Archive for the ‘ Fantastyka ’ Category

„Epic” Conor Kostick

Wyobraź sobie, że jakość twojego życia uzależniona jest od poziomu, na jakim znajduje się twoja postać w globalnej grze MMORPG. To, jaką dysponujesz bronią, ma bezpośrednie odbicie na szacunku, z jakim traktują cię ludzie, ilość złota w grze przekłada się na fizyczny stan posiadania, a stopień wykształcenia uzależniony jest od postępów gracza. Na Nowej Ziemi ludziom nie pozostawia się wyboru. Codzienną ciężką pracę, zmuszeni są dzielić z tą wirtualną. W wolnej chwili przenoszą się więc w świat tytułowego „Epica” i mozolnie zdobywają oficjalną niefizyczną walutę. Czy system, z pozoru idealny, okaże się tak stabilny jak liczą na to rządzący?

„Historia rozgrywa się w odległej przyszłości na planecie Nowa Ziemia skolonizowanej przez uciekinierów z Ziemi. Ponieważ dawny świat stanął na krawędzi zniszczenia z powodu wojny, w nowym świecie panuje nienaruszalne prawo: nigdy więcej przemocy. Wszystkie konflikty rozwiązywane są więc za pomocą gry komputerowej EPIC – to jedyna legalna forma walki, dlatego każdy mieszkaniec dba o swoją komputerową postać, za pomocą której w razie potrzeby może rozprawić się z wrogiem. Zwłaszcza że na najlepszych graczy czekają lukratywne stanowiska w rządzie…”

Na okładce „Epica” można znaleźć stwierdzenie, że jest on przedstawicielem nowego gatunku: cyber – fiction. Uważam, że taka klasyfikacja książki jest całkiem słuszna. Powieść Kosticka nie pasuje mi do typowego pojęcia s-f, a tym bardziej nie zaliczyłbym jej do fantasy. Fabuła podzielona jest dwutorowo. Erik ma swoje normalne codzienne życie na Nowej Ziemi, gdzie toczą się jego losy. Prawdziwą areną przygodową, w której autor osadził większość część akcji, jest jednak rzeczywistość wirtualna, która jest w przeciwieństwie do „realu” typowym fantasy z elfami, ogrami i magią.

Kostick napisał książkę, która może okazać się dla niektórych czytelników lekturą trudną do zrozumienia. Osoby nie mające do czynienia z jakimikolwiek grami RPG, niekoniecznie nawet internetowymi, mogą mieć kłopot z rozszyfrowaniem Epica. Rządzi się on typowymi dla MMORPG regułami. Bohaterowie rozwijają w grze swoje postacie, zdobywają unikatowe przedmioty i walczą o bogactwo i szacunek. Autor nie wyjaśnia tych podstawowych zasad rządzących w wirtualnym świecie.

Sprawa ma się zupełnie inaczej z czytelnikami, którzy chociaż raz poczuli dumę z posiadania unikatowego przedmiotu, którym udało się podnieść swoją zbroję na wysoki poziom, którzy wykonali jakieś wyjątkowo trudne zadanie w grze RPG. Dla tych ludzi Kostick pisał tą książkę i zrobił to z pasją znawcy. Podczas czytania czułem, jak autor przenosił to unikalne podniecenie, jakie towarzyszy drużynie przymierzającej się do pokonania wyjątkowo trudnego przeciwnika i radość jaka rozpiera po jego pokonaniu. Z książki biją emocje, które mocno mi się udzielały. Do ostatniej strony czytałem ją z wypiekami na twarzy.

„Epic” to książka nietypowa. Nie skupia się na poważnych kwestiach wirtualnej rzeczywistości, nie porusza problemów społecznych z nią związanych i nie aspiruje do miana wielkiej literatury. Kostick stworzył fenomenalną książkę stricte przygodową, którą pochłania się z rumieńcem i najlepiej bez przerywania. Niewiele jest powieści, które spowodowały, że zaskoczony obserwowałem za oknem wschód słońca. „Epic” wyrwał mnie z rzeczywistości, wciągnął do swojego świata i wypluł o świcie.

Polecam gorąco!

Wydawca: Telbit

Ilość stron: 358

Data wydania: październik 2011

Moja ocena: grać! TFU! Czytać!:)

Recenzja napisana dla portalu Fantasybook. Polecam!:)

„Kameleon” Rafał Kosik

Rafał Kosik to jeden z nielicznych polskich pisarzy s-f, któremu tworzenie powieści w tym gatunku naprawdę wychodzi. Po lekturze „Marsa” (2003) byłem przekonany o potencjale autora, „Vertical” (2006) tą tezę potwierdził, ale to jeszcze nie było „to”. Po przeczytaniu „Kameleona” (2008), długo siedziałem w ciszy. Kosik stworzył powieść kompletną, błyskotliwą, pełną metafor i odniesień to teraźniejszości. Warto!

„Na planetę Ruthar Larcke przybywa z misją ratunkową USS „Ronald Reagan”. Czterysta trzynaście lat wcześniej zaginął tu statek poszukujący planet do terraformowania. Załoga misji odkrywa kolejne zagadki: skąd na planecie odległej o sto dwadzieścia lat świetlnych od Ziemi kilkumilionowa ludzka społeczność? Czy jeden z członków załogi zaraził się obcą formą życia? I czy ich misja jest rzeczywiście misją ratunkową?”*

Pisząc o „Kameleonie” nie sposób pominąć nagród, jakie powieść zdobyła. Zajdel za 2008 rok, Sfinks 2008, nagroda Katedry „Fantastyka 2008”, czy nominacja Literackiej Nagrody im. Jerzego Żuławskiego – niewiele więcej można było ugrać na rodzimym rynku. Liczba wyróżnień przekłada się w tym wypadku bezpośrednio na jakość, zacznę jednak od początku.

Najnowsza z powieści Kosika wciąga od pierwszych stron. Początkowo miałem wrażenie, że będzie to typowo przygodowe s-f lekko zanurzone w klimatach space opery. Złudzenie to mija wraz z kolejnymi stronami, by w pewnym momencie wywołać reakcję w stylu: „Cholera! Co tu jest grane?!”. Fabuła powieści z prostej „przygodówki” szybko ewoluuje w wielowątkową opowieść z całą masą nawiązań i metafor. Do akcji wkraczają retrospekcje, które wprowadzają dodatkowy element zaskoczenia i pogłębiają złożoność historii planety Ruthar Larcke. Najlepsze jest jednak zakończenie…

Czytając „Kameleona” nasuwało mi się podobieństwo do przeróżnych antyutopijnych wizji, snutych przez Huxleya, Bradburego czy chociażby Zamiatina. Kosik poruszył jednak tą kwestię z nieco innej strony i nie bezpośrednio. Fabuła nie serwuje nam gotowych rozwiązań i obrazów, a jedynie wskazuje kierunek, w jakim opisane społeczeństwa będą zmierzać i jakie może mieć to skutki. Dla wielbicieli tego typu literatury, ta powieść to prawdziwa perełka.

Fabuła, chociaż gra niewątpliwie pierwsze skrzypce, nie przysłania pozostałych elementów składowych powieści. Ruthar Larcke jest oryginalne i nastrojowe. Niby prawie jak Ziemia, ale jednak nie do końca. Główni bohaterowie są zróżnicowani i charakterystyczni. Nie miałem problemów z ich imionami, nie myliły mi się postacie – to wielka zaleta. Akcja toczy się wciąż „do przodu”, ma swoje zrywy i zwroty, skutecznie trzymając przy książce do późnych godzin nocnych.

Najlepsze zostawiłem sobie jednak na koniec. 544 stronicowa powieść s-f, uhonorowana wieloma nagrodami, naprawdę fajnie wydana i warta każdych pieniędzy kosztuje na stronie wydawcy… 25,60,-! Dodam, że nie chodzi o wydanie kieszonkowe ale pełnowymiarowe 125×195 mm. Z ciekawości przeliczyłem sobie wartość jednej strony i wyszło mi, że wynosi ona niecałe 5 groszy.

„Kameleon” to literacki grande finale Rafała Kosika. Autor podniósł sobie niebywale poprzeczkę i czekam z wielką niecierpliwością na jego kolejną powieść. Książkę polecam wszystkim. Jest to typowy przedstawiciel fantastyki socjologicznej (social science fiction) – porusza problem ewolucji alternatywnych społeczeństw i zachowań międzyludzkich. Co za tym idzie, niewiele jest w niej techniki i opisów jej działania, a to przekłada się bezpośrednio na łatwość odbioru przez nieobytego z twardszym s-f czytelnika.

„Kameleonem” Rafał Kosik zajął u mnie honorową pozycję obok Orwella, Hinleina, Bradburego i Assimova. Polecam, zalecam i rekomenduję!

Polecam gorąco!

Wydawca: Powergraph

Ilość stron: 544

Data wydania: 2008

Moja ocena: najlepszy z Kosików

Recenzja napisana dla portalu Fantasybook. Polecam i zapraszam:)

*opis z okładki

„Dożywocie” Marta Kisiel

Są takie książki, których nie potrafię zrecenzować. Jedyne co mi pozostaje, to o nich napisać. Dzisiaj przyjdzie zmierzyć mi się z czymś, co z racji tego czym jest, wymyka się mojej krytyce. Nie będzie literacko, nie będzie nawiązań do romantyzmu, nie będzie nawet analizy. Co będzie? Będą emocje!

„Dożywocie” jest świetne! Nie, to określenie jest zbyt trywialne. Nie pasuje mi tu też słowo genialna, odkrywcza, błyskotliwa, ciekawa, wciągająca, prześmieszna, zabawna, fajna, pomysłowa, ani żadne inne. Jako wielbiciel Warcrafta zacytuję więc Trolla Jeźdźca Nietoperza: „Nanananananananana ha! Ja!”. Te wyrażenie wydaje się być adekwatne do tego co czuję po lekturze „Dożywocia”. O!

Kiedy otworzyłem książkę i zacząłem czytać, miałem wrażenie, jakby wyskoczyła z niej wielka łapa i ryknęła: „Siemano! Piątala przybij!”. Cóż więc miałem zrobić? Przybiłem, przeczytałem i pokochałem. Wypadałoby w tym miejscu napisać, co tak właściwie pokochałem. No! W pierwszej kolejności bez wątpienia zauroczył mnie język, taaak. Szanowna Pani Autorka (SPA?!) posługiwuje się nim, jak niczym mieczem – nie, miecz bywa przyciężkawy, wróć – szermierkuje nim jak niczym szpadą. Bywa on ostry (o języku mowa… pisanym), czasami leniwy, kreśli przed gałkami czytelnika ósemki, zwodzi, uspokaja, by nagle zniespodziewaka – bach! – piknąć w serducho. Za to kocham „Dożywocie”.

Postacie bohaterów są. I to jakie są! Są…„Nanananananananana ha! Ja!”. O! Czyli są lepsze niż fajne. O Lichu się nie wypowiem, bo dla onego trza by stworzyć osobną klasę, ponieważ w dotychczas znanych się nie mieści. Krakers zachwyca głębią swego charakteru i wydaje się być paralelny (mniam! Wszyscy razem na głos 3 razy!) do prostaka Krakena, jednak moim zdaniem to oszczerstwo. Któż tam jeszcze, Szczęsny jako zakała rodziny w najlepszym wydaniu, Rudolf Valentino jako idealny antybohater czy sam osobisty Konrad, którego powinności stoją często w sporze z pragnieniami. Owa biegunowość: obowiązku i wolności, ukazuje uniwersalny i ponadczasowy problem samostanowienia… dobra! Konrad tez jest „ha! Ja!”.

Wielowątkowej fabuły nie ma, za to jest „ha! Ja!” (czyli lepszy niż fajny) wątek główny, a dokładniej rzecz biorąc wątków tych jest pięć (nawiązanie do piontala z początku było niezamierzone), bo z tylu opowiadań składa się „Dożywocie”. Co jeszcze o fabule? Opowiadane historie szczególnie powinny przypaść do gustu wielbicielom sagi Tłajlajt, po naszemu zwanej Zmieszhem. Analogicznie w obu mamy aniołka w bamboszkach, kicające zajączki i metroseksualnego faceta broniącego wspomnianych wcześniej przed lewacko prawicującymi moherami. Dobra!

Podsumowanie:

Wysilam się pewnie bezsensu, bo i tak pewnie wszyscy już książkę czytali. Nie może jednak być, żeby na tak amatorskim blogu jak ten, recenzji „Dożywocia” nie było. To teraz jest. Amen!

Dla opornych na przesłania podprogowe: Książka jest świetna, bohaterowie wymiatają a historie są prześmieszne! Czytać!

PS. Recenzja pisana na sporej dawce teiny i kofeiny.

PS2. Sukcesem jest brak „A psik-ów!” w tekście. Kusiło!

Wydawca: Fabryka Słów

Ilość stron: za mało (376)

Data wydania: listopad 2010

Moja ocena: Nanananananananana ha! Ja!

„Legendy Świata Wynurzonego” Licia Troisi

Zaku­pi­łem sobie ostat­nio odku­rzacz. Model i wypo­sa­że­nie nie są w tym wypadku sprawą pierw­szo­rzędną. Czo­ło­wym ele­men­tem rze­czo­nej inwe­sty­cji oka­zał się Pod­ręcz­nik użyt­kow­nika. Za jego sprawą obsługa tej pro­za­icz­nej maszyny codzien­nego użytku stała się wyprawą w cudowny, cichy i magiczny świat bez pył­ków. Świat bez­pro­ble­mowy, lecz jed­no­cze­śnie tak zło­żony, że przy­cią­gał moje palce ku przy­ci­skowi „power” na obu­do­wie. Zupeł­nie odwrot­nie sprawa ma się z naj­now­szą na rodzi­mym rynku try­lo­gią Licii Tro­isi, zaty­tu­ło­waną Legendy Świata Wynu­rzo­nego. Po nią moje ręce się­gały z rosnącą niechęcią.

W Świe­cie Wynu­rzo­nym od wielu lat panuje pokój. Na odlu­dziu, na leśnej polance budzi się dziew­czyna. Nie pamięta swo­jej prze­szło­ści, ani nie wie, kim jest. Zagu­bioną z tara­pa­tów ratuje nie­zna­jomy rycerz. Jed­no­cze­śnie w Kra­inie Wody wybu­cha śmier­telna epi­de­mia. Adhara – tajem­ni­cza boha­terka bez pamięci, żyje sobie spo­koj­nie na dwo­rze u boku swego wybawcy Amhala i odkrywa w sobie stop­niowo wiele zaska­ku­ją­cych zdol­no­ści. Oboje boha­te­ro­wie zako­chują się w sobie, epi­de­mia się sze­rzy, zako­cha­nych dzieli prze­zna­cze­nie… i tak w kółko przez trzy tomy.

Na try­lo­gię składa się Prze­zna­cze­nie Adhary, Córka krwi i Ostatni boha­te­ro­wie. Dla osób, które nie będą czy­tać ksią­żek tom za tomem, faj­nym ele­men­tem może oka­zać się stresz­cze­nie, które autorka roz­myśl­nie zamiesz­cza na początku II i III czę­ści. Uła­twia to zorien­to­wa­nie się w fabule i płynne wej­ście w powieść. Książki wzbo­ga­cone są rów­nież o mapkę Świata Wynu­rzo­nego, do któ­rej jed­nak się­gną­łem zale­d­wie dwa-​​trzy razy. Nie jest ona szcze­gól­nie przy­datna, jed­nak faj­nie, że ktoś o niej pomyślał.

Try­lo­gia ma jedną wielką zaletę: z tomu na tom staje się lep­sza. Pro­blem w tym, że tych tomów jest zde­cy­do­wa­nie za mało, żeby Licia Tro­isi zdo­łała dotrzeć do przy­zwo­itego poziomu. Fabuła roz­jeż­dża się co chwila, powo­du­jąc nic wię­cej jak tylko roz­cza­ro­wa­nie. Akcja wle­cze się jak budowa A1, a boha­te­ro­wie ze swo­imi dyle­ma­tami mogliby star­to­wać do pol­skiego par­la­mentu. W póź­niej­szych tomach sprawa ma się nieco lepiej, jed­nak skala zmian jest nie­stety mini­malna: tempo nieco przy­spie­sza i poja­wiają się cie­kawe dru­go­pla­nowe posta­cie. Przy książ­kach trzy­mała mnie jedy­nie koniecz­ność ich zre­cen­zo­wa­nia, ina­czej już pierw­szy tom wylą­do­wałby tam gdzie jego miej­sce – w worku mojego nowego odkurzacza.

Fabuła w Legen­dach… opiera się o sche­mat „Ja cię kocham, ty mnie kochasz, cho­ciaż myślisz, że nie kochasz, ale ja wiem, że kochasz”. Masa­kra. We wspo­mnia­nej instruk­cji obsługi zna­la­złoby się wię­cej zwro­tów akcji, a naj­lep­sze jest to, że jedna z cie­kaw­szych zaska­ki­wa­jek została ele­gancko zepsuta przez okładkę trze­ciego tomu. Język powie­ści jest pro­sty i czy­ta­łoby się ją cał­kiem przy­jem­nie, gdyby nie opisy starć na broń białą i magię oraz opisy poty­czek wojen­nych. Są one po pro­stu sta­tyczne. Opis mon­tażu fil­tra w odku­rza­czu wywo­łał u mnie więk­sze emo­cje niż śmier­telna walka ludzi z tajem­ni­czym wro­giem. Nie wiem do końca, czego zabra­kło, ale czy­ta­jąc o wojen­nych dzia­ła­niach w ogóle nie było czuć ich skali. W III czę­ści jest tro­chę lepiej, ale po raz kolejny nie­stety tylko trochę.

Legendy Świata Wynu­rzo­nego to try­lo­gia fan­tasy prze­zna­czona dla nie­oby­tych z gatun­kiem panien w wieku wcze­sno i średnio-​​szkolnym. Dla nich może ona oka­zać się lek­turą strawną, a — kto wie! — może nawet i dobrą. Licia Tro­isi napi­sała coś pro­stego, sztam­po­wego i sta­tycz­nego. Histo­ria jest pre­ten­sjo­nalna, czę­sto zawraca nie­po­trzeb­nie i prze­ciąga naj­ba­nal­niej­sze ele­menty, jakby autorka na siłę sta­rała się napom­po­wać obję­to­ściowo całość. Dla dobra czy­tel­nika pro­po­nuję pani Tro­isi zabrać się za pisa­nie instruk­cji obsługi sprzę­tów AGD – może będą prost­sze w zro­zu­mie­niu, a tajem­ni­czemu auto­rowi Pod­ręcz­nika użyt­kow­nika życzę spło­dze­nia powie­ści fan­tasy – to mógłby być praw­dziwy hit.

Odradzam!

Wydawca: Videograf II

Ilość stron:

Tom 1: Prze­zna­cze­nie Adhary, stron: 432
Tom 2:  Córka krwi, stron: 272
Tom 3: Ostatni boha­te­ro­wie, stron: 352

Data wydania: 2011

Moja ocena: pfff/10

Recenzja napisana dla portalu bookznami.pl. Zapraszam i polecam;) Warto tam zerknąć, bo redakcja stworzyła fantastyczną grafikę dla tej recenzji:)

„Starfist. Szkoła ognia” D. Sherman, D. Cragg

Od czasu do czasu zdarza mi się taki dzień, że mam ochotę zapaść się na mojej małej kanapie z wielkim kubkiem kawy i przeczytać coś, nad czym nie muszę myśleć, kombinować nad fabułą ani w żaden inny sposób wysilać się intelektualnie. Założenie to, chociaż pozornie wydaje się proste, w rzeczywistości nastręcza mi nie lada problemów. Okazuje się, że znalezienie prostego i niewymagającego czytadła, które jednocześnie było by ciekawe i wciągające, nie jest sprawa łatwą. Z tegorocznych książek przychodzi mi na myśl jedynie „Ponury Piaskun” i „Grizzli”. Do tych dwóch niewątpliwie męskich pozycji bez wahania dopisuję nową powieść D. Shermana i D. Cragg’a, zatytułowaną „Starfist: Szkoła ognia”.

Na planecie Wanderjahr rządzonej przez oligarchów o niemieckich korzeniach dochodzi do buntu. Na prośbę władców tej społeczności, Konfederacja wysyła korpus Marines z misja stabilizacyjną. Żołnierze zastają na miejscu skomplikowaną politycznie sytuację, miernie wyszkolone siły porządkowe, oraz świetnie zorganizowane siły partyzanckie kryjące się w lasach. Na wyraźny rozkaz przełożonych, korpus ma skupić się wyłącznie na szkoleniu lokalnej policji, co nie ułatwia zadania. Na domiar złego każdy z oligarchów stara się wykorzystać obecność Marines w swoje walce o władzę i wpływy. Z każdym dniem sytuacja zaczyna się komplikować, a rosnąca liczba ofiar potęgują napięcie.

„Szkoła ognia” to z definicji space opera, jednak niewiele jest w niej kosmosu, statków kosmicznych czy super zaawansowanych technologii. Marines korzystają co prawda z broni plazmowej i specjalnych strojów maskujących, jednak to w zasadzie wszystko co łączy tą powieść z gatunkiem s-f. Książka staje się przez to uniwersalna. Odnajdą się w niej nawet osoby nie czytające na co dzień fantastyki. Fabuła opiera się na relacjach międzyludzkich, taktyce, podchodach, zdradach i zasadzkach i nie ma w niej niczego specjalnie futurystycznego.

Ta książka wciąga. Tylko tyle i zarazem aż tyle. W „Starfiście” nie ma sensu doszukiwać się głębszych wartości, wieloznaczności, czy zakamuflowanych przesłań. Autorzy z założenia chcieli stworzyć literaturę stricte rozrywkową i udało im się to perfekcyjnie. Powieść pozbawiona jest dłużyzn, czyta się ją szybko i przyjemnie a na deser zostało kilka zwrotów akcji i lekko zaskakujące zakończenie. Fabuła pędzi do przodu w dużej mierze z pomocą dialogów, co wpływa pozytywnie na tempo akcji.

„Starfist: Szkoła ognia” to po prostu świetne czytadło, które śmiało można podsunąć mężowi, chłopakowi czy tacie. Jest w nim sporo strzelania, akcja jedzie gładko do przodu niczym masło po rozgrzanej patelni, opisy nie męczą, a przede wszystkim nie ma w niej beblania o miłości i uczuciach. W swojej kategorii jest to po prostu książka rewelacyjna. Polecam dla relaksu, po ciężkim dniu, kiedy wciągająca lektura jest na wagę złota a nie chcecie ryzykować powieści niesprawdzonej i (o zgrozo!) ambitnej.

 Wydawca: Dwójka bez Sternika

Ilość stron: 344

Data wydania: czerwiec 2010

Moja ocena: 7/10

PS. Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie, miłe słowa i że jesteście! Moja blogowa obecność pozostanie na razie na poziomie przeciętnym, jednak nie powinienem już więcej znikać na tak długo:) Czekających na maile ode mnie proszę o jeszcze kilka dni cierpliwości. Wygrzebuję się spod kilku ton maili, co okazuje się być koszmarnie mozolnym zajęciem.

„Mój prywatny demon” Maciej Żytowiecki

Dotych­czas spo­tykałem się z wieloma hybrydami gatun­kowymi. Mieszanina fan­tasy z roman­sem (paranor­male), powie­ścią historyczną (B. Corn­well) czy sen­sacją (roz­maite urban fan­tasy) to naj­popular­niej­sze z nich, ale zdarzają się też ciekaw­sze połączenia jak choćby tech­noth­ril­ler – połączenie s-f i sen­sacji (Park Juraj­ski) czy retro kryminał (serie Wroń­skiego czy Krajew­skiego). Kiedy sięgałem po Mojego prywat­nego demona, debiutancką powieść Macieja Żytowiec­kiego, nie spo­dziewałem się, że moja wiedza dotycząca hybryd ulegnie wzbogaceniu.

„Trzymający w napięciu kryminał urban fan­tasy”. Takie hasło wita poten­cjal­nego czytel­nika zaraz po zer­k­nięciu na tył okładki. Przy­znam szczerze, że po plecach prze­biegły mi mrówki w lodowatych bucikach na samą myśl, że może właśnie leży przede mną kryminał z elfami i krasnolud­kami w roli głów­nej. Na moje szczę­ście myliłem się, nie­stety jed­nak nie aż tak bar­dzo, jak­bym sobie tego życzył.

Mój prywatny demon opowiada o losach detek­tywa Ezry – alkoholika, a przy tym błyskotliwego śled­czego, nie zawsze kierującego się literą prawa. Próbuje on dorwać seryj­nego mor­dercę, nazwanego przez prasę Den­tystą, który zabija młode dziew­czyny, głów­nie prostytutki, po czym usuwa im całe uzębienie. Warto dodać, że akcja dzieje się w Chicago u schyłku lat 30-tych. Wszystko byłoby w miarę do ogar­nięcia, gdyby nie demon który opętał detek­tywa. Z czasem okaże się jed­nak, że wcale nie jest on duchem, jak można by przy­pusz­czać, a jak naj­bar­dziej materialną istotą zminiaturyzowaną w ciele policjanta.

Czym więc w rzeczywisto­ści jest Mój własny demon? Naj­pro­ściej określić go jako połączenie Brud­nego Har­rego z s-f w bar­dzo specyficz­nym cyber­pun­kowym klimacie z nutką hor­roru wychylającego swój kudłaty łeb od czasu do czasu. Naj­ciekaw­sze w książce są realia, w jakich toczy się akcja. Późne lata 30-te to okres nie­stabilny. Dopiero co znie­siona prohibicja, star­cia na tle rasowym i rosnący w siłę nazi­ści z Hitlerem na czele, którego sława już przed wojną dotarła, jak widać, nawet do Stanów. Pod­czas czytania czuć, że autor lubi i zna dobrze ten okres. Brud, roz­war­stwienie spo­łeczne i sytuacja w mie­ście są oddane z wielką precyzją i mają w sobie mroczny klimacik.

Poza tym powieść Żytowiec­kiego  ma nie­wiele do zaoferowania. Wątek kryminalny z początku jest nawet ciekawy, szybko jed­nak zostaje kom­plet­nie zdominowany przez motywy cyber­pun­kowe, które nie­stety nie są ani oryginalne, ani tym bar­dziej dopracowane. Nie można narzekać co prawda na brak akcji, której szczegól­nie pod koniec jest aż za dużo. Nie­ustanna sieczka z hek­tolitrami krwi i dziesiąt­kami trupów w pew­nym momen­cie staje się nie­smaczna i skutecz­nie zabijała we mnie chęć dal­szego czytania. Nie zro­zum­cie mnie źle, jestem gorącym fanem moc­nych, męskich akcen­tów, tym razem jed­nak nastąpiło prze­gięcie. Pod­sumowując, kryminał z powie­ści jest żaden, a czytel­nicy s-f tym bar­dziej nie mają tutaj czego szukać.

Trudno jest jed­noznacz­nie osądzić pierw­szą powieść w dorobku pana Macieja. Pomysł w sumie dość ciekawy, jed­nak fabuła robi wrażenie nie­do­pracowanej. Pod­czas czytania cały czas prze­śladowało mnie wrażenie umykającego poten­cjału, który był na wyciągnięcie ręki, jed­nak autor nie dał rady po niego sięgnąć. Żytowiec­kiemu udało się za to ulepić bar­dzo fajną, brudną i mroczną atmos­ferę amerykań­skiego miasta, która trzymała mnie przy książce aż do samego końca. Powieść polecam wszyst­kim czytel­nikom ciekawym, jak może wyglądać retro kryminał w cyber­pun­kowym klimacie.

Wydawca: Ifryt

Ilość stron: 280

Data wydania: czerwiec 2011

Moja ocena: 6/10

Recenzja napisana dla portalu bookznami.pl. Zapraszam i polecam;)

„Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi” – Rafał Kosik

Rynek czytelniczy w Polsce ponoć z roku na rok ma się coraz gorzej. W sumie nie powinno to dziwić, skoro zaniedbywana jest młodzież. Kiedy ja byłem w wieku młodocianym, czytywałem Niziurskiego, Bahdaja czy Nienackiego, którzy niestety śmierdzą już dzisiaj naftaliną przeciętnemu dziesięciolatkowi. Niektórzy powiedzą, że jest przecież Potter, albo chociażby Percy Jackson, ale to jednak nie to samo co nasze polskie klimaty. Idąc tym tropem wszedłem w posiadanie pierwszego tomu przygód „Felixa, Neta i Niki” autorstwa Rafała Kosika i… to jest to! Nareszcie wiem, co podsuną mojemu synowi, kiedy wkroczy w wiek czytelniczy. Polak potrafi.

„Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi” opowiada o przygodach trójki ponadprzeciętnych nastolatków. Każdy z nich posiada pewne unikalne zdolności, pomagające bądź czasami komplikujące im codzienne życie. Gadżeciaż, mol komputerowy i przebojowa (lecz nie tylko) nastolatka – taka paczka da sobie radę z każdym problemem. Książka jest w zasadzie serią opowiadań, połączonych wspólnym motywem tytułowego Gangu Niewidzialnych Ludzi. Naszej grupce przyjdzie zmierzyć się z pełną gamą przeciwności i przygód począwszy od wyboru przedmiotów dodatkowych w szkole, przez nietypową klasową wycieczkę, po szukanie skarbu i… UFO.

Książki Rafała Kosika, są często porównywane do serii przygód o Harrym Potterze. Nic bardziej mylnego. Jedynym wspólnym elementem, jaki łączy obie sagi, jest liczba głównych bohaterów – przyjaciół. „Felix, Net i Nika” pachną swojsko naszym polskim podwórkiem i chwała im za to. Magii tu raczej niewiele, a perypetie nastolatków nie są za bardzo oderwane od rzeczywistości. Książka słusznie określana jest, jako s-f dla najmłodszych. Chociaż niewiele tutaj jest technicznego bełkotu, czuć wyraźnie nacisk na ten odłam fantastyki. Są roboty, maszyny i zminiaturyzowane kamery czy szperacze. Nie zabrakło też noktowizorów, podsłuchów i sztucznej inteligencji. Ta powieść to po prostu raj dla młodego, zafascynowanego techniką czytelnika.

Pan Rafał stworzył współczesną wersję pana Samochodzika. Młodzi przyjaciele szukają skarbów i ścigają bandytów, ale przy tym nie poniżają nikogo, nie depczą moralności ani nie niszczą autorytetów. Dzięki temu czyta się książkę świetnie i gładko, a co najważniejsze bez najmniejszego wahania można nią obdarować każdego łobuziaka, bez obaw o to, co w niej wyczyta. Podobały mi się też elementy, nazwijmy to umownie patriotyczne. Nawet taki stary byk jak ja, miał kupę radochy, kiedy okazywało się, że lądowanie na Marsie to w sumie polska robota, a tajny projekt… oj zdradziłbym za dużo. No cóż, ważne że Nasi górą!

Nie sposób nie pochwalić wydania książki. Za 376 drobno zadrukowanych stron, wydawca żąda kwoty prawie 34 PLN. To niewiele zważywszy na to, co dostajemy w zamian. Twarda okładka, której wewnętrzną stronę zapełniają plany i schematy większości wynalazków występujących w książce – wszystko w kolorze, bielutki papier (nie jakieś ECO) i 13 opowiadań połączonych kryminalnym motywem. Moim zdaniem warto i coś czuję, że na mojej półce zagości za niedługo cała seria.

„Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi” to książka, która ratuje nas przed zalewem fantastycznego badziewia z zachodu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałem powieść, którą z czystym sumieniem poleciłbym (w przyszłości) mojemu sykowi do czytania. Jest nowoczesna, pełna nowinek technicznych i współczesnych technologii. Przygody gonią jedna za drugą i często jest ostro, jednak nigdy za ostro. Polecam gorąco rodzicom, dziadkom, wujkom, a przede wszystkim nastoletnim łobuziakom. „Felix, Net i Nika” kopią tyłki większości zachodnich pozycji, a przed nieliczną resztą nie mają się czego wstydzić. Ta powieść to taki nasz Kubica wśród książek.

Polecam!

Wydawca: Powergraph

Ilość stron: 376

Data wydania: 2009

Moja ocena: 8/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book.