Archive for the ‘ Felietony ’ Category

„Ojciec” Karol Arentowicz

Młody ojciec ma pod górkę. Jeszcze przed narodzeniem dziecka, jego ukochana i namiętna kobieta, staje się marudna, a momentami wręcz nieznośna. W jej brzuchu rośnie coś, co spycha faceta na bok. To zaledwie preludium do tego co dopiero nastąpi. Kiedy rodzi się nasz ukochany potomek, młody tata nie wie co robić. Panika miesza się z depresją. Kiedy wydaje się, że sytuacja jest ogarnięta, nadchodzą pierwsze większe zakupy dla następcy tronu. Opcja niechybnego bankructwa staje się realna. Kiedy padnięty tata po 2 zmianach wraca zmęczony ale zadowolony do domu, wydaje mu się, że zapanował na tym całym chaosem. W tej niełatwej gonitwie umyka mu jednak drobny szczegół – wychowanie. Karol Arentowicz poświęcił mu swoja najnowszą książkę zatytułowaną „Ojciec”.

Jest tam gdzieś z Wami jakiś młody tata? Jeżeli tak, wołajcie go, bo naprawdę powinien to przeczytać.

Kiedy urodził mi się syn, pierwszym uczuciem jakie zrodziło im się w głowie, była potrzeba zapewnienia jemu i mojej żonie bytu. Z czasem, tak jak napisałem wyżej, ogarnąłem chaos i zauważyłem, że ta niepozorna istotka spogląda na mnie. Nie było to spojrzenie puste i nierozumne. Przypominało bardziej ciekawość i chęć naśladownictwa. Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że pieniądze znaczą dla dziecka nie więcej niż jedzenie, a prawdziwą wartość jako dla człowieka stanowi dla niego ojciec obecny w jego życiu.

„Ojciec” Karola Arentowicza przypomina trochę rachunek sumienia. Autor rozlicza się w niej ze swojego ojcostwa, analizuje go i wskazuje gdzie popełnił błąd, gdzie wybrał złą drogę. Swoje relacje z córką zestawia ze stosunkami z własnym ojcem. Udowadnia, że wychowanie wyniesione z dzieciństwa wpływa na późniejsze podejście do własnych dzieci.

W książce autor szczególny nacisk kładzie na konieczność emocjonalnego otwierania się na własne dzieci. Na przykładzie Jezusa, Hitlera i Stalina wyłuszcza, jak istotną osobą w życiu dziecka jest ojciec. Dobór tych przykładów może wydać się niektórym mocno kontrowersyjny. Początkowo sam miałem mocno sceptyczny stosunek do tego zestawienie, jednak postawienie św. Józefa obok Schicklgrubera (ojca Hitlera) rozwiało moje wątpliwości.

„Ojciec” to lektura obowiązkowa, szczególnie dla młodych mężczyzn będących bądź planujących ojcostwo. Z wieloma tezami autora można się nie zgadzać. Można mieć zastrzeżenia do jego podejścia do Boga oraz wniosków, jakie wyciąga z biblii. Nie sposób jednak nie zgodzić się z ogólnym przesłaniem „Ojca” i dla niego samego warto po tą nietypową pozycję sięgnąć. 98 stron to naprawdę niewiele, a w ciągu 2 godzin lektury, można odmienić całe życie własnego dziecka.

Polecam!

Wydawca: IMG Partner

Ilość stron: 98

Data wydania: październik 2011

Moja ocena: ważna/10

Reklamy

„Fidelada” Krzysztof Mroziewicz

Z moich obserwacji wynika, że ogólna wiedza o Kubie w naszym społeczeństwie jest na podstawowym poziomie i opiera się w sporej mierze na założeniach i stereotypach. Powszechnie wiadomo, że Fidel Castro stworzył na pięknej wyspie represyjny reżim. Jak jednak do tego doszło? Czy komunizm w naturalny sposób przekształcił się w rządy despoty? Krzysztof Mroziewicz podjął się w „Fideladzie” odpowiedzi na te i wiele innych pytań. Stworzył przy tym lekturę niebanalną i niesłychanie kompleksową.

„Fidelada” dzieli się na dwie części fascynacje oraz irytacje. Pierwsza część ksiażki (fascynacje) po raz pierwszy została opublikowana w 1978 roku pod tytułem „Guantanamera. Korespondencja z Hawany”. Opowiada ona o pierwszym pobycie Mroziewicza na Kubie i ukazuje wyspę z punktu widzenia przeciętnego człowieka, któremu udało wyrwać się z socjalistycznej Polski, do jej „egzotycznego brata”. Podczas lektury Kuba rysuje się jako miejsce ciekawe i bardzo dobrze rokujące na przyszłość a przy tym pełne absurdów rodem z naszego ukochanego PRLu.

Ta optymistyczna wizja znika jednak zupełnie w drugiej części „Fidelady”. Podczas kolejnych wizyt w cukrowym Kuwejcie, Mroziewicz widzi Kubę już w zupełnie innym świetle. Kraj pogrążony jest w recesji, gospodarka w zasadzie leży, wartość importu kilkukrotnie przewyższa eksport. Rewolucja, która miała przynieść Kubie dostatek i triumf ustroju socjalistycznego doprowadziła do zapaści. Mroziewicz analizuje sytuację punkt po punkcie, po czym wyciąga wnioski i prognozuje przyszłość tej niewielkiej w sumie wyspie.

Z początku do książki trzeba się przyzwyczaić. To nie jest pozycja, w którą wchodzi się niczym do supermarketu i bierze co chce w biegu. Czytanie „Fidelady” przypomina raczej zakup ekskluzywnego auta z wypasionym wyposażeniem. Nie od razu można do niego wsiąść i wjechać nim na tor wyścigowy. Wymaga poznania, wyczucia i zgrania się, by można było śmigać nim swobodnie. Mroziewicz napisał książkę wyjątkową, zrobił to jednak według swoich reguł i albo się je zaakceptuje, albo się nie pojedzie. Zdania często są rozbudowane do niemożliwości, niektóre akapity czyta się nie wiedząc w zasadzie o czym są, by w ostatnim zdaniu dać się zaskoczyć banalnemu wyjaśnieniu, a pewna podstawowa znajomość historii jest bardzo wskazana, ponieważ autor w kilku miejscach pozwala sobie na pewne skróty myślowe.

Mimo tych małych zgrzytów udało mi się zżyć z „Fideladą”. Jest to książka wyjątkowa i wspaniała. Kilka rozdziałów czytałem po dwa razy jak choćby ten opowiadający o Hemingwayu. Reportażowo historyczny styl książki uzupełniają fantastyczne zdjęcia. Szkoda, że nie ma ich więcej. Najbardziej jednak brakuje mapy! Jest to szczególnie denerwujące, podczas czytania o przebiegu rewolucji i obaleniu Batisty. Siłą rzeczy musiałem sobie mapkę poszukać na internecie. Szkoda. Na końcu książki znalazłem za to rzecz wprost bezcenną: indeks osób. Dzięki niemu przydatność i wartość tej pozycji niepomiernie rośnie.

Mroziewicz stworzył książkę unikatową. Można by zaryzykować stwierdzenie, że „Fidelada” to kompendium wiedzy o Fidelu Castro. Autor przeanalizował rządy dyktatora z każdej możliwej strony i zrobił to w sposób ciekawy i z ikrą. Świetną treść uzupełnia piękne wydanie, bogate w zdjęcia i wydrukowane na kredowym papierze. Jeżeli chcesz wiedzieć kim naprawdę był Che Guewara, dlaczego Kubę nazywano cukrowym Kuwejtem, co na wyspie robili Hemingway, Llosa i Gabriel Garcia Marquez albo czym zajmują się Amerykanie w bazie Guantanamo, ta książka jest dla ciebie. Wszystkim ciekawym świata polecam gorąco i bez najmniejszego wahania! Mroziewicz pisał ją 35 lat, nie spodziewajcie się więc, że połkniecie ją w 1-2 wieczory.

Polecam gorąco!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 472

Data wydania: lipiec 2011

Moja ocena: 9/10

*Zdjęcia pochodzą ze strony wydawcy.

„Sądy kapturowe” Ojciec Leon Knabit

Będąc na ostatnich targach książki w Krakowie, niezupełnie przypadkowo zajrzałem na stoisko Wydawnictwa Benedyktynów TYNIEC. Czego ja tam mogłem szukać? Oczywiście książek ojca Leona Knabita. Niefart chciał, że kiedy tam wylądowałem, w kieszeni zostało mi niespełna kilkanaście złotych. Na szczęście dla chcącego nic trudnego, a braciszkowie nie mogli przecież wypuścić mnie od siebie, z pustymi rękami. W ten sposób, wszedłem w posiadanie Sądów kapturowych, kto wie czy nie najcenniejszej książki w całej mojej biblioteczce, ale od początku.

Postaci ojca Leona nie będę przybliżał. Dość wiedzieć, że jest najlepiej rozpoznawalnym benedyktynem w Polsce i nierzadko można zobaczyć go na ekranie telewizora. Publikacja, która jest naszym dzisiejszym tematem, to zbiór jego felietonów, zamieszczanych cyklicznie na łamach Gościa Niedzielnego. Większość z nich została zilustrowana rysunkami Joanny Kościukiewicz, które trafnie i zabawnie przedstawiają treść felietonów.

Sądy kapturowe to niewielka i leciutka książeczka, prawie mieszcząca się w dłoniach. Kiedy jednak zaczyna się ją czytać, staje się wielka i ciężka. Autor na tak niewielu stronach i w tak zbitej formie, przekazuje ogromne dawki treści, czym zachęca czytelnika do myślenia. Przyznam, że dawno już nie miałem do czynienia z lekturą tak stymulującą. Żeby nie być gołosłownym, zacytuję jeden felietonik:

Dzień święty

Górale się zastanawiają: grać w piątki, czy nie? Bo to dzień śmierci Pana Jezusa, ale i dzień tylu imprez na Podhalu. I bez góralskiej muzyki?

Wciąż powraca dyskusja, handlować w niedzielę czy nie… Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. No więc zostawmy w niedzielę setki tysięcy pielgrzymów i turystów na Jasnej Górze, w Licheniu, w Kalwarii, w Piekarach, w Tyńcu, w Łagiewnikach, w Wadowicach i w wielu innych podobnych miejscach bez możliwości zakupienia jedzenia, picia czy najmniejszej choćby pamiątki. Tu „Kaptur” zawiesza sąd, tylko stawia znak zapytania.

Jak sami widzicie, nie musicie obawiać się skostniałych kazań ani niczego podobnego. Ojciec Leon morderczo trafnie definiuje i wytyka nasze słabości, wady i skłonności. Nie oszczędza przy tym nikogo ani niczego. Dostaję się politykom, zwykłym ludziom, Unii a nawet klerowi. Felietony otwierają oczy czytelnika na sprawy, o których nigdy sam by nie pomyślał w ten sposób. Jednocześnie większość tekstów jest napisana humorystycznie i mimo krytyki, która trafiła i nieraz we mnie, uśmiech nie schodził mi z twarzy.

Stroje

Normalny człowiek ma prawo nie być skrępowany ekshibicjonistyczną modą, czy zachowaniem półnagich półnagich panów i prawie nagich pań. Jeśli natomiast obnaża się kogoś wbrew jego woli, to naraża się go na śmieszność i poniżenie. Jednocześnie za publiczne obnażanie się bierze się duże pieniądze i znajduje uznanie u określonej publiczności. Dziwny jest ten świat…

Sądy kapturowe polecam każdemu. Nieważne, czy jesteś osobą wierzącą czy niewierzącą. Zapewniam, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Ojciec Knabit wali z grubej rury, i nie owija  w bawełnę a co najważniejsze, za pomocą słowa strzela tak celnie jak sam Robin Hood i przy tym nie szczędzi nikogo. Książka otwiera oczy i wyzwala chęć do myślenia. Takim publikacjom mówię głośne TAK!

Polecam!

Wydawca: TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów

Ilość stron: 124

Data wydania: 2009

Moja ocena: 10/10