Archive for the ‘ Dla młodzieży ’ Category

„Legendy Świata Wynurzonego” Licia Troisi

Zaku­pi­łem sobie ostat­nio odku­rzacz. Model i wypo­sa­że­nie nie są w tym wypadku sprawą pierw­szo­rzędną. Czo­ło­wym ele­men­tem rze­czo­nej inwe­sty­cji oka­zał się Pod­ręcz­nik użyt­kow­nika. Za jego sprawą obsługa tej pro­za­icz­nej maszyny codzien­nego użytku stała się wyprawą w cudowny, cichy i magiczny świat bez pył­ków. Świat bez­pro­ble­mowy, lecz jed­no­cze­śnie tak zło­żony, że przy­cią­gał moje palce ku przy­ci­skowi „power” na obu­do­wie. Zupeł­nie odwrot­nie sprawa ma się z naj­now­szą na rodzi­mym rynku try­lo­gią Licii Tro­isi, zaty­tu­ło­waną Legendy Świata Wynu­rzo­nego. Po nią moje ręce się­gały z rosnącą niechęcią.

W Świe­cie Wynu­rzo­nym od wielu lat panuje pokój. Na odlu­dziu, na leśnej polance budzi się dziew­czyna. Nie pamięta swo­jej prze­szło­ści, ani nie wie, kim jest. Zagu­bioną z tara­pa­tów ratuje nie­zna­jomy rycerz. Jed­no­cze­śnie w Kra­inie Wody wybu­cha śmier­telna epi­de­mia. Adhara – tajem­ni­cza boha­terka bez pamięci, żyje sobie spo­koj­nie na dwo­rze u boku swego wybawcy Amhala i odkrywa w sobie stop­niowo wiele zaska­ku­ją­cych zdol­no­ści. Oboje boha­te­ro­wie zako­chują się w sobie, epi­de­mia się sze­rzy, zako­cha­nych dzieli prze­zna­cze­nie… i tak w kółko przez trzy tomy.

Na try­lo­gię składa się Prze­zna­cze­nie Adhary, Córka krwi i Ostatni boha­te­ro­wie. Dla osób, które nie będą czy­tać ksią­żek tom za tomem, faj­nym ele­men­tem może oka­zać się stresz­cze­nie, które autorka roz­myśl­nie zamiesz­cza na początku II i III czę­ści. Uła­twia to zorien­to­wa­nie się w fabule i płynne wej­ście w powieść. Książki wzbo­ga­cone są rów­nież o mapkę Świata Wynu­rzo­nego, do któ­rej jed­nak się­gną­łem zale­d­wie dwa-​​trzy razy. Nie jest ona szcze­gól­nie przy­datna, jed­nak faj­nie, że ktoś o niej pomyślał.

Try­lo­gia ma jedną wielką zaletę: z tomu na tom staje się lep­sza. Pro­blem w tym, że tych tomów jest zde­cy­do­wa­nie za mało, żeby Licia Tro­isi zdo­łała dotrzeć do przy­zwo­itego poziomu. Fabuła roz­jeż­dża się co chwila, powo­du­jąc nic wię­cej jak tylko roz­cza­ro­wa­nie. Akcja wle­cze się jak budowa A1, a boha­te­ro­wie ze swo­imi dyle­ma­tami mogliby star­to­wać do pol­skiego par­la­mentu. W póź­niej­szych tomach sprawa ma się nieco lepiej, jed­nak skala zmian jest nie­stety mini­malna: tempo nieco przy­spie­sza i poja­wiają się cie­kawe dru­go­pla­nowe posta­cie. Przy książ­kach trzy­mała mnie jedy­nie koniecz­ność ich zre­cen­zo­wa­nia, ina­czej już pierw­szy tom wylą­do­wałby tam gdzie jego miej­sce – w worku mojego nowego odkurzacza.

Fabuła w Legen­dach… opiera się o sche­mat „Ja cię kocham, ty mnie kochasz, cho­ciaż myślisz, że nie kochasz, ale ja wiem, że kochasz”. Masa­kra. We wspo­mnia­nej instruk­cji obsługi zna­la­złoby się wię­cej zwro­tów akcji, a naj­lep­sze jest to, że jedna z cie­kaw­szych zaska­ki­wa­jek została ele­gancko zepsuta przez okładkę trze­ciego tomu. Język powie­ści jest pro­sty i czy­ta­łoby się ją cał­kiem przy­jem­nie, gdyby nie opisy starć na broń białą i magię oraz opisy poty­czek wojen­nych. Są one po pro­stu sta­tyczne. Opis mon­tażu fil­tra w odku­rza­czu wywo­łał u mnie więk­sze emo­cje niż śmier­telna walka ludzi z tajem­ni­czym wro­giem. Nie wiem do końca, czego zabra­kło, ale czy­ta­jąc o wojen­nych dzia­ła­niach w ogóle nie było czuć ich skali. W III czę­ści jest tro­chę lepiej, ale po raz kolejny nie­stety tylko trochę.

Legendy Świata Wynu­rzo­nego to try­lo­gia fan­tasy prze­zna­czona dla nie­oby­tych z gatun­kiem panien w wieku wcze­sno i średnio-​​szkolnym. Dla nich może ona oka­zać się lek­turą strawną, a — kto wie! — może nawet i dobrą. Licia Tro­isi napi­sała coś pro­stego, sztam­po­wego i sta­tycz­nego. Histo­ria jest pre­ten­sjo­nalna, czę­sto zawraca nie­po­trzeb­nie i prze­ciąga naj­ba­nal­niej­sze ele­menty, jakby autorka na siłę sta­rała się napom­po­wać obję­to­ściowo całość. Dla dobra czy­tel­nika pro­po­nuję pani Tro­isi zabrać się za pisa­nie instruk­cji obsługi sprzę­tów AGD – może będą prost­sze w zro­zu­mie­niu, a tajem­ni­czemu auto­rowi Pod­ręcz­nika użyt­kow­nika życzę spło­dze­nia powie­ści fan­tasy – to mógłby być praw­dziwy hit.

Odradzam!

Wydawca: Videograf II

Ilość stron:

Tom 1: Prze­zna­cze­nie Adhary, stron: 432
Tom 2:  Córka krwi, stron: 272
Tom 3: Ostatni boha­te­ro­wie, stron: 352

Data wydania: 2011

Moja ocena: pfff/10

Recenzja napisana dla portalu bookznami.pl. Zapraszam i polecam;) Warto tam zerknąć, bo redakcja stworzyła fantastyczną grafikę dla tej recenzji:)

Reklamy

„Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi” – Rafał Kosik

Rynek czytelniczy w Polsce ponoć z roku na rok ma się coraz gorzej. W sumie nie powinno to dziwić, skoro zaniedbywana jest młodzież. Kiedy ja byłem w wieku młodocianym, czytywałem Niziurskiego, Bahdaja czy Nienackiego, którzy niestety śmierdzą już dzisiaj naftaliną przeciętnemu dziesięciolatkowi. Niektórzy powiedzą, że jest przecież Potter, albo chociażby Percy Jackson, ale to jednak nie to samo co nasze polskie klimaty. Idąc tym tropem wszedłem w posiadanie pierwszego tomu przygód „Felixa, Neta i Niki” autorstwa Rafała Kosika i… to jest to! Nareszcie wiem, co podsuną mojemu synowi, kiedy wkroczy w wiek czytelniczy. Polak potrafi.

„Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi” opowiada o przygodach trójki ponadprzeciętnych nastolatków. Każdy z nich posiada pewne unikalne zdolności, pomagające bądź czasami komplikujące im codzienne życie. Gadżeciaż, mol komputerowy i przebojowa (lecz nie tylko) nastolatka – taka paczka da sobie radę z każdym problemem. Książka jest w zasadzie serią opowiadań, połączonych wspólnym motywem tytułowego Gangu Niewidzialnych Ludzi. Naszej grupce przyjdzie zmierzyć się z pełną gamą przeciwności i przygód począwszy od wyboru przedmiotów dodatkowych w szkole, przez nietypową klasową wycieczkę, po szukanie skarbu i… UFO.

Książki Rafała Kosika, są często porównywane do serii przygód o Harrym Potterze. Nic bardziej mylnego. Jedynym wspólnym elementem, jaki łączy obie sagi, jest liczba głównych bohaterów – przyjaciół. „Felix, Net i Nika” pachną swojsko naszym polskim podwórkiem i chwała im za to. Magii tu raczej niewiele, a perypetie nastolatków nie są za bardzo oderwane od rzeczywistości. Książka słusznie określana jest, jako s-f dla najmłodszych. Chociaż niewiele tutaj jest technicznego bełkotu, czuć wyraźnie nacisk na ten odłam fantastyki. Są roboty, maszyny i zminiaturyzowane kamery czy szperacze. Nie zabrakło też noktowizorów, podsłuchów i sztucznej inteligencji. Ta powieść to po prostu raj dla młodego, zafascynowanego techniką czytelnika.

Pan Rafał stworzył współczesną wersję pana Samochodzika. Młodzi przyjaciele szukają skarbów i ścigają bandytów, ale przy tym nie poniżają nikogo, nie depczą moralności ani nie niszczą autorytetów. Dzięki temu czyta się książkę świetnie i gładko, a co najważniejsze bez najmniejszego wahania można nią obdarować każdego łobuziaka, bez obaw o to, co w niej wyczyta. Podobały mi się też elementy, nazwijmy to umownie patriotyczne. Nawet taki stary byk jak ja, miał kupę radochy, kiedy okazywało się, że lądowanie na Marsie to w sumie polska robota, a tajny projekt… oj zdradziłbym za dużo. No cóż, ważne że Nasi górą!

Nie sposób nie pochwalić wydania książki. Za 376 drobno zadrukowanych stron, wydawca żąda kwoty prawie 34 PLN. To niewiele zważywszy na to, co dostajemy w zamian. Twarda okładka, której wewnętrzną stronę zapełniają plany i schematy większości wynalazków występujących w książce – wszystko w kolorze, bielutki papier (nie jakieś ECO) i 13 opowiadań połączonych kryminalnym motywem. Moim zdaniem warto i coś czuję, że na mojej półce zagości za niedługo cała seria.

„Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi” to książka, która ratuje nas przed zalewem fantastycznego badziewia z zachodu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałem powieść, którą z czystym sumieniem poleciłbym (w przyszłości) mojemu sykowi do czytania. Jest nowoczesna, pełna nowinek technicznych i współczesnych technologii. Przygody gonią jedna za drugą i często jest ostro, jednak nigdy za ostro. Polecam gorąco rodzicom, dziadkom, wujkom, a przede wszystkim nastoletnim łobuziakom. „Felix, Net i Nika” kopią tyłki większości zachodnich pozycji, a przed nieliczną resztą nie mają się czego wstydzić. Ta powieść to taki nasz Kubica wśród książek.

Polecam!

Wydawca: Powergraph

Ilość stron: 376

Data wydania: 2009

Moja ocena: 8/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book.

„Las Zębów i Rąk” Carrie Ryan

Biorąc do rąk Las Zębów i Rąk, nastawiłem się na prze­czytanie jakiegoś roman­sidła, gdzie wil­kołak ugania się za zgrabną pupą panny wam­pir, która to pragnie wiel­kiego umięśnionego gór­skiego trolla i nie zdaje sobie sprawy, że w głębi duszy kocha zwykłego nastolet­niego chłopaka (w rzeczywisto­ści wam­pirka). Jakież było moje zdumienie, kiedy mimo wszel­kich prze­słanek sugerujących tematykę pokrewną do wyżej opisanej, debiutancka powieść Car­rie Ryan okazała się być czymś zupeł­nie innym.

Mary jest młodą dziew­czyną, żyjącą w cięż­kich czasach. Mieszka w wiosce otoczonej gęstą siatką w środku lasu. Z każ­dej strony na ogrodzenie napierają zom­bie zwani Nie­uświęconymi. Pragną oni ponad wszystko ludz­kiego mięsa. Ich ugryzienie zatruwa organizm, prze­mieniając ofiarę w kolej­nego nie­umar­łego. Władzę nad nie­liczną spo­łecz­no­ścią sprawuje tajem­niczy zakon Sióstr. Jak doszło do tego, że świat tak wygląda? Skąd wzięli się Nie­uświęceni? Kto otoczył siatką wioskę? Pytań jest wiele, odpowiedzi dużo mniej.

Las Zębów i Rąk to połączenie dwóch fil­mów: Osady i 28 dni póź­niej. Na tym w zasadzie mógł­bym zakoń­czyć całą recen­zję. Pani Ryan poszła utar­tym postapokalip­tycz­nym śladem, tworząc powieść posklejaną z kilku dobrych pomysłów. Wyalienowana wioska w lesie, absolutny zakaz jej opusz­czania, wokół pełno nie­ustępliwych nie­umar­łych, ciągłe życie w strachu i miłość… Każdy chyba chociaż raz czytał lub widział coś podob­nego. Jak się jed­nak okazuje, nawet cał­kowity brak jakiej­kol­wiek świeżej myśli wcale książki nie przekreśla.

Zanim zacznę chwalić, jesz­cze pomarudzę. O ile jesz­cze wtór­ność jakoś prze­łknąłem, o tyle już brak logiki wywołuje ostry ból zębów. Nie­uświęceni to bez­myślne zom­bie, które napierają na każdą prze­szkodę, by tylko dorwać żywych ludzi. W pew­nym momen­cie, po kilku(nastu) tygo­dniach napierania wyważają grube drew­niane drzwi… a stalowej siatki przez kilka pokoleń nie dały rady sfor­sować. Scenę póź­niej zom­biaki atakują strych. Tak długo zapeł­niają pokój pod spodem, aż siłą wyporu nisz­czą wykonaną z drewna pod­łogę strychu. Po raz kolejny: płotu sfor­sować nie dało rady… Nie­stety w książce takich „roz­wiązań” jest więcej.

Cóż jed­nak z tego, że powieść jest zaburaczona jak ruskie pastwisko, skoro czyta się ją jed­nym tchem. Car­rie Ryan udało się prze­mielić stare utarte schematy i ulepić z nich pysz­nego i soczystego bur­gera. Las Zębów i Rąk pochłania się „na raz”, jed­nym szyb­kim kłap­nięciem. Tempo czytania powoduje, że śmier­dzące naf­taliną pomysły i idiotyczne nie­logicz­no­ści po prostu mija się niczym roz­jechanego jeża na autostradzie. Kto by patrzył na truchło, kiedy się pędzi świetną bryką po gład­kiej jak stół drodze, prawda?

Taki właśnie jest Las Zębów i Rąk: prosty i bez­problemowy. Wchodzi gładko, koń­czy się szybko i… tyle. Powieść jest I. tomem trylogii i jako taki, wprowadza cał­kiem udanie w realia świata przed­stawionego, ale nie stanowi dla czytel­nika więk­szego wyzwania. Tajem­nice są łatwe do roz­szyfrowania, a intryga general­nie nie zaskakuje. Książkę polecam jako idealną lek­turę do samolotu, pociągu czy innego środka trans­portu. Skutecz­nie skróci czas wakacyj­nych podróży, a jed­nocześnie nie wymaga więk­szego skupienia pod­czas czytania. Ot, świet­nie napisane, oklepane jak plecy Małysza czytadło.

Umiar­kowanie polecam!

Wydawca: Papierowy Księżyc

Ilość stron: 350

Data wydania: kwiecień 2011

Moja ocena: 7/10

Recenzja napisana dla portalu bookznami.pl. Zapraszam i polecam;)

„Dziedziczka smoka III: Klepsydra Aldibaha” Licia Troisi

Mam pewną teo­rię dotyczącą kiep­skich trylogii. O pierw­szym tomie zawsze można powiedzieć, że wprowadza czytel­nika w historię i akcja dopiero się roz­kręca. Drugi tom to prze­waż­nie zastój związany z „budowaniem suspensu” bądź „zagęsz­czaniem fabuły”, ewen­tual­nie autor(ka) przy­gotowuje nas na wiel­kie koń­cowe „BUM!”. Jak jed­nak wytłumaczyć cał­kiem nie­zły trzeci tom, który jed­nak ani nie robi „BUM!”, ani tym bar­dziej nie domyka sen­sow­nie trylogii?

W Klep­sydrze Aldibaha akcja prze­nosi się do Nie­miec. Lidia i Sofia wraz z profesorem udają się do Monachium w poszukiwaniu Karla, który zginął w wypadku, czym zakłócił magię Pączka Drzewa Świata. Okazuje się, że aby uratować ziemię przed zagładą, należy chłopaka przy­wrócić do życia. Jedynym na to spo­sobem okazuje się podróż w czasie…

Chociaż Klep­sydra… to ostatni tom przy­gód smokoń­czyków, zabrakło w nim ostatecz­nego zła i final­nej potyczki. W sumie powieść wygląda dokład­nie tak samo, jak dwie pierw­sze czę­ści, w odróż­nieniu od nich jest jed­nak trochę lepiej napisana, obfituje w akcję i ma nieco bar­dziej złożoną fabułę – to tyle. Trochę mało jak na zwień­czenie serii, która roz­wijała się, kumulowała i… tyle. Pom­powane w balon powietrze uciekło inną drogą.

W sumie, gdyby popatrzeć na ten tom jak na osobną pozycję, byłoby bar­dzo przy­zwoicie. Od pierw­szej strony powieść wciąga, a intryga roz­wija się i następuje nawet zwrot akcji. Klep­sydrę… czyta się naprawdę dobrze – do pew­nego momentu. Kiedy zbliżałem się do końca, zaczynałem czuć się zawiedziony. Roz­wiązania proponowane przez panią Torisi są trywialne i przy­pusz­czam, że nawet grupa docelowa (wychowywana bądź co bądź na grach i całej masie fil­mów fan­tasy) będzie czuła się roz­czarowana (o ile dotrze tak daleko jak ja).

Nie był­bym sobą, gdybym nie wspo­mniał jesz­cze o jed­nym elemen­cie, na którym autorka spek­takular­nie poległa. Chodzi o cofanie się w czasie. Jeżeli już stosuje się taki zabieg (co często jest równe samobój­stwu), to albo robi się to kom­plek­sowo z naukowej strony, albo w mak­symal­nie uprosz­czony spo­sób, by unik­nąć wpadek. Nie­stety  aut    Drzewo Świata     Nithoggr     owoc     smoki     starożytne zło     tajemnica     Thuban     walka     wywernaorka tej trylogii wdała się w nie­liczne, ale jed­nak, wywody filozoficzne na temat tychże podróży. Efekt? Nijak nie pasują one do książki, bo psują i tak już kiep­ski obraz cało­ści. Przy okazji dodat­kowo dziurawią fabułę, pozbawiając ją logiki.

Czas na drobny aspekt ekonomiczny. Za całą trylogię (według cen z okładki) należy zapłacić prawie 93 zł. W zamian w nasze ręce trafiają trzy cien­kie książki, śred­nio po ok. 250 stron każda, wydane w mięk­kiej oprawie na cał­kiem nie­złym ekologicz­nym papierze. Czy warto? Za połowę ceny, jako prezent dla 10–13 latka/latki można by ewen­tual­nie zaryzykować.

Klep­sydra Aldibaha wybija się pozytyw­nie na tle pozostałych czę­ści, cóż z tego jed­nak, skoro nie fun­duje nam ani wiel­kiego bum, ani kumulacji, a zaled­wie coś, co powinno być normą – przy­zwoite fan­tasy ze smoczym motywem w tle. Trudno jest mi polecić ją komukol­wiek spoza grupy docelowej. Obiek­tyw­nie rzecz biorąc, nie warto tracić czasu na całą trylogię. Książki pani Troisi co prawda nie nudzą, ale nie mają tez nic do zaoferowania. Zawodzą fabular­nie, roz­czarowują roz­wiązaniami, a przede wszyst­kim brak w historii jakiegokol­wiek roz­machu. Ot, czytadło bez treści.

Recenzja I tomu, pt. „Testament Thubana” znajdziecie tutaj.

Recenzja II tomu, pt. „Drzewo Idhunn” znajdziecie tutaj.

Wydawca: Videograf II

Liczba stron: 218

Data wydania: 2011

Moja ocena III tomu: 6/10

Moja ocena trylogii: 4/10

Recenzja napisana dla portalu bookznami.pl. Polecam i zapraszam:)

„Hokus – Pokus. Opowieść o znamienitych magikach i ich zadziwiających dokonaniach.” Paul Kieve

Dobra! Odkładam nożyczki, papier i klej. Czas przerwać zabawę i coś napisaćJ

Bywa, że po niektóre książki sięgam spontanicznie. Bez rekonesansu, bez sprawdzania ocen, bez czytania recenzji, zabieram się za dzieło zupełnie mi nieznanego autora. Efekt takiego postępowania bywa skrajnie różny: od totalnego rozczarowania – po bardzo miłe zaskoczenie. „Hokus – Poklus. Opowieści o znamienitych magikach i ich zadziwiających dokonaniach” pana Paula Kieve, znalazł się na moim biurku w zasadzie bez zapowiedzi, niczym wyczarowany i bardzo mnie zaskoczył.

Książka opowiada o losach pewnego początkującego magika – iluzjonisty, który bardzo pragnie osiągnąć wielką sławę. Na skutek działania tego pragnienia i zapewne magii, jednego popołudnia odwiedza go znany (aczkolwiek dawno nie żyjący) magik – Alexander. Zapowiada on naszemu adeptowi, że w bliżej nieokreślonej przyszłości, zaczną odwiedzać go kolejno największe sławy z branży (w postaci duchów, czy zjwa – nie zostało to wyjaśnione), by podszkolić go w fachu.

Fabuła w „Hokus – Pokus” jest narzędziem, użytym do dwóch celów. Po pierwsze, pozwala w uporządkowany i ciekawy sposób przedstawić postacie najsłynniejszych iluzjonistów w historii, wraz z ich popisowymi występami. Po drugie zaś, pokazuje tajniki sztuczek magicznych. Nie znaczy to wcale, że książka jest nudna, wręcz przeciwnie. Główny bohater, robi trochę ciamajdowate wrażenie, przez co wzbudza sporą sympatię. Ostro kibicowałem mu w jego ćwiczeniach i zdobywaniu kolejnych umiejętności. Historia kończy się efektownie, jak sztuczki samego mistrza Houdiniego, ale ciii… nie będę Wam zdradzał szczegółów.

Czas chyba najwyższy wyjaśnić, dlaczego od kilku dni biegam z nożyczkami, paskami papieru, klejem, talią kart i monetami. Otóż w trakcie czytania, wielcy iluzjoniści opisują jak wykonać bardzo proste, jednak efektowne sztuczki magiczne. Są one naprawdę świetne i co ważniejsze, naprawdę działają. Cała tajemnica leży jednak w przygotowaniu, stąd nie rozstaję się z akcesoriami niezbędnymi do wykonania danych iluzji. „Hokus – Pokus” tak podziałał na moją wyobraźnię, że pewnie jeszcze na jakiś czas zostanę magikiem amatorem.

Warto wspomnieć o samym wydaniu. Książka oprawiona jest w ładną, twardą okładkę. Czytanie ubarwiają nam świetne ilustracje Petera Baileya, który bardzo zgrabnie uchwycił klimat panujący podczas lektury, a dodatkowo pomagają zrozumieć kulisy sztuczek magicznych. Na końcu książki (gdyby komuś było wciąż mało), znalazło się miejsce dla 28 dodatkowych numerów o bardzo zróżnicowanym stopniu trudności jak i skali, czy docelowej publiczności. Wychodzi więc na to, że za 39.90,- dostajemy całkiem fajną powieść ze skróconą i zgrabnie przedstawioną biografię sławnych iluzjonistów, oraz (lekko licząc) opis prawie 40 sztuczek magicznych z dokładnym wyjaśnieniem, co i jak. Warto na to wszystko wysupłać te 4 dyszki.

„Hokus – Pokus” mogę polecić każdemu, kto chociaż raz widział jakiś występ magiczny i zastanawiał się, jak zrobić samemu coś podobnego. Szczególnie jednak zachęcam do jej nabycia rodziców. Za sprawą tej książki, w oczach swojego dziecka staniecie się prawdziwymi magikami. Dodatkowo, historia świetnie nadaje się do czytania do poduchy: jest magiczna, tajemnicza i wciągająca. Przypuszczam, że na mojej półce za kilka lat, będzie to jeden z bardziej wyeksploatowanych egzemplarzy.

Gorąco polecam!

Wydawca: Telbit

Ilość stron: 304

Data wydania: 2010

Moja ocena: 8.5/10

„Dziedziczka Smoka II: Drzewo Idhunn” Licia Troisi

Problem z trylogiami jest taki, że naj­czę­ściej, by cieszyć się z cało­ści, należy naj­pierw prze­brnąć przez drugi tom, który z reguły jest naj­słab­szy. Drzewo Idhunn zdaje się potwier­dzać tę regułę.

Dziedziczka smoka to nowa trylogia włoskiej pisarki Licii Troisi, kierowana do nastolet­niego czytel­nika. Pierw­szy tom udowod­nił, że sprawny język i sporo akcji, może zastąpić oryginalną fabułę. Książkę prze­czytałem piorunem i miałem ochotę na więcej. Nie­stety w przy­padku drugiej czę­ści przy­gód nastolet­niej Sofii, nie­wiele uległo zmianie, a jak głosi stare przy­słowie: „Kto nie idzie do przodu, ten się cofa”.

Drzewo Idhunn prze­nosi akcję w zupeł­nie nowe miej­sce. Po zdobyciu pierw­szego owocu z Drzewa Życia, Sofia wyrusza na tour­nee z cyr­kiem Lindy. W tym samym czasie profesor udaje się do Budapesztu, nie zdradzając młodym smokon­kom szczegółów wyprawy. Dziew­czyny zdane same na siebie, starają się odnaleźć kolejny magiczny owoc na własną rękę, więk­szość czasu zaj­mują im jed­nak występy na arenie. Kiedy natrafiają wresz­cie na ślad tajem­niczej relikwii pew­nego pradaw­nego drzewa, nie będącego jed­nak Drzewem Życia, kłopoty same zaczynają się nawarstwiać.

Naj­słab­szym elemen­tem jest wspo­mniane prze­niesienie akcji do cyrku oraz wyjazd profesora. Oba te zabiegi spo­wodowały, że prak­tycz­nie przez pierw­sze sto stron, nic się nie dzieje. Zabrakło elementu, który popchnąłby fabułę do przodu i upo­rząd­kował pojawiające się infor­macje. Sama wprawa, z jaką autorka posługuje się językiem pisanym, nie dała rady zamaskować (jak to miało miej­sce w przy­padku I tomu) słabo­ści snutej historii. Na szczę­ście, kiedy już postać profesora znów się pojawia, książka wskakuje na tory i już bez prze­szkód toczy się aż do końca.

Wyżaliłem się, a teraz pochwalę. Mimo tej począt­kowej słabo­ści, Drzewo Idhunn to cał­kiem udana kon­tynuacja. Autorka spraw­nie roz­wija postacie głów­nych bohaterek. Dziew­czyny zmieniają się w sym­biozie z posiadanymi mocami. Ich roz­terki i problemy ideal­nie pasują do typowych 13-latek. Naresz­cie też zaczyna pojawiać się więcej smoczych motywów, na które zapewne nie ja jeden tak nie­cier­pliwie czekam.

W recen­zji Testamentu Thubana wspominałem o przej­rzysto­ści bohaterów powie­ści. Drzewo Idhunn pod­trzymuje ten trend. Ksiązka idealne nadaje się dla młod­szych czytel­ników. Postacie są prze­widywalne. Dobro pozostaje dobrem i gotowe jest do naj­wyż­szego poświęcenia, a zło nie­ustępliwie dręczy prze­ciw­nika nie prze­bierając w środ­kach. Stopień brutal­no­ści ograniczony został to nie­zbęd­nego minimum. Osobi­ście nie doszukałem się tre­ści, która byłaby nieod­powied­nia na młodego czytel­nika. Problemy i dylematy, z którymi zmagają się smokonki sprawią, że książka na pewno będzie dobrze ode­brana przez docelową grupę w wieku około gimnazjalnym.

Drzewo Idhunn pod­trzymuje tradycję słabych drugich tomów. Pani Troisi starała się ratować książkę pigułką akcji, jed­nak nie udało jej się zetrzeć lek­kiej goryczy po słabym początku. Sama fabuła jest może nieco lepiej skon­struowana niż w tomie pierw­szym, ale nadal nie można nazwać jej mianem oryginal­nej. Mimo tych zastrzeżeń książkę czyta się cał­kiem dobrze. Z wiel­kimi nadziejami zabiorę się za ostat­nią część przy­gód Sofii i liczę na jakieś poważne trzęsienie ziemi, zamykające wszyst­kie otwarte wątki. Powieść polecam jako dobry prezent dla pociech wkraczających w wiek gimnazjalny.

Recenzja I tomu, pt. „Testament Thubana” znajdziecie tutaj.

Wydawca: Videograf II

Ilość stron: 211

Data wydania: listopad 2010

Moja ocena: 5/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.

„Gra” Krystyna Kuhn

Miałem już do czynienia z horrorami, które nie straszą. Przerabiałem tez komedie, które nie śmieszą, oraz fantastykę, która niewiele miała wspólnego z fantazją. Dzisiaj przedstawiam Wam pierwszy tom nowej serii thrillerów dla młodzieży „Dolina”, zatytułowany „Gra”, który ma problem, może nie tyle z budowaniem napięcie, ile z jego utrzymaniem.

Wyobraźcie sobie elitarny collage dla wyjątkowo uzdolnionej młodzieży, położony na wysokości około 2 000 metrów, w dolinie otoczonej zewsząd górami. Pośrodku niej rozlewa się wielkie, okrągławe jezioro, a droga prowadząca do niej jest kręta i zdradliwa. Do tejże szkoły przybywa Julia, wraz z bratem Robertem – główni bohaterowie „Gry”, których historię przyjdzie poznać nam dopiero na samym końcu powieści. Zarówno oni,  jak i reszta studentów, stanowią wielką zagadkę dla czytelnika. Sama dolina również roztacza aurę niesamowitości i nadprzyrodzoności.

Jak widać po powyższym opisie, książka zapowiada się na niesamowicie klimatyczny dreszczowiec. Niestety nie jest tak do końca. „Gra” od samego początku ma pewne problemy z napięciem. Mamy tajemniczą dolinę, złowrogie jezioro oraz bohaterów, o których w zasadzie nic nie wiadomo. Każdy skrywa jakieś sekrety i posiada niejasne plany. Mimo tego, poza kilkoma chwytkimi momentami, powieść czytało mi się mozolnie i bez wielkiego zaangażowania. Brakowało mi w niej przede wszystkim poczucia zagrożenia. Niby cały czas coś czyha w cieniu, jednak to nie jest „to”.

Kolejnym elementem, który udanie psuł mi humor były angielskie słówka, wplecione w tekst. Żeby nie być gołosłownym, przytaczam poniżej kilka przykładów:

„Nawet ich fryzury zdradzały, że zaliczali się do outdoorfreaks…”

„… która należała do jej image’u everybody’s darling…”

„… dał się poznać, jako dobrotliwy good guy”

Moim zdaniem w polskiej literaturze nie powinno się stosować takich zabiegów. Język mamy bogaty i należy go szanować. Mogę zrozumieć, jeżeli stosuje się takie zabiegi w dialogach dla podniesienia ich wiarygodności, w książce pani Kuhn występują one jednak stosunkowo często. Jeżeli już czepiam się tłumaczenia, wytknę jeszcze dziwne zamieszanie z rektorem Deanem (ang. Dziekan) imieniem Richard Walden. Dostrzegacie pewną sprzeczność? Nie rozumiem w jakim kontekście używane jest słowo „Dean” w książce. Przezwisko? Tylko po co na rektora wołać… dziekan?

Niestety to jeszcze nie koniec narzekań. W książce znalazło się miejsce dla kilku „ciekawych” spostrzeżeń. Zamiast je opisywać, zacytuję krótko jedno z nich:

„ – (…) Od dzisiaj staniemy się prawdziwymi studentkami. To wydarzenie! Jak przy pierwszej miesiączce!

– No właśnie, co mogło być w tym takiego wzniosłego, zwłaszcza gdy poczułaś w szkolnym kiblu, że ci coś cieknie. – dochodził szyderczy głos Katie spod drzwi.”

Tak rozmawiają studentki elitarnej szkoły dla wybitnie uzdolnionej młodzieży? Dla mnie brzmi raczej jak hasło zasłyszane na budowie.

Wylałem żale, czas trochę pochwalić. Najmocniejszym elementem powieści jest miejsce akcji. Dolina jest niesamowita, zróżnicowana i niepokojąca. Tajemnicze, ciemne jezioro sprawia równie sugestywne wrażenie. Wokół niego rośnie las pełen dziwnych, ogrodzonych płotami miejsc, a linia brzegowa często jest skalista i trudno dostępna. Pani Krystynie naprawdę wyszła ta lokacja i nie jest dla mnie dziwnym, że postanowiła oprzeć o nią całą serię książek.

Tradycyjnie krótko o wydaniu. W oczy od razu rzuca się piękna okładka, która „na żywo” robi jeszcze lepsze wrażenie – jest gruba, stosunkowo sztywna i ze skrzydełkami. Książka jest estetycznie zadrukowana, bez zbędnych ozdobników i z odpowiednimi marginesami. Cena okładkowa wynosi 34,- i jest to, moim zdaniem, kwota „do przełknięcia”.

Po tylu narzekaniach, pewnie książka nie pociąga Was za bardzo. Może i słusznie, jednak jest jedno wielkie „ale”. Autorka praktycznie liznęła dopiero tajemnicę, jaką kryje w sobie dolina, zostawiając najważniejsze wątki szeroko otwarte. Cały klimacik, ledwo wzbudzający emocje przez większość lektury, budzi się nagle pod koniec i uderza mocno. Ja na pewno sięgnę po kolejną część „Doliny”, z nadzieją, że zarówno autorka jak i tłumacz, pokażą na co ich naprawdę stać.

PS. Do korekty książki: Pocztówka włożona do tylnej kieszeni spodni, nie powinna wypaść w następnym zdaniu z dłoni bohaterki. Wyszedł z tego maleńki element humorystyczny;)

Wydawca: Telbit

Ilość stron: 296

Data wydania: marzec 2011

Moja ocena: 6/10