Archive for the ‘ Dramat ’ Category

„Norwegian Wood”, czyli pabla potyczki z Murakamim.

Po „Norwegian Wood” sięgnąłem w przekonaniu, że jest to książka z nurtu tak ostatnio popularnego realizmu magicznego, okazuje się jednak, że nie ma ona kompletnie nic wspólnego z fantastyką jako taką. Jest to książka twardo stojąca na nogach realizmu. Mało tego, niesie ze sobą sporą dawkę historii i pozwala czytelnikowi zerknąć z perspektywy „ulicy” na to, jak wyglądała rewolucja seksualna w Japonii. Wolna miłość, pornografia i wyzwolenie seksualne z kulturowo obcej europejczykowi perspektywy – tym właśnie jest dla mnie „Norwegia Wood”.

„Tokio, koniec lat sześćdziesiątych: jazz, wolna miłość, dzieci kwiaty, protesty na uczelniach. Motywem przewodnim powieści jest piosenka Beatlesów Norwegian Wood. To historia Toru Watanabe i pięknej Naoko, ich wzajemnej fascynacji, uczucia obciążonego samobójczą śmiercią wspólnego przyjaciela i depresyjną naturą dziewczyny. Wkrótce w życiu Toru pojawia się Midori, zwolenniczka niezależności i swobody seksualnej. Obie kobiety są dla niego bardzo ważne. W kręgu miłości, przyjaźni i śmierci Watanabe staje się dorosłym mężczyzną.”

Po „Norwegian Wood” można się prześliznąć jak po lodzie i przeczytać coś na kształt obyczajowego romansidła, ani raz nie sięgając pod powierzchnię. Nie o to jednak w książce chodzi. Proste słownictwo i pozornie banalny przekaz tej powieści, są środkami do przekazania czegoś więcej. Kluczowa w tym wypadku wydaje się być pewna znajomość kontekstu historycznego. W latach ’60tych Japonia (podobnie zresztą jak reszta świata) powstała po wojennej apokalipsie. Nowe pokolenie dochodzi do głosu. Podstawowe potrzeby są zaspokojone, panuje powszechny dobrobyt. Młodzi ludzie, nie pamiętający głodu i wojny, poszukują nowych potrzeb, a w konsekwencji dróg ich zaspokajania. Rozwijają się ruchy anarchistyczno – komunistyczne, kiełkuje idea równouprawnienia i tolerancji rasowej i płciowej. W takiej rzeczywistości próbuje odnaleźć się Toru – główny bohater „Norwegian Wood”.

Powieść czyta się piorunem. Uciekającym stronom często towarzyszą przyspieszone tętno i wypieki na twarzy, co dziwi, ponieważ narracja jest niespieszna, a tempo wydarzeń leniwe, często wręcz refleksyjne. Taki stan rzeczy jest zasługą trafiającego wprost w czytelnika ładunku emocjonalnego, który zgrabnie mija nasze mechanizmy obronne.

Chwilami przeszkadzała mi w książce nadmierna „fizyczność” i wolność seksualna. Murakami nie ucieka od scen łóżkowych, odniosłem wrażenie, że były one niejednokrotnie nawet jego celem. „Norwegia Wood” pełne jest masturbacji, wolnej miłości, pieszczot, dotykania członka czy wilgoci w majteczkach. Chociaż może to przeszkadzać, było jednak elementem koniecznym. Wspomniane wcześniej realia w jakich Murakami zakotwiczył fabułę powieści, wymagały dla pełnego i rzetelnego obrazu elementów „łóżkowych”, nawet tych ordynarnych. Nie zapominajmy, że na świecie panowali wtedy hipisi, anarchiści oraz ich rozmaite pochodne. W tym kontekście, to co dzieje się na kartach książki, nie szokuje już tak bardzo.

„Norwegia Wood” to opowieść o poszukiwaniu siebie w trudnych czasach. Opowieść świetnie napisana o orientalnym słodko – gorzkim smaku, raczej dla dorosłego czytelnika potrafiącego zdystansować się do dużej dawki seksu. Emocjonalnego obrazu dopełnia przemycona dawka historycznych realiów, która niczym szczypta przyprawy dodaje literackiemu posiłkowi charakteru. Jeżeli nie boicie się lekko pornograficznej książki z historycznym tłem dodatkowo zanurzonej we wręcz egzotycznym dla europejczyka japońskim sosie emocjonalno behawioralnym, wtedy „Norwegian Wood” polecam. Niezdecydowani, zawsze mogą przeczytać ją ot tak, po prostu, wtedy będzie to całkiem ciekawy romansik a’la love story a może niektórzy dopatrzą się w nim nawet jakiejś magii.

Polecam gorąco!

Wydawca: Muza

Ilość stron: 472

Data wydania: luty 2006

Moja ocena: niby słodka, a jednak gorzka. tak!

„Przedśmiertny neuroleptyk” Kamil Czepiel

Kiedy brałem do ręki „Przedśmiertnego neuroleptyka”, nie wiedziałem za bardzo czego się spodziewać. Docierały do mnie jedynie informacje, że ta 63 stronicowa książeczka, to dzieło bardzo nieszablonowe i trudne do zdefiniowania. Okazało się to prawdą na tyle trafną, że już dobry tydzień głowiłem się, co o niej napisać i jak wysoko ocenić. Czy to dobrze, że tak skromne dzieło jest w stanie przez tydzień zmonopolizować moje myśli? Sądzę, że to dobry prognostyk.

„Przedśmiertny neuroleptyk” to zbiór 9 mini opowiadanek. Każde z nich jest inne, porusza odmienne tematy i reprezentuje różne nurty i gatunki literackie. W zdecydowanej większości są to utwory z pogranicza fantastyki. Całość, wielką i mroczną klamrą, łączy jednak motyw śmierci. Jest on wiodącym elementem w każdym z opowiadań. Za każdym razem pokazany jest z innej strony i w innej sytuacji.

Język pana Kamila jest jeszcze niewyrobiony. Czuć miejscami pewne sztuczności, które wybijają skutecznie z rytmu podczas czytania. Muszę jednak przyznać, że jak na debiut (który początkowo nigdy nie miał być publikowany) jest nieźle. Zdecydowanie widać potencjał autora w niektórych utworach. Na tym polu zdecydowanie wybija się drugie opowiadanko „Pozwól mi żyć”. Wyraźnie widać, że Czepiel daje radę na polu literatury wojennej. Od początku utrzymuje świetne tempo. Suspens trzyma nieprzerwanie, kule świszczą w powietrzu – to jest to!

Pozostałe utwory niestety nie są już tak dobre. Jeżeli miałbym wymieniać te lepsze to wyróżniłbym „Czarnego kruka” za mroczny klimat i to „coś”, „EL – MAL pierworodnego” za plastyczne sceny walk i „Złego Pana” za dialogi. Reszta mniej lub bardziej odstaje od poziomu. Co prawda da się je czytać, ale szczególnie ich długość nie pozwala wyczuć w nich większej wartości.

„Przedśmiertny neuroleptyk” to w zasadzie nie komercyjny zbiór opowiadań, a swego rodzaju portfolio autora. Mamy w nim do czynienia z maksymalnie urozmaiconymi utworami, które dają pewien pogląd na możliwości pana Kamila. Ta maleńka książeczka, ma szansę stać się za kilkanaście lat białym krukiem. W końcu każdy będzie chciał poznać debiutanckie opowiadanka błyskotliwego pisarza, autora kilku bestsellerów. Szansa na to jest wielka. Pozostaje jedynie trzymać kciuki.

Wydawca: RADWAN

Ilość stron: 63

Data wydania: marzec 2011

Moja ocena: 6/10

Recenzja napisana dla portalu Lubimyczytać.pl

„Dziewczynki ze świata maskotek” Anja Snellman

Są takie słowa, które po prostu „ist­nieją” w naszym języku – nigdy nie zastanawiamy się nad ich znaczeniem, nie doszukujemy się ich alter­natyw­nych inter­pretacji. Często wyrazy te zakorzenione zostały w nas w dzieciń­stwie. Naj­now­sza książka Anji Snel­l­man roz­prawia się brutal­nie i skutecz­nie właśnie z takim słowem, które towarzyszy nam od naj­młod­szych lat. Pożegnaj­cie się z „maskot­kami”. Po prze­czytaniu Dziew­czynek ze świata maskotek nigdy już nie zabrzmią one tak samo jak przedtem.

Maskotka – przed­miot mający przynosić szczę­ście, amulet

Świat prze do przodu. Schen­gen zniosło wewnętrzne granice Europy. Globalizacja zaciera stop­niowo róż­nice kul­turowe. Żyjemy w global­nej wiosce. Samoist­nie tworzy się w ten spo­sób inkubator prostytucji. W takim świecie znaj­duje się Jasmin – prze­ciętna czter­nastolatka, miesz­kająca w bliżej nieokreślonym europej­skim mie­ście. Chodzi do szkoły, uczęsz­cza na treningi zespołu cheer­leaderek i na lek­cje jazdy kon­nej. Prowadzi spo­kojne, miej­skie życie aż do momentu, kiedy poznaje Lindę. Nowa koleżanka pokazuje naszej bohaterce zupeł­nie odmienną stronę świata „moc­nej” zabawy. Jed­nak chyba żadna z nich, nie przy­pusz­cza, że nie­po­zorna praca w sklepie ze zwierząt­kami – maskot­kami uczyni z nich „maskotki” właśnie.

Maskotka – zabawka w postaci zwierzęcia

Anja Snel­l­man pod­jęła się nie­łatwego tematu. Książka szczegółowo i wiarygod­nie opisuje świat nastolet­niej prostytucji. Autorka prze­prowadziła sporo roz­mów z osobami bez­pośred­nio związanymi z branżą i efekt tego jest doskonale widoczny. Pod­czas czytania ma się wrażenie obcowania z literaturą faktu – tak auten­tyczny obraz bije ze stron powieści.

Drobiazgowe i często makabryczne sceny potęguje język, jakim posługuje się autorka. Jest on oszczędny, miej­scami wręcz ascetyczny, co doskonale spraw­dza się w prak­tyce. Z nie­których scen emanuje pewna surowość, a wyobraź­nia pod­suwa wyprane z kolorów obrazy (wrażenie potęguje także szarobura okładka).

Maskotka – nie­let­nia dziew­czynka, świad­cząca usługi seksualne.

Bar­dzo ciekawy temat i świetny język powie­ści skutecz­nie zaprzepasz­cza jed­nak chaos, jaki panuje w Dziew­czyn­kach ze świata maskotek. Przez pierw­szych kil­kadziesiąt stron ciężko jest prze­brnąć. Wygląda to tak, jakby Anja Snel­l­man miała mnóstwo materiału i tysiące pomysłów, jed­nak nie do końca wiedziała, co z tym chce zrobić. Akcja roz­poczyna się jakby od końca. Jest sporo nie­do­mówień. Wynik: zamiast zaciekawienia, jest irytacja.

Na szczę­ście w pew­nym momen­cie całość jakoś się zazębia. Nie­po­strzeżenie książka połyka i czyta się ją z wypiekami na twarzy i strachem w sercu. Zbliżając się do końca historii Jasmin, miałem już przed oczami, jakie pieśni pochwalne będę o niej pisał, jak będę wszyst­kich do niej zachęcał i… autorka zepsuła koń­cówkę. Jest ona napisana jakby na siłę i podob­nie jak począt­kowe strony, nieco chaotycz­nie. Nie wiem, czy wydawca nalegał na takie zakoń­czenie, czy sama autorka koniecz­nie chciała książkę domknąć – wyszło sztucz­nie i dziwnie.

Maskotka – …

Dziew­czynki ze świata maskotek to pozycja dobra. Potrząsnęła nieco moim światopoglądem, lecz zrobiła to nader sub­tel­nie. Naj­moc­niej­szą jej stroną jest doskonale i kom­plek­sowo opracowany temat. Uzupeł­nia go epilog, w którym Snel­l­man przed­stawiła skróconą historię prostytucji. W samej powie­ści zawiódł chyba nieco kon­spekt. Gdyby fabuła została poprowadzona gładko, mielibyśmy do czynienia z książką rewelacyjną. Nie­stety, Dziew­czynki… czyta się miej­scami ciężko, co nie zmienia jed­nak faktu, że już nigdy żadnego misia nie nazwę maskotką bez uczucia niepokoju.

Umiar­kowanie polecam.

Wydawca: Świat Książki

Ilość stron: 269

Data wydania: styczeń 2011

Moja ocena: 6/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.

Niespodziewajka:) „Trzepot skrzydeł” Katarzyna Grochola

Raz w roku przypada taki dzień, kiedy faceci otwarcie przyznają, że świat należy do kobiet. W pozostałe dni nic się nie zmienia, światem nadal (podprogowo) trzęsie płeć piękna, jednak już my, brzydale, nie jesteśmy skłonni zgodzić się z tym otwarcie. Niestety czasami zdarzają się „mężczyźni”, którzy z tą sytuacją nie potrafią się pogodzić i starają się ją zmienić… niestety na siłę.

„Trzepot skrzydeł” opowiada historię Hanki. Spotyka ona na swojej drodze szarmanckiego mężczyznę. Wszystkie koleżanki zazdroszczą jej świetnego chłopaka. To nic, że miał już kiedyś żonę. Ona była zła. Zostawiła go przecież bez słowa pożegnania. Elokwentny, wykształcony i przystojny – Hanka po prostu nie mogła odmówić, kiedy poprosił ją o rękę. Z czasem, sielankowe życie u boku błyskotliwego i wspaniałego męża, zmienia się jednak w coraz trudniejszą walkę o miłość, a czasem nawet o przetrwanie.

Ktoś kiedyś mi powiedział, że jeśli pytasz, czy wyjść za mąż, to nie wychodź, bo to znaczy, że człowiek jeszcze nie dojrzał do samodzielnej decyzji, to nie dojrzał tym bardziej do wspólnego życia, do wzięcia odpowiedzialności również za drugiego człowieka.

Musze przyznać, że podchodziłem ostatnio do kilku pozycji spośród szeroko pojętej literatury kobiecej. Po takim rekonesansie mogę rzetelnie stwierdzić, że „Trzepot skrzydeł” jest napisany naprawdę dobrze. Książkę czyta się bardzo szybko. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, za pomocą wyznań pisanych przez Hankę. Całość przypomina nieco list, poprzetykany wspomnieniami z młodości. Taka forma sprawnie buduje więź czytelnika z główną bohaterką.

Nie czujemy się kochani, dopóki choć jedna osoba na ziemi nie pozna nas dogłębnie. Takimi, jakimi jesteśmy naprawdę a nie takimi jakimi chcielibyśmy być.

Udanym pomysłem, jest zastosowanie krótkich akapitów. Takie „poszatkowanie” tekstu i częste zmiany miejsca i czasu akcji spotkałem ostatnio w „Drodze” McCarthy’ego. Może jest to bardzo karkołomne porównanie, jednak zarówno w tamtej książce jak i w „Trzepocie skrzydeł”, zabieg ten sprawdza się równie dobrze. Sprawnie buduje suspens (o ile można w takiej książce mówić o czymś takim), oraz potrafi dać odczuć czytelnikowi, jak zagubiona jest Hanka. Każdy akapit budzi niepewność. Czy to tylko wspomnienia? Czy już rzeczywistość? Czy uderzy już teraz, czy dopiero w następnym akapicie?

Właściwie, to dobre słowo. Taka przykrywka do wszystkiego, czego nie chcemy powiedzieć. , to znaczy, nie, nie dobrze, ale prawie źle, ale po co ci o tym mówić. (…)Właściwie – znaczy prawie kłamstwo. Właściwie nic mi nie jest. To znaczy jest mi wszystko.

Kiedy brałem na celownik książkę odpowiednią na dzisiejszą okazję, nie przypuszczałem, że trafię w powieść tak uniwersalną. „Trzepot skrzydeł” wywołuje silne, aczkolwiek bardzo różne uczucia, w zależności od płci odbiorcy. Opowieść o maltretowanej kobiecie zapada głęboko w pamięć. Paradoksalnie książka pisana dla kobiet, staje się pozycją obowiązkową dla każdego faceta – szczególnie posiadającego potomstwo.

Chwil spędzonych z książką nie żałuję. Można się przyczepić do trochę naiwnego zakończenie, czy pewnych uproszczeń w fabule, jednak liczy się efekt końcowy, a ten jest „silny”. „Trzepotu skrzydeł” nie zapomnę długo, tego jestem pewien. Polecam niezdecydowanym. Grochola, jako pisarka, nabrała w moich oczach zupełnie innego wymiaru.

Polecam!

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Ilość stron: 168

Data wydania: 2008

Moja ocena: 7/10

Korzystając z okazji: Dziewczyny! Najlepszego z okazji Waszego święta:)))

„Strażnik sadu” Cormac McCarthy

Stary, zapusz­czony sad gdzieś w zapo­mnianej zakątku Ten­nes­see. Wokół drzewa schną w mar­twej w ciszy, znisz­czone pod­czas urodzaju, kiedy ciężar owoców przy­gwoź­dził je do ziemi. Pośród nich samotny starzec, wątły i kruchy niczym naj­star­sze z nich, skrywa pewien sekret… Tak. Była postapokalip­tyczna Droga, był dziki Krwawy połu­dnik i mroczne Dziecię boże, teraz przy­szedł czas na, ekologicz­nego Straż­nika sadu.

W tym miej­scu powinienem zarysować mniej więcej fabułę książki. Tylko co zrobić w momen­cie, kiedy opowiadana historia jest tłem dla praw­dziwej, acz ukrytej tre­ści powie­ści? Straż­nik sadu to opowieść o młodym chłopaku Joh­nie Wesley’u, miesz­kającym samot­nie z matką w roz­padającym się domku na zboczu góry. Pew­nego dnia John jest świad­kiem wypadku samo­chodowego. Wyciąga on z wraku męż­czyznę – Mariona Syl­dera, lokal­nego szmuglera, który kilka lat wcześniej zamor­dował ojca chłopaka (ten jed­nak o tym nie wie). W wątek ten wpleciona jest postać wspo­mnianego wcześniej starca – tytułowego straż­nika sadu, który pil­nuje zwłok męż­czyzny wrzuconych do starego zbior­nika. Fabuła od początku nie stanowi w zasadzie naj­mniej­szej zagadki. Wszystko jest wyjaśnione i pozostaje śledzić nam jedynie roz­wój wypad­ków – bar­dzo powolny roz­wój wypadków.

Cor­mac McCar­thy, jak w każ­dej swojej powie­ści i tym razem skupił się na czymś znacz­nie głęb­szym niż sama historia. Instynk­tow­nie wyczuwałem, że Straż­nik sadu, to jego pierw­sze dzieło. W now­szych wyraźny nacisk McCar­thy kładzie na psychikę człowieka, na ewolucję, jaką prze­chodzi on na skutek róż­nych zdarzeń. W tym wypadku pisarz jakby dopiero błądził w tych ciem­nych korytarzach ludz­kiej men­tal­no­ści. Nie znaj­dziecie w Straż­niku tej głębi, jaka tchnie z innych jego książek. W nie­których miej­scach widać, że autor czynił nie­śmiałe próby w tym kierunku, lecz były one jedynie jak mącenie lustra wody, zamiast skoku w jej toń.

Czy to oznacza, że ta historia jest płyta i błaha w porów­naniu z resztą twór­czo­ści pisarza? Absolut­nie nie. McCar­thy położył w niej nacisk na zupeł­nie inne kwestie. By dostrzec smaczki, nie wolno Straż­nika sadu czytać w pośpiechu. Pierw­sze, co rzuciło mi się w oczy, to nie­spotykane, wręcz poetyc­kie opisy dzikiej, nie­ujarz­mionej przy­rody. Opis drzew, zmian zachodzących w pogodzie, rzeki płynącej leniwie w lecie a burz­liwie wiosną, polowania z psami na oposy i łasice, a to wszystko opisane w tak plastyczny i nie­zwykły spo­sób, że obrazy same wyłaniają nam się przed oczyma. W środku zaś tej natural­nej scenerii – człowiek, jed­nak w tym wypadku nie jako władca, a jako element świata, pod­porząd­kowany pier­wot­nej sile. Zdany na jej łaskę. Surowy, nie zmięk­czony cywilizacją, zmuszony wal­czyć o przetrwanie.

Książce należy poświęcić mak­simum kon­cen­tracji. To nie jest lek­tura do autobusu czy tram­waju. By chłonąć wykreowany przez Cor­maca świat, należy się wyciszyć i skupić. Dopiero, kiedy zamilk­nie tak naturalny dla współ­czesnego człowieka hałas myśli w głowie, zaczną docierać do nas sub­telne emocje i wrażenia płynące ze stronic Straż­nika sadu. Autor prze­myca wiele drob­nych elemen­tów opisujących realia począt­ków XX wieku w Stanach i łączy je z pozor­nie banalną fabułą. By w pełni cieszyć się Straż­nikiem… należy kawałki te poskładać ze sobą niczym puz­zle, by ukazał się pełny obraz. Relacje chłopca i męż­czyzny (czyli dwojga ludzi szukających odpowied­nio sub­stytutu ojca i syna), starzec chadzający własnymi drogami, wskazujący nam nie­które istotne elementy, w tle echo wojny secesyj­nej i rasizm, problem władzy, korup­cja… Nie raz poczujemy żal, że postępująca cywilizacja zabija pier­wot­nego ducha tej krainy.

Nie potrafię jed­noznacz­nie ocenić Straż­nika sadu. Z pew­no­ścią jest to wspaniała, poetycka opowieść, która snuje się leniwie niczym poranna mgła pomiędzy drzewami w ciem­nym lesie. Patrząc jed­nak z per­spek­tywy czytel­nika nieobeznanego z prozą McCarthy’ego, książka robi wrażenie zawiłej i, nie­stety, błahej historii z irytującymi, roz­wlekłymi opisami. Polecam Straż­nika… ludziom cier­pliwym, zdol­nym delek­tować się jed­nym tytułem przez co naj­mniej kilka dni, którzy będą w stanie dostrzec to ukryte, nieoczywiste piękno, którzy będą wracać po kilka razy do kon­kret­nego akapitu, by wyssać z niego całą esen­cję prze­kazu. Ocenę ustalam jako wypad­kową pomiędzy czytel­nikus pospolitus czytel­nikus emocjonalitus. Ci pierwsi od oceny niech odejmą sobie punk­cik, a drudzy dodadzą… może nawet trzy.

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Ilość stron: 276

Data wydania: październik 2010

Moja ocena: 5/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.

„Istny raj” Ross Raisin

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka, trafiła niedawno w moje ręce książka Rossa Raisin’a zatytułowana Istny Raj. Przyznaję, że gdyby nie otrzymał jej do recenzji, raczej nie sięgnąłbym po nią z własnego wyboru. Książka jest debiutem autora. Po raz pierwszy wydana została w Wielkiej Brytanii w 2008 roku, pod tytułem God’s Own Country.. Jak powszechnie wiadomo, nieczęsto zdarza się by debiutancka powieść okazywała się czymś więcej, niż jedynie zapowiedzią talentu autora. Czas więc odpowiedzieć na pytanie: Czy pierwsza powieść Raisin’a to zaledwie poprawny debiut, czy coś więcej?

Akcja osadzona została w małym miasteczku, gdzieś na północy Anglii wśród hektarów dzikich wrzosowisk, deptanych co dzień przez pstrokato ubranych turystów. Sam Marsdyke, 17 letni chłopak, którego wydalono 2 lata wcześniej za domniemaną próbę gwałtu ze szkoły, pomaga swojemu ojcu prowadzić niewielką owczą fermę. W wolnych chwila włóczy się po niekończących się łąkach snując rozmyślania. Poznajemy go w momencie, kiedy ukryty za murkiem, obrzuca łajnem jedzących śniadanie turystów. Od samego początku czytelnik wie, że w głowie Sama nie wszystko jest poukładane jak u każdego przeciętnego nastolatka. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, co pozwala nam bliżej utożsamić się z uczuciami chłopaka. Zachwyca przede wszystkim jego wyobraźnia i bogactwo określeń jakie ona generuje. Określenia takie jak: francowate gnojki, czuć się dobrze jak świnia w szambie czy szczęśliwy jak świnia przy korycie, to tylko niektóre perełki. Kłopoty zaczynają się w momencie kiedy w do sąsiedniej farmy wprowadza się nowa rodzina z nastoletnią córką.

Angielska wersja okładki.

Całą książkę wypełnia po same brzegi postać głównego bohatera. Jego tok myślenia czy sposób prowadzenia rozmowy jest inny, niż w dotychczas czytanych przeze mnie powieściach. Mieszkańcy wsi są przekonani, że mają do czynienia z lekko nadpobudliwym, opóźnionym intelektualnie chłopakiem. Prawda okazuje się jednak dużo bardziej złożona i groźna. Wyobraźnia Sama podsuwa mu momentami niezwykłe jak i przerażające obrazy. Potrafi on sięgać planami wiele dni do przodu. Jestem pełen podziwu dla Rossa Raisin’a, stworzył on postać na tyle złożoną, że w jednej chwili czujemy z nią więź by za moment odepchnąć nas z odrazą. Uczucia sympatii i solidarności mieszały się we mnie z niepokojem i rezerwą w stosunku do Marsdyke’a, podczas całej lektura.

Język powieści również zasługuje na pochwałę. Pan Tomasz Bieroń – tłumacz – stanął na wysokości zadania. Udało mu się przenieść z angielskiego oryginału ten specyficzny styl Sama i jego wypowiedzi. Czuć, podczas czytania, że stoi on przed nami i wręcz słyszymy jego myśli w głowie. Równie sugestywne co język bohatera, są same opisy wrzosowisk. Podczas czytania falowały mi w wyobraźni zmieniając kolory wraz z porami roku.

Na koniec chciałem wspomnieć kilka słów o fabule, jednak po chwili zastanowienia, stwierdzam że nie ma o czym. Akcja jest w książce jednowątkowa, nie ma tu miejsca na choćby niewielki zwrot akcji. Samo tempo opowieści zależy wyłącznie od samego bohatera. Nie czułem jednak z tego powodu braku. Sam Marsdyke wypełnia książkę tak dokładnie, że fabuła jest na dalszym planie – liczą się tylko on i wrzosowiska.

Czy więc Istny raj to co więcej niż tylko poprawny debiut? Zdecydowanie tak. Rzadko ma się do czynienia z tak charakterystycznym, wielobarwnym i bezkompromisowym bohaterem jakim jest Sam. Zapada on głęboko w pamięć i gwarantuję, że nie zapomnicie go szybko. Jestem bardzo ciekaw kobiecej opinii na temat tej książki, ponieważ wydaje mi się, że odbiór może być zupełnie różny w zależności od płci a co za tym idzie i wrażliwości czytelnika. Polecam książkę bez wahania każdemu. Jestem zadowolony jak świnia w szambie, że dane było mi ją przeczytać.

Polecam!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 268

Data wydania: 14 września 2010

Moja ocena: 8/10

„Miasto ślepcow” Jose Saramago

Jose Saramago, jako zdobywca nagrody Nobla, w Polsce nabrał sławy głównie za sprawą niedawnego debiutu adaptacji filmowej jednej z jego książek – „Miasta ślepców”. Znajomi już jakiś czas pytali jakie są książki tego wielkiego, znanego Noblisty. Wstyd było przyznać, że nie znam, więc w końcu pod presją otoczenia zdecydowałem się oślepnąć na te 344 strony.

Za górami, za lasami ślepną ludzie…

W nieokreślonym mieście w jakimś kraju ślepnie człowiek. Sprawa o tyle nietypowa, że ślepiec nie zanurza się w ciemnościach a w bieli. Po nim ślepną osoby z jego otoczenia. Rząd szybko reaguje kwalifikując białą ślepotę jako zagrożenie epidemiologiczne. Czy ślepota jest rzeczywiście zaraźliwa? Jakie jest jej źródło? Jakie wywoła konsekwencje? Czy rząd da sobie z nią radę? Odpowiedzi bywają zaskakujące…

Danie postapokaliptyczne w sosie socjologicznym.

Saramago podjął się czegoś dotąd niespotykanego, spróbował ukazać kompletne społeczeństwo pozbawione najbardziej chyba podstawowego zmysłu wzroku. Udało mu się to wspaniale. Książka daje czytelnikowi niezły wgląd w psychikę ludzi i instynkty grupowe oraz udowadnia, że piramida potrzeb Maslowa jest przemyślana jednak zbyt uproszczona. Dla oklepanych z tematyką katastroficzną w literaturze jednak nie znajdzie się tutaj nic odkrywczego.

Ciasto nawet smaczne, kształt jednak „kwadratowy”.

Autor zdecydował się na rzadką formę w jakiej zaserwował powieść czytelnikom. Dialogi są zlane całkowicie z treścią a akapity długie, porozciągane miejscami nawet na kilka stron. Efekt jest taki, że gdy otworzymy książkę na dowolnej stronie mamy wrażenie, że oto trzymamy jakąś encyklopedię. Idealnie wyjustowane kolumny tekstu bez myślników, dialogów czy przerw. Osobiście taka forma przeszkadzała mi do samego końca. Dłuższe dialogi bywały na tyle nieczytelne, że musiałem wracać kilka linijek do góry. Sama długość akapitów również nie ułatwiała mi czytania.

Książka jak bieg na 800m: mocny start, 400 metrów nudnych przepychanek po czym ostatnie 250 pięknego, szybkiego finiszu.

Początek powieści to trzęsienie ziemi, trzyma w napięciu i chce się więcej, mocniej, szybciej. Trwa to jakiś czas i złapałem się w pewnym momencie na tym, że coś mnie wątek nie zachęca do czytania. Zrobiło się filozoficznie, mimo że sceny były mocne a wydarzenia toczyły się w przyzwoitym tempie jakoś ciężko czyta się cały środek powieści, częściowo forma właśnie wprowadza pewną monotonię. Na szczęście jednak jak w biegu na 800m następuje przełamanie i zaczyna się genialny sprint. Okazuje się, że poprzedzające strony to była zaledwie rozgrzewką przed daniem głównym. Aż do ostatniej strony trzymałem książkę MOCNO w rękach.

Grande Finale…

Ciekawa treściowo, nie powalająca jednak oryginalnością. Początkowo denerwujący, nieprzekonujący świat, z czasem powalający jednak szczegółowością. Słabe, przegadane środkowe 200 stron, reszta szarpie nerwami. Nie do końca trafiona forma, okładka wspaniała… oj nierówna jest ta książka. Momentami rewelacyjna, chwilami nużąca…

Summa summarum!

Saramago stworzył coś trudnego do ocenienia. Nie ulega jednak wątpliwości, że każdy miłośnik literatury szeroko pojętej książkę tę przeczytać musi. Ba! Powinien ją posiadać i postawić okładką do przodu! Opowieść trudna, nie uciekająca od niewygodnych tematów, nie pozbawiona też piękna i miłości… Po prostu bardzo dobra!

Polecam! Warto!

Wydawca: Rebis

Ilość stron: 348

Data wydania: październik 2008

Moja ocena: 8/10