Archive for the ‘ Biografie/Autobiografie ’ Category

„Jak zostałem premierem” Robert Górski

Gorski_Jakzostalempremierem_500pxJestem osobą, która lubi od czasu do czasu się pośmiać. Powiedziałbym nawet, że pośmiać nie byle jak, ale tak profesjonalnie, w pełnej opcji, z opluciem telewizora, parsknięciami i czkawką na śmiechowym kacu. Dopiero taki ubaw daje mi poczucie pełnego spełnienia. Sprawa nie jest jednak taka prosta. Problemem nie jest sam proces, a raczej środki, by go zainicjować. Najlepiej w tej roli sprawdzają się kabarety. Oczywiście nie każdy daje radę, a i te sprawdzone czasami zawodzą. Przejdę do meritum, bo mi się wstępniak przeciąga: Kabaret Moralnego Niepokoju, statystycznie najbardziej daje radę.

Zacznę od banału, lub jak kto woli od początku. Ojcem KMN-u (Kabaret Moralnego Niepokoju) jest Robert Górski. Ten Pan odpowiada za moją niejedną kolkę i wprowadza urozmaicenie w życiu zawodowym niejednego Polaka. Na pewno wielu z was spotkało się chociażby z powiedzonkiem: „Będzie pan zadowolooony!”. Tak, to właśnie Górski. Niestety, kiedy trzymam w ręku właśnie przeczytany debiut literacki tego pana(lub, co jest bliższe prawdzie, debiut wydawniczy), nie do końca jestem zadowolooony.

Książka „Jak zostałem premierem.”, jest zapisem rozmów, jakie przeprowadził z liderem Kabaretu Mariusz Cieślik, dziennikarz znany mi głównie z kanały TVN24 jako prowadzący program o literaturze Xięgarnia. Cały zapis przypomina wywiad rzekę, chociaż bliżej mu raczej do leniwego strumyczka, płynącego sobie bezpiecznie dopiero co skorygowanym i odmulonym korytem. Nie ma wstrząsów, specjalnie zaskakujących pytań, ani polemiki z Górskim, forma pytanie – odpowiedź użyta jest jako spoiwo, które scala treść jaką autor miał do przekazania, a jest jej niestety niewiele.

Czepiam się treści nie bez powodu. Dla porównania połóżmy sobie obok „Podróże małe i duże” Manna i Materny. Grubość, format i cena ta sama. Na oko książki są identyczne, jednak po bliższych oględzinach zaczynają rysować się różnice. Przy optycznie porównywalnej grubości, książka Górskiego proponuje nam zaledwie 200 stron, 2 wstawki z kilkunastoma zdjęciami na kredowym papierze i… to w zasadzie wszystko. „Podróże” w tej samej cenie mają 278 stron, lepszy papier, dużo więcej zdjęć, bogatszą treść… Czytając „Jak zostałem premierem” czułem się trochę oszukany. Żeby to unaocznić policzyłem, co zawiera pierwsze 50 stron: 4 puste strony, 6 stron z nagłówkami, 3 strony z obrazkami, 4 strony przedmów i wstępów, 13 stron z zapisami skeczów KMN, 17 stron wywiadu, czyli treści faktycznej i 1 strona wypowiedzi na temat Górskiego. Niewiele, szczególnie dla ludzi, którzy niektóre skecze oglądają po XX razy i znają je na pamięć.

„Jak zostałem premierem” to jednak wciąż świetna książka. Pochłania się ją w jedno niespecjalnie długie popołudnie, co jest czynnością szalenie przyjemną i relaksującą, a i śmiechu przy tym niemało, chociaż na ból brzucha nie ma co liczyć. Dla fanów KMNu to pozycja obowiązkowa, zastrzegam jednak, żeby podejść do książki z odpowiednim dystansem, bo rozczarować się można bardzo łatwo. Summa summarum „Jak zostać premierem” to trochę skok na kasę, ale Górski to Górski i poniżej pewnego poziomu po prostu nie schodzi.

Wydawca: Znak

Ilość stron: 200

Data wydania: listopad 2012

Moja ocena: Pokosa lepsza niż Góral!

PS. Żeby nie było wątpliwości, książka jest świetna! Tylko rozpaczliwie mało Górskiego w Górskim;(

Reklamy

„Georgialiki. Książka pakosińsko – gruzińska” Katarzyna Pakosińska

GeorgialikiPisanie jest dla mnie niczym wino, impulsywnie miewam na nie ochotę, jednak nigdy nie bez zewnętrznego impulsu. „Georgialiki” najpierw zmusiły mnie do sięgnięcia po butelkę tegoż napoju (bynajmniej nie w celach znieczuleniowych), bo przecież przy takiej lekturze to wręcz wypada, a później do napisania o niej. Słowa te można interpretować dwojako, więc od razu rozwiewam wątpliwości: podobało mi się bardzo.

Książka Katarzyny Pakosińskiej jest jak słodkie wino z suszonych owoców pite zaraz po czekoladowym deserze. Najpierw wydaje się kwaśne i wręcz nieznośne, niezręcznie drażniąc nasze kubki smakowe, zupełnie jak kilka pierwszych stron omawianej książki. Po kilku mniejszych niepewnych łykach, czekolada zaczyna jednak przegrywać i napój subtelnie, powoli, osiąga przewagę. Kolejne kieliszki są już wyłącznie eksplozją przyjemności, jaka spływa na pijącego. Taka właśnie jest ta książka.

„Georgialiki”, to trochę nietypowy przykład literatury podróżniczej. W podtytule można dostrzec ostrzeżenie, autorka pozwoliła sobie na pewną samowolę i wplotła swoją osobę w opisywaną Gruzję. Wychodzi to opowiadanej historii na dobre, nadaje jej nawet coś na kształt szkieletu fabularnego i spaja wielką klamrą całość – ostatnie zdanie książki spowodowało u mnie reakcję tupu „aaaha, no tak! Hmm”.

Do tej pory pytany o książkę opowiadającą o współczesnej „Gruzji”, bez zastanowienia polecałem „Gaumardżos!” państwa Mellerów. „Gergialiki” są lepsze. Bardzo podoba mi się uderzająca szczerość autorki, która potęguje wrażenie autentyczności opisywanych zdarzeń. Dodając do tego dynamikę, jaką udało się przekazać za pomocą słów, oraz fajnie usystematyzowane informacje, czytelnik otrzymuje pozycję bardzo wartościową i ciekawą. Sięgałem po książkę już kilka razy i zawsze szybko znajdowałem odpowiedź na dręczące mnie pytanie, lub odnajdowałem szukane miejsce. Całość podzielona jest na dwie części. Pierwsza, moim zdaniem istotniejsza z praktycznego punktu widzenia, opisuje 7 regionów Gruzji. Druga część to wyimaginowana supra, czyli biesiada gruzińska. Opiera się ona na rozmowach z ośmioma osobami na przeróżne tematy związane z ich ojczystym krajem.

„Gergialiki” niestety nie są książką idealną. Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy po rozpoczęciu przygody z dość egzotyczną dla wielu Gruzją, jest brak jakiejkolwiek mapki, co doskwiera mocno. Kolejnym problemem, jednak już nie tak istotnym, jest jakość zdjęć. Dla porównania wziąłem książki Cejrowskiego („Rio anakonda” i „Gringo”), Wojciechowskiej (dwie części „Kobiety na krańcu świata”)  i wspomnianych wcześniej Mellerów („Gaumardżos”), każde z innych wydawnictw. Różnica w jakości jest spora i w każdym wypadku przewyższa recenzowaną pozycję. Zdjęcia w „Gerogialikach” miejscami robią wrażenie robionych lepszą komórką. Dziwi to tym bardziej, że Pascal to nie byle jaka marka.

Wspomniane wady nie umniejszają jednak nawet w małym stopniu przyjemności, jaka płynie z lektury „Georgialików”. Opisywane historie są zabawne, wzruszające i bogate w treść, a co najważniejsze w sposób niesłychanie przystępny przedstawiają niesamowity kraj, tak bliski a tak nam daleki. Książka zdecydowanie warta swojej ceny. Polecam!

Wydawca: Pascal

Ilość stron: 350

Data wydania: listopad 2012

Moja ocena: Gruzja po pakosińsku! Pycha!

PS. To już równo roczek jak zniknąłem w sposób niezapowiedziany, niespodziewany i bezlitosny. Teraz zaś wróciłem bezczelnie, niezapowiedzianie i niewiadomo, czy w ogóle. Ciężka sprawa;)

„Ojciec” Karol Arentowicz

Młody ojciec ma pod górkę. Jeszcze przed narodzeniem dziecka, jego ukochana i namiętna kobieta, staje się marudna, a momentami wręcz nieznośna. W jej brzuchu rośnie coś, co spycha faceta na bok. To zaledwie preludium do tego co dopiero nastąpi. Kiedy rodzi się nasz ukochany potomek, młody tata nie wie co robić. Panika miesza się z depresją. Kiedy wydaje się, że sytuacja jest ogarnięta, nadchodzą pierwsze większe zakupy dla następcy tronu. Opcja niechybnego bankructwa staje się realna. Kiedy padnięty tata po 2 zmianach wraca zmęczony ale zadowolony do domu, wydaje mu się, że zapanował na tym całym chaosem. W tej niełatwej gonitwie umyka mu jednak drobny szczegół – wychowanie. Karol Arentowicz poświęcił mu swoja najnowszą książkę zatytułowaną „Ojciec”.

Jest tam gdzieś z Wami jakiś młody tata? Jeżeli tak, wołajcie go, bo naprawdę powinien to przeczytać.

Kiedy urodził mi się syn, pierwszym uczuciem jakie zrodziło im się w głowie, była potrzeba zapewnienia jemu i mojej żonie bytu. Z czasem, tak jak napisałem wyżej, ogarnąłem chaos i zauważyłem, że ta niepozorna istotka spogląda na mnie. Nie było to spojrzenie puste i nierozumne. Przypominało bardziej ciekawość i chęć naśladownictwa. Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że pieniądze znaczą dla dziecka nie więcej niż jedzenie, a prawdziwą wartość jako dla człowieka stanowi dla niego ojciec obecny w jego życiu.

„Ojciec” Karola Arentowicza przypomina trochę rachunek sumienia. Autor rozlicza się w niej ze swojego ojcostwa, analizuje go i wskazuje gdzie popełnił błąd, gdzie wybrał złą drogę. Swoje relacje z córką zestawia ze stosunkami z własnym ojcem. Udowadnia, że wychowanie wyniesione z dzieciństwa wpływa na późniejsze podejście do własnych dzieci.

W książce autor szczególny nacisk kładzie na konieczność emocjonalnego otwierania się na własne dzieci. Na przykładzie Jezusa, Hitlera i Stalina wyłuszcza, jak istotną osobą w życiu dziecka jest ojciec. Dobór tych przykładów może wydać się niektórym mocno kontrowersyjny. Początkowo sam miałem mocno sceptyczny stosunek do tego zestawienie, jednak postawienie św. Józefa obok Schicklgrubera (ojca Hitlera) rozwiało moje wątpliwości.

„Ojciec” to lektura obowiązkowa, szczególnie dla młodych mężczyzn będących bądź planujących ojcostwo. Z wieloma tezami autora można się nie zgadzać. Można mieć zastrzeżenia do jego podejścia do Boga oraz wniosków, jakie wyciąga z biblii. Nie sposób jednak nie zgodzić się z ogólnym przesłaniem „Ojca” i dla niego samego warto po tą nietypową pozycję sięgnąć. 98 stron to naprawdę niewiele, a w ciągu 2 godzin lektury, można odmienić całe życie własnego dziecka.

Polecam!

Wydawca: IMG Partner

Ilość stron: 98

Data wydania: październik 2011

Moja ocena: ważna/10

„Za dużo wina Toskanii” Dario Castagno

Wiosną na dworze można często zaobserwować tajemnicze kuleczki puchu unoszące się delikatnie na wietrze. Zapewne niosą one w sobie jakieś zarodniki czy nasionka rośliny sprytnej na tyle, by rozmnażać się w tak pomysłowy sposób. Potrafię nieraz zapatrzeć się na taki pojedynczy mały obłoczek i żyjąc jego życiem płynąć na fali niewidzialnej siły. Obserwowanie go ma w sobie pewien nieodgadniony magnetyzm, a im dłużej się w niego wpatruję, tym więcej zauważam detali w tle. Lektura trzeciej książki Dario Castagno, zatytułowanej „Za dużo wina w Toskanii”, ma w sobie tajemniczą siłę owego puszka. Im dłużej się z nią obcuje, tym trudniej się od niej oderwać.

„Jedzenie bez wina jest jak stawianie muru na sucho.”*

Niełatwo jednoznacznie sklasyfikować najnowszą powieść Castagno. Jest to zasadzie autobiografia, napisana na schemacie korespondencji autora z przedstawicielką zagranicznego wydawnictwa, Mią Lane. Pierwsze kilkadziesiąt stron, to niemrawe wprowadzenie w sielski świat w jakim przyszło żyć Dariowi. Opis widoków i piękna przyrody w pewnym momencie na szczęście ustępuje miejsca rozkręcającej się niespiesznie fabule. Autor w meilach przesyła agentce swoje coraz to śmielsze wspomnienia z winem w tle. Nie spodziewa się jednak, że nieśmiała korespondencja może przerodzić się w coś więcej.

„Wino trzyma melancholię na dystans.”*

Na początku musze napisać o zakończeniu, bo nie wytrzymam – tak bardzo chcę się podzielić swoim zachwytem. Kiedy doczytywałem „Toskanię” czułem w piersi dziwny ucisk. Dopiero po chwili doszedłem do tego, że się najnormalniej w świecie wzruszyłem. Uwierzcie mi, to się nie zdarza często. Ba! To się nie zdarza prawie wcale podczas moich kontaktów z literaturą. Castagno zdołał napisać coś autentycznego i pięknego. Zakończenie odbiera dech w piersi.

„Wino wcieka, rozum wycieka”*

Droga do tak wspaniałego finału nie jest już niestety tak spektakularna. Pierwsza „setka” to prawie droga przez mękę. O ile przez kilka stron nawet przyjemnie mi się czytało opisy przyrody i spożywania wina na jej łonie, o tyle szybko stało się to nudne. Potem pozostało mi jeszcze przedrzeć się przez kilka rozdziałów o historii produkcji wina w Chianti, która co poniektórych może nawet zainteresować i nastąpił rozdział jedenasty, czyli „Ostatni Spęd” i się zaczęło.

„Co nie kończy się na winie, kończy się łzami i westchnieniami.”*

Od wspomnianego jedenastego rozdziału, książka nabiera wiatru w żagle i rusza z kopyta niczym Kusznierewicz jachtem. Dario w swoich autobiograficznych wspomnieniach wymienianych z Mią przeciąga czytelnika przez pełne spektrum emocji. Początkowo śmieszy, daje do myślenia i intryguje, później wzrusza by już w następnym rozdziale znowu powalić na kolana przezabawną historyjką. Jeden element pozostaje jednak stały dla każdego z rozdziałów – wino leje się litrami. Warto dodać, że nie byle jakie wino, a na przykład lokalnej produkcji Chianti w różnych odmianach.

„Dobre wino jest jak dobra zabawa, nigdy nie przetrwa długo.”*

Muszę wspomnieć słów kilka o tłumaczeniu. Panu Andrzejowi Zakrzewskiemu należą się za nie głośne brawa. Dawno już nie czytałem tak dobrze przełożonej książki. Język jest żywy i nie ucieka od trudniejszych zwrotów. Poetycka opowieść Castagno stoi dzięki temu na wysokim poziomie i obcowanie z nią jest bardzo przyjemnym doznaniem. Prawdziwa perełką są przysłowia ludowe powplatane w tekst, pozostawione w oryginalnym języku. Polska ich wersja znajduje się w nawiasie pozostawiano jakby specjalnie z boku by nie przeszkadzała. Świetny zabieg.

„Wino jest dobre, ale często zrzuca jeźdźca.”*

Za dużo wina Toskanii” to książka, którą najlepiej porównać do butelki dobrego wina. Pierwszy łyk często bywa kwaśny i krzywi usta w grymasie niesmaku, jednak kiedy zagłębimy się w oryginalnym bukiecie, każdy kolejny kieliszek będzie sprawiał rosnącą przyjemność aż po ostatni łyk, który chłonie się z żalem. Taka właśnie jest powieść Dario Castagno. Kończy się ją z wielkim smutkiem i niechętnie odkłada na półkę. Polecam ją w zasadzie każdemu. Skoro poruszyła takiego suchara jak ja, to pewnie i z Wami da radę.

*wszystkie cytaty pochodzą z książki, w której jest ich znacznie, znacznie więcej.

Polecam!

Wydawca: Pascal

Ilość stron: 368

Data wydania: czerwiec 2011

Moja ocena: 8/10

„Hokus – Pokus. Opowieść o znamienitych magikach i ich zadziwiających dokonaniach.” Paul Kieve

Dobra! Odkładam nożyczki, papier i klej. Czas przerwać zabawę i coś napisaćJ

Bywa, że po niektóre książki sięgam spontanicznie. Bez rekonesansu, bez sprawdzania ocen, bez czytania recenzji, zabieram się za dzieło zupełnie mi nieznanego autora. Efekt takiego postępowania bywa skrajnie różny: od totalnego rozczarowania – po bardzo miłe zaskoczenie. „Hokus – Poklus. Opowieści o znamienitych magikach i ich zadziwiających dokonaniach” pana Paula Kieve, znalazł się na moim biurku w zasadzie bez zapowiedzi, niczym wyczarowany i bardzo mnie zaskoczył.

Książka opowiada o losach pewnego początkującego magika – iluzjonisty, który bardzo pragnie osiągnąć wielką sławę. Na skutek działania tego pragnienia i zapewne magii, jednego popołudnia odwiedza go znany (aczkolwiek dawno nie żyjący) magik – Alexander. Zapowiada on naszemu adeptowi, że w bliżej nieokreślonej przyszłości, zaczną odwiedzać go kolejno największe sławy z branży (w postaci duchów, czy zjwa – nie zostało to wyjaśnione), by podszkolić go w fachu.

Fabuła w „Hokus – Pokus” jest narzędziem, użytym do dwóch celów. Po pierwsze, pozwala w uporządkowany i ciekawy sposób przedstawić postacie najsłynniejszych iluzjonistów w historii, wraz z ich popisowymi występami. Po drugie zaś, pokazuje tajniki sztuczek magicznych. Nie znaczy to wcale, że książka jest nudna, wręcz przeciwnie. Główny bohater, robi trochę ciamajdowate wrażenie, przez co wzbudza sporą sympatię. Ostro kibicowałem mu w jego ćwiczeniach i zdobywaniu kolejnych umiejętności. Historia kończy się efektownie, jak sztuczki samego mistrza Houdiniego, ale ciii… nie będę Wam zdradzał szczegółów.

Czas chyba najwyższy wyjaśnić, dlaczego od kilku dni biegam z nożyczkami, paskami papieru, klejem, talią kart i monetami. Otóż w trakcie czytania, wielcy iluzjoniści opisują jak wykonać bardzo proste, jednak efektowne sztuczki magiczne. Są one naprawdę świetne i co ważniejsze, naprawdę działają. Cała tajemnica leży jednak w przygotowaniu, stąd nie rozstaję się z akcesoriami niezbędnymi do wykonania danych iluzji. „Hokus – Pokus” tak podziałał na moją wyobraźnię, że pewnie jeszcze na jakiś czas zostanę magikiem amatorem.

Warto wspomnieć o samym wydaniu. Książka oprawiona jest w ładną, twardą okładkę. Czytanie ubarwiają nam świetne ilustracje Petera Baileya, który bardzo zgrabnie uchwycił klimat panujący podczas lektury, a dodatkowo pomagają zrozumieć kulisy sztuczek magicznych. Na końcu książki (gdyby komuś było wciąż mało), znalazło się miejsce dla 28 dodatkowych numerów o bardzo zróżnicowanym stopniu trudności jak i skali, czy docelowej publiczności. Wychodzi więc na to, że za 39.90,- dostajemy całkiem fajną powieść ze skróconą i zgrabnie przedstawioną biografię sławnych iluzjonistów, oraz (lekko licząc) opis prawie 40 sztuczek magicznych z dokładnym wyjaśnieniem, co i jak. Warto na to wszystko wysupłać te 4 dyszki.

„Hokus – Pokus” mogę polecić każdemu, kto chociaż raz widział jakiś występ magiczny i zastanawiał się, jak zrobić samemu coś podobnego. Szczególnie jednak zachęcam do jej nabycia rodziców. Za sprawą tej książki, w oczach swojego dziecka staniecie się prawdziwymi magikami. Dodatkowo, historia świetnie nadaje się do czytania do poduchy: jest magiczna, tajemnicza i wciągająca. Przypuszczam, że na mojej półce za kilka lat, będzie to jeden z bardziej wyeksploatowanych egzemplarzy.

Gorąco polecam!

Wydawca: Telbit

Ilość stron: 304

Data wydania: 2010

Moja ocena: 8.5/10

„Anselm Grün. Jego życie” – Freddy Derwahl

Nie roz­minę się chyba z prawdą, jeżeli stwier­dzę, że Anselm Grün to naj­sław­niej­szy benedyk­tyn na świecie. Szerzej znany głów­nie jako autor ponad 300 (!) książek o tematyce religij­nej prze­kładanych na 25 języków o łącznym nakładzie prze­kraczającym 14 milionów egzem­plarzy. Prywat­nie: skromny zakon­nik od wielu lat peł­niący obowiązki szafarza w opac­twie w Mun­ster­schwarzach. Jego kursy medytacyjne bazujące na psychoterapii, kon­tem­placji i poście uznawane są za nie­zwykle skuteczne. Przyj­rzyjmy się jed­nak bliżej samej książce.

Autorem biografii jest Freddy Der­wahl, pisarz i dzien­nikarz nie­miecki. Naj­więk­szy roz­głos przyniosły mu biografia papieża Jana XXIII oraz podwójny por­tret: papieża Benedykta XVI i Hansa Kunga. Po tak nie­zwykłej postaci można spo­dziewać się dzieła ponad­przecięt­nego – i tak w istocie jest.

Książka od samego początku imponuje spo­kojem, z jakim jest napisana. Autor związuje nas emocjonal­nie z młodym Wil­lim Grünem (imię sprzed święceń) i pozwala nam prze­żywać jego życie rok po roku. Biografia często zaskakuje! Bar­dzo rzadko Der­wahl wymienia suche fakty czy daty; próbuje raczej analizować je wraz z  wpływem jaki wywierają one na życie zakon­nika. Z wiel­kim wyczuciem i czuło­ścią opisuje także rodzinę samego Anselma, wskazując przy tym na to, jak wielką rolę w kształ­towaniu młodego człowieka odgrywają rodzice, rodzeń­stwo, a nawet dalsi krewni.

Anselm Grün. Jego życie to dla mnie przy­kład wzorowo napisanej biografii. Prócz życia samego zakon­nika znaj­dziemy w książce sporo infor­macji o tym, jak wygląda opac­two od środka, na jakich zasadach działa i na czym bazuje. Der­wahl nie boi się pod­jąć rów­nież trud­nych kwestii, takich jak relacja osób duchow­nych z płcią prze­ciwną czy zjawiska inten­syfikacji wystąpień z zakonu w kon­tek­ście ówczesnej i obec­nej sytuacji politycz­nej. Warto jesz­cze dodać, że książka jest pięk­nie wydana: twarda oprawa, szycie i wysokiej jako­ści papier, a na nim mnóstwo zdjęć z całego dotych­czasowego życia ojca Anselma, który zbliża się powoli do 70. roku życia. Może warto zapoznać się bliżej z jego osobą, póki jesz­cze jest okazja, by osobi­ście uścisnąć mu rękę. Gorąco polecam!

Wydawca: Święty Wojciech

Ilość stron: 216

Data wydania: 2010

Moja ocena: 9/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.

„Jak zostać arktycznym ninja i inne przygody z Evelem, Oliverem i wiceprezydentem Botswany” Richard Hammond

Jak każdy męż­czyzna, w pew­nym stop­niu interesuję się motoryzacją. Nie jest to może jakaś ogromna miłość, jed­nak od czasu do czasu zer­kam, co nowego w spalinowym światku się dzieje. Od dość dawna, kiedy tylko mam okazję, siadam przed programem Top Gear, dostęp­nym na angiel­skim kanale BBC. Jed­nym z jego prowadzących jest brawurowy lub –  jak kto woli – szalony Richard Ham­mond, znany szczegól­nie z faktu, że pod­czas bicia rekordu świata szyb­ko­ści samo­chodem z sil­nikiem odrzutowym uległ wypad­kowi przy pręd­ko­ści 480 km/h. Jak zostać ark­tycz­nym ninja i inne przy­gody z Evelem, Oliverem i wiceprezyden­tem Bot­swany jest pierw­szą z książek jego autor­stwa wydaną w Pol­sce przez wydaw­nic­two Znak. Czy błyskotliwy dzien­nikarz i utalen­towany kierowca poradził sobie w roli pisarza?

Powieść przygodowo-podróżnicza (taką definicję książki wyczytałem na okładce) opowiada o kulisach powstawania wyżej wspo­mnianego programu. Podzielona jest na 7 roz­działów, które prze­noszą nas na mroźną Ark­tykę, do upal­nej afrykań­skiej Bot­swany, w rodzinne strony Ham­monda zalane powodzią stulecia czy do USA na spo­tkanie z legen­dar­nym motocyklistą Evel’em Knievel’em. W każ­dym z tych miejsc autor opowiada, jakie sztuczki wykonują kamerzy­ści i z jakimi problemami musiała zmagać się ekipa (a w szczegól­no­ści on sam), by Top Gear mógł w ogóle zostać zrealizowany. Ilość przy­gód, jakie go spo­tykają, wywołuje zdumienie. Tłem każ­dej wyprawy są oczywi­ście samo­chody i często to one grają główną rolę w poszczegól­nych opowiadaniach.

Na uwagę zasługują opisy miejsc odwiedzanych przez Richarda Ham­monda i jego ekipę. Zaskoczyło mnie, że dzien­nikarz motoryzacyjny potrafi tak traf­nie i sugestyw­nie wykreować odwiedzane lokacje. Pod­czas jego zmagań z saniami na lodach Ark­tyki czułem zimno, z którym wal­czył i jego oczami podziwiałem widok śnie­żnego pust­kowia. Na sol­nej pustyni Bot­swany ujął mnie umierającym, samot­nym Baobabem. Takich momen­tów było w książce więcej, jed­nak w koń­cowym roz­rachunku za mało.

Przy­toczone opisy nie ratują przed monotonią. O ile pierw­sze roz­działy z akcją osadzoną na Ark­tyce i w Bot­swanie da się czytać w miarę kom­for­towo, o tyle dalej zaczyna się robić jed­nostaj­nie, czyli… nudno. Styl pisania, który począt­kowo jest atrak­cyjny, szybko się opatruje i nie­wiele zostaje. Jak zostać ark­tycz­nym ninja… usypiała mnie z godną podziwu skutecz­no­ścią. Całość robi wrażenie sinusoidy, bar­dzo dobre kil­kustronicowe momenty prze­platają się z dłużyznami, w których niby coś się dzieje, jed­nak śmiało mogłoby ich w ogóle nie być. Naj­lepiej widać to na przy­kładzie ostat­niego roz­działu, którego ciekawy początek i moment spo­tkania z Aniołami Piekła roz­dzielone są nud­nymi relacjami spo­tkań z Evel’em.

Nie wypada nie wspo­mnieć o wydaniu, które wybija się ponad prze­cięt­ność. Okładki Twar­dej Serii imitujące wycinki z gazet są oryginalne i ładnie prezen­tują się na półce. Wnętrze, choć  pozbawione ozdob­ników graficz­nych, ubogacone jest trzema kolek­cjami zdjęć, nawiązujących do tek­stu. Są one naj­moc­niej­szą stroną książki. Dla fanów programu będzie nie lada gratką zobaczyć Ham­monda w sytuacjach zarówno nie­typowych, jak i prywatnych.

Jak zostać ark­tycz­nym ninja i inne przy­gody z Evelem, Oliverem i wiceprezyden­tem Bot­swany jest pozycją, którą trudno jed­noznacz­nie ocenić. Z jed­nej strony jako miłośnik program, w wielu miej­scach czułem się wręcz zachwycony, z drugiej jed­nak autor nie posiadł zdol­no­ści przy­trzymania odbiorcy przy lek­turze. Każdy, kto nie oglądał nigdy Top Gear, a postać Richarda Ham­monda zna jedynie mgli­ście, może sobie śmiało odjąć punk­cik bądź dwa od ostatecz­nej oceny. Czy warto dla poznania kilku fak­tów z życia znanego repor­tera inwestować w książkę? Na to pytanie każdy poten­cjalny czytel­nik musi sobie sam odpowiedzieć.

Wydawca: Znak

Ilość stron: 320

Data wydania: sierpień 2010

Moja ocena: 5/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.