Archive for the ‘ Bajki ’ Category

„Alicja w Krainie Czarów” Lewis Carroll – wydanie Wilgi

Aż do niedawna „Alicja w Krainie Czarów” była dla mnie książką stosunkowo ciężkostrawną. Sporo symboliki, niejasne wydarzenia i przesadna magiczność świata jakoś mnie odpychały. Kiedy w moje ręce trafiła dziecięca wersja książkowego poprzednika, nastawienie miałem mocno sceptyczne. Pierwszy kontakt z książką zaskoczył mnie szalenie wysoką jakością wydania, jednak moje wątpliwości co do treści pozostały. Cóż jednak na temat bajek może powiedzieć taki stary piernik jak ja? Na testy zaprosiłem młodego. Wynik był dla mnie bardzo zaskakujący.

– Maamooo… – podchodzi do mnie Alek – znaczy Taatooo – reflektuje się.

– Słucham.

– Esteś dobym puchazem, pjawda?

– Kim? – pytam zdumiony

– No puchazem! Musis mi ugotować!

– Aha! Kucharzem! – walę się prawicą w potylicę – a co Ci ugotować?

– Take ciasto.

– Hm, ja nie jestem pewien czy potrafię. Masz ochotę na coś słodkiego?

– Nie, tata! – no tak, jaki ja jestem niedomyślny – Ce być duzy, taaaaki duzy!

Już jakiś czas temu zauważyłem, że bez względu na to co ja myślę o danej bajce, Aleks może mieć zupełnie odmienne zdanie. Tak też jest w tym wypadku. Okazuje się, że „Alicja” jest na topie, jako wieczorna czytanka, już od wielu, wielu dni. Czytamy sobie razem po kilka stron i mimo wielokrotnego jej ukończenia, wciąż zaczynamy od nowa. Język jakim książka jest napisana, trafia do małego uszka i czaruje czymś zupełnie mi niezauważalnym. Nie ma przydługich opisów, całość napisana jest jasno i sporo jest dialogów – może to właśnie jest klucz, do obudzenia zainteresowania w młodym czytelniku. Maksymalnie interaktywna zawartość również ma niebagatelny w udział we wciąganiu dziecka w czytaną historię.

 

Niewątpliwie największą zaletą „Alicji” jest fenomenalne wydanie. Na każdej stronie coś się dzieje. Można otwierać drzwiczki, „znikać” i „pojawiać” kota, „rosnąć” lub „maleć” Alicję czy szukać ukrytych elementów na ilustracjach. Książka jest jedną z najpiękniejszych jakie widziałem, a co najważniejsze na młodym czytelniku robi podobne wrażenie. Testowałem ją na 3 i pół letnim chłopczyku i 7 letniej dziewczynce – efekt nieodmiennie przyciągał ich uwagę na długo.

– Taaatooo…

– Słucham.

– Co kombinujes?

– Ja? Nic. Zupełne nic.

– Estes gzecny?

– Tak.

– Na pewno?

– Oczywiście!

– No, mas scenscie!

„Alicja w Krainie Czarów” rządzi! Ma wszystko to, co powinna posiadać idealna książeczka dla dzieci. Wszędzie się coś rusza, wyskakują trójwymiarowe elementy, tu coś się otwiera, tam jest jakaś ciekawostka, a najważniejsze, że wszystko to zostało wykonane w miarę dziecioodpornie (mój egzemplarz trzyma się dzielnie). Tekst nie ustępuje jakością wykonaniu i wciąga do Krainy Czarów niczym „wsysacz” (zapożyczenie od pewnego przedszkolaka). Gruba, miękka okładka domyka udanej całości. Cóż jeszcze mogę dodać? Pozycja ta będzie idealnym prezentem w Mikusiowym worku. Polecam i głową ręczę, że się spodoba.

Gorąco polecam i zalecam!

Wydawca: Wilga

Ilość stron: 24

Data wydania: sierpień 2011

Moja ocena: czary – mary stosowane!

PS. Więcej zdjęć „ze środka” znajdziecie na stronie wydawnictwa.

Reklamy

„Lodowy smok” George R. R. Martin

George’a R.R. Martina nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Na polu literatury fantasy pisarz osiągnął już prawie wszystko co było do osiągnięcia (wciąż pozostaje mu do dokończenia Pieśń Lodu i Ognia). Z tego też prawdopodobnie powodu postanowił rozszerzyć swoją twórczą działalność i zafundował, tym razem swoim młodszym fanom, baśń zatytułowaną „Lodowy smok”.

Adara to mała dziewczynka, której skóra jest zimna. Od najmłodszych lat w przeciwieństwie do otoczenia wyczekuje z wytęsknieniem nadejścia zimy. Dopiero kiedy świat okrywa śnieg, a wodę ścina mróz, dziewczynka staje się szczęśliwa. Pewnego dnia, podczas swoich zimowych leśnych wędrówek na jej drodze staje legendarny Lodowy smok. Ta potężna bestia budząca powszechny lęk, wywołuje w Adarze zupełnie przeciwne emocje. Kiedy wszystko zaczyna się układać na ziemie na których mieszka jej rodzina, spada klęska wojny.

Odnoszę wrażenie, że Martin wykorzystał podczas pisania „Lodowego smoka” maksymalnie kilka procent swojego potencjału, co okazało się ilością wystarczającą na twór kierowany do młodego odbiorcy. Opowiadanie czyta się przyjemnie, fabuła jest, a Adara budzi emocje podobne do tych znanych z takich klasyków jak „Kopciuszek”, „Zając i żółw” czy „Brzydkie kaczątko”. Przez większość czasu, pozostaje ona odrzuconą dziewczynką, siostrą gorszej kategorii, niechcianą córką, by po zwrocie fabuły odnaleźć się jako bohaterka i przejść metamorfozę. Klasyk.

Książeczkę czyta się piorunem. 102 strony śmigają nam przed oczyma niczym miesięczna wypłata i szybko, acz nie bez satysfakcji docieramy do końca. Wielka czcionka oraz sporo rysunków tylko ową szybkość potęgują. Dla kręcących nosem na objętość mam informację: to wielka zaleta książki. Kto czyta dzieciakom wie, że ważne jest by historia posuwała się do przodu a strony szybko umykały.

„Lodowy smok” adresowany jest do (na moje profesorskie oko) sześcio – siedmiolatków i starszych czytelników. Będzie idealną książką dla dziecka, które zaczyna samo czytać. Czcionka zachęca, rysunki będą dodatkowo mobilizować, a sama historia ma w sobie to bajkowe coś, co pamiętam z dzieciństwa. W moim rankingu „Lodowy smok” wraz z „Oddem i Lodowymi Olbrzymami” Gaimana, lądują ex equ na pierwszy miejscu w kategorii „pierwsza samodzielna książka dla mojego smyka”.

Polecam!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 104

Data wydania: 2011

Moja ocena: niedoskonała, acz magiczna

Recenzja napisana dla portalu Fantasybook. Zapraszam i polecam!

„Smaczne Misie”, „Sny Smacznych Misiów” Marta Łosiak

Czy tego chcemy czy nie, rynek książek dla dzieci zasypany jest tłumaczeniami. Kubusie, Tuptusie i inne Disneyowskie czy pixarowe twory, królują na księgarnianych półkach. Bardzo brakowało mi w ostatnich czasach czegoś naszego, swojskiego. Przyglądając się moim zapasom, w oczy rzuciły mi się dwie nietypowe zdobycze targowe „Smaczne misie”, oraz „Sny Smacznych Misiów”, autorstwa pani Marty Łosiak z ilustracjami pana Michała Czarnego. Już sama okładka przemówiła do mnie: „Jesteś w domu.”.

– Mama Niedźwiedzica (…) posprzątała gawrę i wyruszyła na spacer – czytam młodemu.

– Co to est gawa? – to pytanie musiało paść.

– Gawra, to taki Niedźwiedzi dom. Misie w nim mieszkają i śpią.

– Hmm – Alek stuka się palcem po czole – chyba nieee – w końcu stwierdza.

– Jak to nie? Zobacz, tu jest gawra – przewracam na ostatnią stronę, gdzie znajduje się słowniczek z graficzną pomocą – Widzisz, tutaj właśnie Mama Niedźwiedzica przespała zimę.

– Nie! – tym razem protest jest zdecydowany.

– Nie rozumiem, dlaczego nie?

– Misie mieskają cecież w jaskiniach!

Mama Niedźwiedzica urodziła trzy małe niedźwiedziątka i nazwała je kolejno: Śmietankowym, Czekoladowym i Bursztynowym Misiem. Młode, jak to zwykle bywa, ciekawskie i trochę szalone, mierzą się z nieznanym im światem. „Smaczne misie” opisują perypetie łobuziaków, na przestrzeni czterech pór roku. Okazuje się, że każda z nich ma do zaoferowania coś unikalnego i serwuje im zaskakujące przygody. „Sny smacznych Misiów”, jak sam tytuł wskazuje, opowiada o sennych perypetiach trzech niedźwiadków nie zapominając jednak również o samej mamie. Szczególnie ostatnie opowiadanko robi niezłe wrażenie – szczególnie na rodzicach.

– A pojedziemy w góly sobacyć misie?

– Tak, ale dopiero na wiosnę. Teraz misie zapadły już w sen zimowy.

– Chyyyba jesce nieeee – znowu ta irytująca wątpliwość w głosie akcentowana za pomocą wyciągniętych „yyyy” i „eeee”.

– A jednak tak. Na dworze wieje wiatr, w nocy trzyma mróz i lada dzień może spaść śnieg.

– Nieg?!?! I psyjdzie Mikołaj!?!?! – oho, nadmierny entuzjazm.

– Tak, ale dopiero za 3 tygodnie. Jeszcze zostało sporo czasu.

– To ja pocekam – pewność siebie trudna do opisania i kiwnięcie główką ku podkreślenie swojego przekonania.

– Dobrze, a teraz idziemy spać! – ogłaszam.

– Nie, ja pocekam!

– Ale Mikołaj przyjdzie dopiero za 3 tygodnie.

– Ja pooceeeeekam – czyli gadaj sobie, a ja i tak po swojemu zrobię.

– Ale…

– Obiecałeś mi! – pada z wyrzutem.

Książeczki napisane są prostym, plastycznym i wyrazistym językiem. Uzupełniają go świetne ilustracje stworzone w malarskim stylu. Ich nieoczywistość i nieostrość sprawia, że mój lekko nadpobudliwy syn wpatrywał się w nie chwilę, by dokładnie rozgryźć „o co w tym wszystkim chodzi. Obie książeczki przemycają w sobie sporo ważnych dla dziecka wartości. Poruszają kwestie wzajemnego poszanowania, wiary we własne siły, przyjaźni czy miłości, przy czym robią to w sposób naturalny, nie rażący sztucznością. Czytając nie ma się wrażenia, że element wychowawczy została dodany sztucznie – na siłę.

Niedziela. Rano…. Bardzo rano…

– Tatoo… – dobiega do mnie głosik spod kołdy.

– eeemm – mamroczę.

– Psysłem

– Aha…

– Dzie mama?

– W pracy – odpowiadam na lekkim wydechu

– Ehh – wzdycha młody – Idziemy na dół?

– Za chwilkę… – odpowiadam szeptem.

– Akujat…

Obie książeczki opowiadające o perypetiach małych niedźwiadków to świetna lektura dla każdego dziecka od 3 lat wzwyż, chociaż i niektóre młodsze dzieci mogą z zaciekawieniem ich posłuchać. Bije z nich polskość, duch naszych lasów i gór. Początkowo myślałem, że to właśnie ten klimat, znany mi z dzieciństwa, wpływa na tak pozytywny odbiór tej książki. Rozchylona buzia mojego łobuza i „niedźwiedzi” rumieniec na policzkach rozwiały jednak moje obawy. „Smaczne Misie” to po prostu kawał dobrej baji na dobranoc!

Polecam gorąco!

Wydawca: AMEA

Ilość stron: Smaczne Misie 48 stron, Sny Smacznych Misiów 50 stron.

Data wydania: Smaczne Misie 2006, Sny Smacznych Misiów 2008.

Moja ocena: mniam! / 10

Kuferek bajek, czyli Kopciuszek z uchwytem!

Rodzicie wiedzą, że aby zainteresować swoją latorośl wciąż potrzeba czegoś nowego, odkrywczego najlepiej bajeranckiego. Idąc tym tropem odkryłem „Kuferki bajek”. Nie wybijałyby się ponad przeciętność, gdyby nie forma w jakiej zostały wydane. Alek od pierwszego kontaktu z nimi, wiedział jak należy je używać i do dzisiaj towarzyszą mu podczas wypadów w teren. Na czym polega wyjątkowość tych książeczek? Odpowiedź znajdziecie niżej.

– Jestem bisnesee-em! – z dumą stwierdził Alek

– Kim? – pytam mocno zdziwiony.

– No, iznesee-eem!

Dostrzegam, że młody trzyma Kuferek bajek w łapce i zaświtała mi myśl

– Biznesmenem jesteś, tak?

– No właśnie – potwierdza z irytacją w głosie – ide do płacy!

– Powodzenia w pracy! – podłapuję grę – Zarób pieniążki!

– No pzeciesz tata! – stwierdza, jakbym powiedział najoczywistszą rzecz na świecie.

Na warsztacie mam dzisiaj cztery bajeczki wydane w walizkowej formie: „Śpiącą królewnę”, „Piękną i Bestię”, „Złotowłosą i trzy misie”, oraz „Piotrusia Pana”. Sposób wydania najlepiej obrazują zdjęcia. Każda książeczka wyposażona jest w plastikowy uchwyt, a całość (żeby się nie otwierała) dopełniona jest klipsem, utrzymującym strony razem. Efekt? Aleks wygląda wprost zawodowo, kiedy podąża do auta z namaszczeniem trzymając w łapce „neseser” i wzbudza nie lada sympatię, kiedy paraduje z Kuferkiem po sklepie, restauracji czy podczas jakiegokolwiek innego wyjazdu. Uchwyt jak i klips wykonane są w miarę solidnie. Alkowi jak dotąd udało się urwać tylko jeden element co, biorąc pod uwagę intensywność i okres użytkowania, jest bardzo dobrym wynikiem.

Przybiega do mnie Alek z wyciągniętym nad głowę Kuferkiem:

– Tato! Załatwis mi to?

– Hmm, ale o czym mówisz?

– No to! Nowe! Załatwis? Prooooseee! – tu następuje mina kotka ze Shreka o słodkości co najmniej jednej pszczelej pasieki.

– Chodzi Ci o nową książeczkę?

– Taaaak! – ryk, nie krzyk, ryk radości!

– Jeżeli będziesz grzeczny, będziesz sprzątał zabawki i nie będzie marudzenia, to pojedziemy do sklepy jutro – stawiam warunki.

– Eeeeehhh – młody spuszcza głowę i oddala się w sobie tylko znanym kierunku – zawse to samo…

Wszystkie cztery bajki napisane są zgrabnie lekkim wierszem. Treść czyta się szybko i dziecko nie traci zainteresowania. Większość miejsca zajmują bardzo ładne i szalenie kolorowe ilustracje.  Cechy te sprawiają, że książki sprawdzą się świetnie w wypadku dzieciaków 3-4 letnich, które mają czasami problem ze skupieniem uwagi na dłużej. Gorąco polecam te klasyczne utwory wydane pod tak ciekawą postacią. Już dla samego widoku bąbla z walizeczką warto w nie zainwestować.

Polecam!

Wydawca: Wilga

Ilość stron: odpowiednio po 12

Data wydania: 2011

Moja ocena: klasyka z uchwytem!

„Hokus – Pokus. Opowieść o znamienitych magikach i ich zadziwiających dokonaniach.” Paul Kieve

Dobra! Odkładam nożyczki, papier i klej. Czas przerwać zabawę i coś napisaćJ

Bywa, że po niektóre książki sięgam spontanicznie. Bez rekonesansu, bez sprawdzania ocen, bez czytania recenzji, zabieram się za dzieło zupełnie mi nieznanego autora. Efekt takiego postępowania bywa skrajnie różny: od totalnego rozczarowania – po bardzo miłe zaskoczenie. „Hokus – Poklus. Opowieści o znamienitych magikach i ich zadziwiających dokonaniach” pana Paula Kieve, znalazł się na moim biurku w zasadzie bez zapowiedzi, niczym wyczarowany i bardzo mnie zaskoczył.

Książka opowiada o losach pewnego początkującego magika – iluzjonisty, który bardzo pragnie osiągnąć wielką sławę. Na skutek działania tego pragnienia i zapewne magii, jednego popołudnia odwiedza go znany (aczkolwiek dawno nie żyjący) magik – Alexander. Zapowiada on naszemu adeptowi, że w bliżej nieokreślonej przyszłości, zaczną odwiedzać go kolejno największe sławy z branży (w postaci duchów, czy zjwa – nie zostało to wyjaśnione), by podszkolić go w fachu.

Fabuła w „Hokus – Pokus” jest narzędziem, użytym do dwóch celów. Po pierwsze, pozwala w uporządkowany i ciekawy sposób przedstawić postacie najsłynniejszych iluzjonistów w historii, wraz z ich popisowymi występami. Po drugie zaś, pokazuje tajniki sztuczek magicznych. Nie znaczy to wcale, że książka jest nudna, wręcz przeciwnie. Główny bohater, robi trochę ciamajdowate wrażenie, przez co wzbudza sporą sympatię. Ostro kibicowałem mu w jego ćwiczeniach i zdobywaniu kolejnych umiejętności. Historia kończy się efektownie, jak sztuczki samego mistrza Houdiniego, ale ciii… nie będę Wam zdradzał szczegółów.

Czas chyba najwyższy wyjaśnić, dlaczego od kilku dni biegam z nożyczkami, paskami papieru, klejem, talią kart i monetami. Otóż w trakcie czytania, wielcy iluzjoniści opisują jak wykonać bardzo proste, jednak efektowne sztuczki magiczne. Są one naprawdę świetne i co ważniejsze, naprawdę działają. Cała tajemnica leży jednak w przygotowaniu, stąd nie rozstaję się z akcesoriami niezbędnymi do wykonania danych iluzji. „Hokus – Pokus” tak podziałał na moją wyobraźnię, że pewnie jeszcze na jakiś czas zostanę magikiem amatorem.

Warto wspomnieć o samym wydaniu. Książka oprawiona jest w ładną, twardą okładkę. Czytanie ubarwiają nam świetne ilustracje Petera Baileya, który bardzo zgrabnie uchwycił klimat panujący podczas lektury, a dodatkowo pomagają zrozumieć kulisy sztuczek magicznych. Na końcu książki (gdyby komuś było wciąż mało), znalazło się miejsce dla 28 dodatkowych numerów o bardzo zróżnicowanym stopniu trudności jak i skali, czy docelowej publiczności. Wychodzi więc na to, że za 39.90,- dostajemy całkiem fajną powieść ze skróconą i zgrabnie przedstawioną biografię sławnych iluzjonistów, oraz (lekko licząc) opis prawie 40 sztuczek magicznych z dokładnym wyjaśnieniem, co i jak. Warto na to wszystko wysupłać te 4 dyszki.

„Hokus – Pokus” mogę polecić każdemu, kto chociaż raz widział jakiś występ magiczny i zastanawiał się, jak zrobić samemu coś podobnego. Szczególnie jednak zachęcam do jej nabycia rodziców. Za sprawą tej książki, w oczach swojego dziecka staniecie się prawdziwymi magikami. Dodatkowo, historia świetnie nadaje się do czytania do poduchy: jest magiczna, tajemnicza i wciągająca. Przypuszczam, że na mojej półce za kilka lat, będzie to jeden z bardziej wyeksploatowanych egzemplarzy.

Gorąco polecam!

Wydawca: Telbit

Ilość stron: 304

Data wydania: 2010

Moja ocena: 8.5/10

Małgorzata Strzałkowska i jej wierszyki dla dzieci.

Po ostatniej recenzji Tolinów, odkryłem dzięki wam pewną lukę na blogowym poletku, czyli prawie zupełny brak recenzji książeczek dla dzieci. Postanowiłem, że średnio raz w tygodniu, postaram się wrzucać tekst w tym temacie i tym samem wspomniane braki zapełniać. Dodam na koniec, że rzeczywistym recenzentem pozostaje mój ponad 2 i pół letni łobuz, Alek:)

Na przedmiot moich dzisiejszych rozważań, wybrałem jedną z najsławniejszych autorek książek dla dzieci w Polsce – panią Małgorzatę Strzałkowską. Znana jest ona głównie z jej łamiących języki wierszyków, jednak na jej koncie znajduje się również kilka książeczek przeznaczonych dla naszych najmłodszych. Dzisiaj postanowiłem przedstawić wam trzy zbiory, zawierające rymowana część twórczości wspomnianej autorki.

Na pierwszy ogień wytypowałem Wiersze z kanapy. Książeczka ta przeznaczona jest dla najmłodszych czytelników (słuchaczy). Z doświadczenia wiem, że jakimś cudem, rymowanki zawarte w tym zbiorze trafiają już do niespełna 2 letniego dziecka. Język jakim zostały napisane jest najprostszym z możliwych, a bohaterami wierszyków są sympatyczne postacie takie jak bocian Bocio, czy głodni Marsjanie. Całość jest pięknie wydana, oprawiona w twarda okładkę, na kredowym papieże i gęsto ilustrowana rysunkami Marcina Bruchnalskiego – dla tego pana brawa. Za książeczkę w której znajdziemy 21 naprawdę fajnych wierszyków, przyjdzie nam zapłacić 16,99. Chyba nie muszę dodawać nic więcej.

Drugą z trzech wybranych przeze mnie książek są Wiersze spod Pszczyny. Jest to, z tego co mi wiadomo, najnowsza publikacja pani Strzałkowskiej (premierę miała bodajże na zeszłorocznych Targach Książki) i jest przeznaczona raczej dla starszych dzieci. Skąd ten wniosek? Przytoczę pewną rozmowę:

– Aleks, czytamy wierszyki?

– Taaak!

– Ten?

– Nie. Ten gupi! Inny!

– Ten?

– Eeee… Uffff ciałć (chciałem, chcę – nie potrafi wymówić tego słowa, a Ufff… to tytuł jednego z wierszyków)

Jak widać na tym przykładzie, tylko niektóre wierszyki nadają się dla młodszych dzieci. Około połowa z rymowanek napisana jest przystępnie i zrozumiale, pozostała część jest jednak naprawdę trudna i potrafi połamać język niejednemu dorosłemu. Książeczka zawiera w sumie 22 wiersze i wydana jest równie pięknie jak Wiersze z kanapy. Jedyną większą różnicą pomiędzy oboma zbiorami jest to, że Wiersze spod Pszczyny ilustrowane są kolażami autorki, a nie typowymi ilustracjami co sprawia, że młodsze dziecko (a przynajmniej mój Alek) traci nimi szybko zainteresowanie. Cena książki wynosi 25 złotych, co jest kwota niemałą, jednak moim zdaniem jeszcze do przyjęcia.

Na deser zostawiłem sobie Gimnastykę dla języka (i Polaka, i Anglika). Jest to zbiór 22 wierszyków, przeznaczonych już zdecydowanie dla starszych dzieci. Aleks lubi jak na razie jedynie 2-3 rymowanki, czego powodem jest zapewne wysokie skomplikowanie pozostałych utworów. Uwierzcie mi, że tytuł tej książki nie jest przypadkowy i sam mam niezłe problemy, żeby przeczytać niektóre z wierszy płynnie. Nie umniejsza to jednak błyskotliwości z jaką są napisane, nie raz podczas ich czytania na moich ustach pojawiał się cwany uśmieszek. Książeczka wydana jest równie pięknie co poprzednie i ilustrowana kolażami autorki, a dodatkowo dołączona do niej jest płyta, na której – nie kto inny jak sam Piotr Fronczewski – łamie sobie niechlubnie język, podczas prób własnej interpretacji, o czym najlepiej świadczą jego skuchy nagrane na końcu rzeczonej płyty. Cena książeczki to 24.90, co jest sumą moim zdaniem adekwatną do zawartości (i świetnej płyty!).

Na koniec, by ukazać dokładnie styl pisarki zamieszczam małą próbkę:

Rola mola

Pewne bardzo zdolne mole

otrzymały w filmie rolę.

– Rola mola? Czy to drwiny?

Ktoś z nas robi sobie kpiny!

Granie w filmie roli moli

nigdy nas nie zadowoli!

Taka mała, nędzna rola

wprost obraża honor mola!

Lwa lub słonia grać możemy.

Innych ról nie przyjmujemy.

Wierszyk pochodzi z Wierszy z kanapy i jeżeli chcecie poznać jego zakończenie, a dodam że warto, to nie pozostaje wam nic innego jak skądś ją dorwać:)

Polecam!

Wydawca: Media Rodzina (Gimnastyka dla języka, Wiersze spod Pszczyny), Publicat (Wiersze z kanapy).

Ilość stron: każda książeczka po 31.

Daty wydań kolejno jak w recenzji: 2008, 2010 i 2004

Moja ocena: Wiersze z kanapy – 9/10, Wiersze spod Pszczyny – 7/10, Gimnastyka dla języka – 9/10

Na koniec chciałem dodać, że recenzowane książki mają wielką wartość językową i są stosowane w terapiach logopedycznych, jednak z uwagi na brak mojej wiedzy w tej dziedzinie, napomykam jedynie o tej kwestii.

„Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci” Conn Iggulden

Jako tata 2 i pół letniego łobuza, już jakiś czas temu stałem się ekspertem w dziedzinie książek dla dzieci. Okazuje się, że tytuły powszechnie uznane za kultowe i obowiązkowe, w zderzeniu z rzeczywistością (czyli dzieckiem) wypadają blado. Najlepszym przykładem jest Tuwim, którego Alek pod żadnym pozorem nie chce słuchać (dla porównania – Strzałkowską uwielbia!). W ten sposób dochodzimy do Tolinów, czyli nowej pozycji dla najmłodszych (i nie tylko), wydanej niedawno przez  Świat Książki. Na okładce widnieje napis: Wystrzałowe opowieści dla dzieci. Ok, przekonajmy się:

– Alek! Chodź! Poczytamy baję!

– Baja! Pokaź, co to?

– Toliny. Zobacz, Iskrzak siedzi w słoiku. Ciekawe kto go tam zamknął? Chcesz posłuchać?

W odpowiedzi widzę tylko energiczne potakiwanie głową.

Książka opowiada o przygodach pewnej małej, magicznej społeczności mini ludzików obdarzonych skrzydełkami. Stworki te żyją zaraz obok ludzi, w ich ogrodach i pod ziemią, jednak na co dzień pozostają niezauważone. Pomysł stary jak świat – taka była moja pierwsza myśl, jednak coś w tym wszystkim musi być, skoro Młody słucha rozdział po rozdziale i cały czas chce więcej.

– Biedny Rzymek! Widzisz co oni mu zrobili?

– Poleciał i zlobił bach! – z rumieńcami na policzka relacjonuje Młody.

– A co mu się stało ze skrzydełkami?

– Nie ma… – spuszczony wzrok, buzia wywrócona rogalem w dół… Smutek w czystej postaci.

– Nie bój się, skrzydełka odrosną!

W oczy rzuca się wysokiej jakości wydanie, które prawie usprawiedliwia wysoką cenę. Solidna twarda okładka, kredowy papier i wszystko to zszyte na tyle dobrze, że wytrzymuje (jak dotąd) konfrontację z żywiołowym łobuzem. Książkę urozmaicają świetne ilustracje, które są na tyle konkretne, że szczególnie młodszemu dziecku, można za ich pomocą tłumaczyć fabułę. Wydawnictwo wyceniło Toliny na 45 złotych. Dużo, ale jest to suma adekwatna do jakości i zawartości.

– Co oni lobią? – Alek pyta z przejęciem

– Źli, wielcy brodacze zamknęli Toliny w Słoikach.

– A dlaczego?

– Żeby ich wystrzelić w powietrze.

– A dlaczego?

– Żeby fajerwerki były baaaardzo kolorowe.

– A dlaczego?

– …

Nie będę się zbytnio rozpisywał, bo i nie ma o czym za bardzo. Toliny przeszły najcięższy test jakości, jaki dostępny jest na rynku i zdały go celująco. Piękne wydanie, fajna dowcipna historia dla każdego, mieszczącego się w przedziale 2-102 lat, sympatyczni bohaterowie i świetne ilustracje. To wszystko jednak jest nieważne! Największym atutem jest to, że 2 i pół letni łobuz, jest w stanie zaprzestać skakania, rzucania i śpiewania, by posłuchać historii o małych ludzikach ze skrzydełkami. Książka ląduje na półce wraz z największymi hitami mojego syna, czyli Autami z Pixara, Reksiem, Bolkiem i Lolkiem oraz Kubusiem P. Wyborowe sąsiedztwo powinno samo przez się świadczyć o wyjątkowości Tolinów.

Polecam!

Wydawca: Świat Książki

Ilość stron: 176

Data wydania: listopad 2010

Moja ocena: 9/10

Dziękuję serdecznie Lenie, bo to ta wspaniała dziewczyna stoi za tym, że powyższa książka znalazła się w moich łapach!:)

Jeszcze info dla zainteresowanych: na blogu Kingi pod TYM adresem, do wygrania książkę „Oddaj mi dzieci”. Zapraszam:)