co zawiera pierwsze 50 stron: 4 puste strony, 6 stron z nagłówkami, 3 strony z obrazkami, 4 strony przedmów i wstępów, 13 stron z zapisami skeczów KMN, 17 stron wywiadu, czyli treści faktycznej i 1 strona wypowiedzi na temat Górskiego. Niewiele, szczególnie dla ludzi, którzy niektóre skecze oglądają po XX razy i znają je na pamięć.

„Jak zostałem premierem” to jednak wciąż świetna książka. Pochłania się ją w jedno niespecjalnie długie popołudnie, co jest czynnością szalenie przyjemną i relaksującą, a i śmiechu przy tym niemało, chociaż na ból brzucha nie ma co liczyć. Dla fanów KMNu to pozycja obowiązkowa, zastrzegam jednak, żeby podejść do książki z odpowiednim dystansem, bo rozczarować się można bardzo łatwo. Summa summarum „Jak zostać premierem” to trochę skok na kasę, ale Górski to Górski i poniżej pewnego poziomu po prostu nie schodzi.

Wydawca: Znak

Ilość stron: 200

Data wydania: listopad 2012

Moja ocena: Pokosa lepsza niż Góral!

PS. Żeby nie było wątpliwości, książka jest świetna! Tylko rozpaczliwie mało Górskiego w Górskim;(

„Georgialiki. Książka pakosińsko – gruzińska” Katarzyna Pakosińska

GeorgialikiPisanie jest dla mnie niczym wino, impulsywnie miewam na nie ochotę, jednak nigdy nie bez zewnętrznego impulsu. „Georgialiki” najpierw zmusiły mnie do sięgnięcia po butelkę tegoż napoju (bynajmniej nie w celach znieczuleniowych), bo przecież przy takiej lekturze to wręcz wypada, a później do napisania o niej. Słowa te można interpretować dwojako, więc od razu rozwiewam wątpliwości: podobało mi się bardzo.

Książka Katarzyny Pakosińskiej jest jak słodkie wino z suszonych owoców pite zaraz po czekoladowym deserze. Najpierw wydaje się kwaśne i wręcz nieznośne, niezręcznie drażniąc nasze kubki smakowe, zupełnie jak kilka pierwszych stron omawianej książki. Po kilku mniejszych niepewnych łykach, czekolada zaczyna jednak przegrywać i napój subtelnie, powoli, osiąga przewagę. Kolejne kieliszki są już wyłącznie eksplozją przyjemności, jaka spływa na pijącego. Taka właśnie jest ta książka.

„Georgialiki”, to trochę nietypowy przykład literatury podróżniczej. W podtytule można dostrzec ostrzeżenie, autorka pozwoliła sobie na pewną samowolę i wplotła swoją osobę w opisywaną Gruzję. Wychodzi to opowiadanej historii na dobre, nadaje jej nawet coś na kształt szkieletu fabularnego i spaja wielką klamrą całość – ostatnie zdanie książki spowodowało u mnie reakcję tupu „aaaha, no tak! Hmm”.

Do tej pory pytany o książkę opowiadającą o współczesnej „Gruzji”, bez zastanowienia polecałem „Gaumardżos!” państwa Mellerów. „Gergialiki” są lepsze. Bardzo podoba mi się uderzająca szczerość autorki, która potęguje wrażenie autentyczności opisywanych zdarzeń. Dodając do tego dynamikę, jaką udało się przekazać za pomocą słów, oraz fajnie usystematyzowane informacje, czytelnik otrzymuje pozycję bardzo wartościową i ciekawą. Sięgałem po książkę już kilka razy i zawsze szybko znajdowałem odpowiedź na dręczące mnie pytanie, lub odnajdowałem szukane miejsce. Całość podzielona jest na dwie części. Pierwsza, moim zdaniem istotniejsza z praktycznego punktu widzenia, opisuje 7 regionów Gruzji. Druga część to wyimaginowana supra, czyli biesiada gruzińska. Opiera się ona na rozmowach z ośmioma osobami na przeróżne tematy związane z ich ojczystym krajem.

„Gergialiki” niestety nie są książką idealną. Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy po rozpoczęciu przygody z dość egzotyczną dla wielu Gruzją, jest brak jakiejkolwiek mapki, co doskwiera mocno. Kolejnym problemem, jednak już nie tak istotnym, jest jakość zdjęć. Dla porównania wziąłem książki Cejrowskiego („Rio anakonda” i „Gringo”), Wojciechowskiej (dwie części „Kobiety na krańcu świata”)  i wspomnianych wcześniej Mellerów („Gaumardżos”), każde z innych wydawnictw. Różnica w jakości jest spora i w każdym wypadku przewyższa recenzowaną pozycję. Zdjęcia w „Gerogialikach” miejscami robią wrażenie robionych lepszą komórką. Dziwi to tym bardziej, że Pascal to nie byle jaka marka.

Wspomniane wady nie umniejszają jednak nawet w małym stopniu przyjemności, jaka płynie z lektury „Georgialików”. Opisywane historie są zabawne, wzruszające i bogate w treść, a co najważniejsze w sposób niesłychanie przystępny przedstawiają niesamowity kraj, tak bliski a tak nam daleki. Książka zdecydowanie warta swojej ceny. Polecam!

Wydawca: Pascal

Ilość stron: 350

Data wydania: listopad 2012

Moja ocena: Gruzja po pakosińsku! Pycha!

PS. To już równo roczek jak zniknąłem w sposób niezapowiedziany, niespodziewany i bezlitosny. Teraz zaś wróciłem bezczelnie, niezapowiedzianie i niewiadomo, czy w ogóle. Ciężka sprawa;)