Archive for the ‘ Historyczne ’ Category

„Fatum” Piotr Rowicki

Piotr Rowicki to człowiek, który jest w stanie napisać chyba wszystko. Do tej pory czytałem zaledwie jedno opowiadanie kryminalne jego pióra, a ostatnio bliżej przyjrzałem się również i bajkom. Aż dziw bierze, że dwa tak różne bieguny jest w stanie połączyć postać jednego autora. „Fatum”, czyli najnowsza książką Pana Piotra, to zbiór opowiadań, których motywem przewodnim jest miasto, nie byle jakie zresztą i broń Boże przypadkowe, bo o samym Gdańsku mowa.

Na zbiór składa się 10 bardzo zróżnicowanych utworów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: kryminał, horror, groteska, humor… Niektórym z opowiadań trudno przypisać konkretny gatunek. Takie zróżnicowanie ma swoje zalety: dywersyfikacja poszerza grono potencjalnych czytelników. Ma to jednak i pewną wadę. Kiedy kończyłem jedno opowiadanie i zaczynałem kolejne, trudno było mi się przestawić na zupełnie inny gatunek literacki. Lekturze bardzo sprzyja czytanie „na raty”: śniadanko – opowiadanko – obiadek – opowiadanko – drzemka – opowiadanko…

Podczas czytanie, zupełnie ignorując nachalne gatunki literackie, na pierwszy plan wybija się wspomniany wcześniej Gdańsk. Rowicki przedstawia go czytelnikowi z kilku różnych perspektyw, posługując się kilkoma zupełnie od siebie różnymi warstwami społecznymi. Tak więc wcielimy się w postać pomocnika kucharza, by już kilka stron dalej oglądać tamtejszą rzeczywistość oczyma handlarza, próbującego zbić majątek na pomarańczach.

Po „Fatum” warto sięgnąć dla samego Gdańska. Opowiadania stanowią zaledwie środek, za pomocą którego Rowicki przedstawia czytelnikowi to historyczne miasto, wraz z jego zakamarkami i tajemnicami. Osobom zainteresowanym tym tematem, zbiór ten polecam bez wahania, obawiam się za to, że wielbicielom kryminałów w klasycznej formie, „Fatum” może nie podejść. Opowiadania są bardzo zróżnicowane i zaskakujące. Niektóre wręcz zostawiały mnie z rozdziawioną gębą („Czerwony kapturek” rządzi!). Jeżeli czujecie się na tyle elastyczni, by zagłębić się w mroczne zaułki „Wenecji Północy” i nie boicie się miszmaszu gatunkowego, to zbiór ten polecam.

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 230

Data wydania: sierpień 2011

Moja ocena: Gdańsk/10

Reklamy

„Fidelada” Krzysztof Mroziewicz

Z moich obserwacji wynika, że ogólna wiedza o Kubie w naszym społeczeństwie jest na podstawowym poziomie i opiera się w sporej mierze na założeniach i stereotypach. Powszechnie wiadomo, że Fidel Castro stworzył na pięknej wyspie represyjny reżim. Jak jednak do tego doszło? Czy komunizm w naturalny sposób przekształcił się w rządy despoty? Krzysztof Mroziewicz podjął się w „Fideladzie” odpowiedzi na te i wiele innych pytań. Stworzył przy tym lekturę niebanalną i niesłychanie kompleksową.

„Fidelada” dzieli się na dwie części fascynacje oraz irytacje. Pierwsza część ksiażki (fascynacje) po raz pierwszy została opublikowana w 1978 roku pod tytułem „Guantanamera. Korespondencja z Hawany”. Opowiada ona o pierwszym pobycie Mroziewicza na Kubie i ukazuje wyspę z punktu widzenia przeciętnego człowieka, któremu udało wyrwać się z socjalistycznej Polski, do jej „egzotycznego brata”. Podczas lektury Kuba rysuje się jako miejsce ciekawe i bardzo dobrze rokujące na przyszłość a przy tym pełne absurdów rodem z naszego ukochanego PRLu.

Ta optymistyczna wizja znika jednak zupełnie w drugiej części „Fidelady”. Podczas kolejnych wizyt w cukrowym Kuwejcie, Mroziewicz widzi Kubę już w zupełnie innym świetle. Kraj pogrążony jest w recesji, gospodarka w zasadzie leży, wartość importu kilkukrotnie przewyższa eksport. Rewolucja, która miała przynieść Kubie dostatek i triumf ustroju socjalistycznego doprowadziła do zapaści. Mroziewicz analizuje sytuację punkt po punkcie, po czym wyciąga wnioski i prognozuje przyszłość tej niewielkiej w sumie wyspie.

Z początku do książki trzeba się przyzwyczaić. To nie jest pozycja, w którą wchodzi się niczym do supermarketu i bierze co chce w biegu. Czytanie „Fidelady” przypomina raczej zakup ekskluzywnego auta z wypasionym wyposażeniem. Nie od razu można do niego wsiąść i wjechać nim na tor wyścigowy. Wymaga poznania, wyczucia i zgrania się, by można było śmigać nim swobodnie. Mroziewicz napisał książkę wyjątkową, zrobił to jednak według swoich reguł i albo się je zaakceptuje, albo się nie pojedzie. Zdania często są rozbudowane do niemożliwości, niektóre akapity czyta się nie wiedząc w zasadzie o czym są, by w ostatnim zdaniu dać się zaskoczyć banalnemu wyjaśnieniu, a pewna podstawowa znajomość historii jest bardzo wskazana, ponieważ autor w kilku miejscach pozwala sobie na pewne skróty myślowe.

Mimo tych małych zgrzytów udało mi się zżyć z „Fideladą”. Jest to książka wyjątkowa i wspaniała. Kilka rozdziałów czytałem po dwa razy jak choćby ten opowiadający o Hemingwayu. Reportażowo historyczny styl książki uzupełniają fantastyczne zdjęcia. Szkoda, że nie ma ich więcej. Najbardziej jednak brakuje mapy! Jest to szczególnie denerwujące, podczas czytania o przebiegu rewolucji i obaleniu Batisty. Siłą rzeczy musiałem sobie mapkę poszukać na internecie. Szkoda. Na końcu książki znalazłem za to rzecz wprost bezcenną: indeks osób. Dzięki niemu przydatność i wartość tej pozycji niepomiernie rośnie.

Mroziewicz stworzył książkę unikatową. Można by zaryzykować stwierdzenie, że „Fidelada” to kompendium wiedzy o Fidelu Castro. Autor przeanalizował rządy dyktatora z każdej możliwej strony i zrobił to w sposób ciekawy i z ikrą. Świetną treść uzupełnia piękne wydanie, bogate w zdjęcia i wydrukowane na kredowym papierze. Jeżeli chcesz wiedzieć kim naprawdę był Che Guewara, dlaczego Kubę nazywano cukrowym Kuwejtem, co na wyspie robili Hemingway, Llosa i Gabriel Garcia Marquez albo czym zajmują się Amerykanie w bazie Guantanamo, ta książka jest dla ciebie. Wszystkim ciekawym świata polecam gorąco i bez najmniejszego wahania! Mroziewicz pisał ją 35 lat, nie spodziewajcie się więc, że połkniecie ją w 1-2 wieczory.

Polecam gorąco!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 472

Data wydania: lipiec 2011

Moja ocena: 9/10

*Zdjęcia pochodzą ze strony wydawcy.

„Rekonkwista” Marcin Wolski

Jak bardzo tom drugi, może różnić się od poprzedniego? Na to ciekawe pytanie, prawdziwą odpowiedź daje dopiero Marcin Wolski w „Rekonkwiście”. Od „Psa w studni”, czyli pierwszej części przygód Alfredo Derossiego, zmienia się praktycznie wszystko. Czas, miejsce akcji, większość bohaterów, sposób w jaki toczy się akcja – mógłbym tak długo wymieniać. Miałem pewne obawy, czy tak mało wspólnych punktów, utrzyma obie części jako spójna całość. Okazuje się, że w Wolskiego nie wolno wątpić, jego trzeba po prostu czytać.

Pierwsza część przygód Alda, pozostawiła go, we współczesnych nam czasach, ze śmiertelnym tętniakiem. Okazało się, że romantyczne przygody w XVII wiecznej Rossetinie, były halucynacjami wywołanymi przez chorobę (lecz czy aby nie na odwrót?). W „Rekonkwiście” nasz bohater, spokojny i szczęśliwie żonaty, leży w szpitalu XXI wieku, by poddać się eksperymentalnej operacji, mającej na celu uratowanie jego gasnącego życia. Nieoczekiwanie budzi się jednak już nie jako Aldo Gurbiani, a jako swoje alter ego Alfredo Derossi zwany il Cane. W Rosettinie mijają 2 lata. Większość przekonana jest o śmierci il Cane. Książę Ippolito – władca mini państewka, kiedy tylko dociera do niego informacja o przedziwnym zmartwychwstaniu Derrosiego, wydaje rozkaz jego pojmania. Jednak ktoś znacznie ważniejszy i bardzo wpływowy, ma w stosunku do naszego bohatera całkiem inne plany.

Fabuła „Rekonkwisty” mnie zachwyciła. To, co najbardziej drażniło mnie w pierwszej części, czyli motyw średniowieczny, tym razem wypadło genialnie. Wolski podkręcił tempo, dopracował język i wyszedł z akcją w świat. Efekt jest więcej niż zadowalający. Książka przypomina przygody Indiany Jonesa połączone trochę z McGyverem. Tempo nie zwalnia ani na chwilę. Najbardziej jednak, podobały mi się częste i niespodziewane zwroty akcji: zdrada, pułapki, szpiedzy – to tylko kilka z niespodzianek. Dzięki temu od książki po prostu nie sposób się oderwać.

Tłem akcji tym razem jest XVII Francja i Nowy Świat, dopiero co odkryty przez białego człowieka. Realia epoki oddane są niesłychanie starannie. Alfredo często spotyka na swej drodze sławy tamtej epoki jak i postacie fikcyjne, występujące w literaturze traktującej o tamtych czasach, że wymienię tylko kardynała Richelieu czy d’Artagnana. Wolski stara się każde zdarzenie, jakie ma miejsce na kartach powieści, odnieść do prawdziwej historii. Spowodowało to, że kilka razy odrywałem się od książki, by poszperać na google w poszukiwaniu jakichś informacji. Wielkie brawa dla autora, za próbę uwiarygodnienia powieści. Swoją drogą, czy to wszystko co Wolski zawarł w „Rekonkwiście”, to na pewno fikcja?

Nie potrafię odegnać myśli o podobieństwie „Rekonkwisty” do sagi Pilipiuka „Oko Jelenia”. W obu przypadkach mamy podróż w czasie i przygody w bardzo zgrabnie zrekonstruowanej przeszłości. Trzeba jednak przyznać, że Wolski bije na głowę imć Pilipiuka na każdym polu. Język jest ciekawszy, fabuła błyskotliwa i pełna nagłych zmian tempa a fantastyczne elementy, które w „Oku Jelenia” budzą ironiczny uśmieszek, u Wolskiego wpasowują się gładko w treść i nie rażą sztucznością.

„Rekonkwista” to drugi tom trylogii „Pies w studni”. Tom na tyle dobry, że bez ociągania sięgnę po część trzecią. Wolski zmienił wszystko, co zgrzytało w części pierwszej i stworzył świetne przygodowe science – fiction. Powieść polecam każdemu, kto lubi zanurzyć się w świat muszkieterów, dzikich Indian, piratów, Azteków i nieznanych krain z wielką tajemnicą w tle. Książka jest świetna, błyskotliwie napisana i czyta się ją błyskawicznie.

Recenzję tomu I, „Pies w studni” znajdziecie tutaj.

Polecam!

Wydawca: Supernowa

Ilość stron: 321

Data wydania: 2001

Moja ocena: 9/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book.

„Przypadek Victora Frankensteina” Peter Ackroyd

Czy jest ktoś, kto nie zna Frankensteina? Klasyczna powieść Mary Shelley, doczekała się niedawno nowej, współczesnej wersji autorstwa Petera Ackroyda zatytułowanej Przypadek Victora Frankensteina. Nie ukrywam, że z wypiekami na twarzy, czekałem na tą książkę, określaną przez dziennik The Independent genialnym połączeniem horroru i science fiction. Czy ta literacka mikstura wypaliła na tyle, by stać się pogromczynią klasycznego Frankensteina?

Powieść napisana jest w pierwszej osobie. Narratorem jest główny bohater książki, Victor Frankenstein. Młody ambitny Szwajcar, postanawia udać się na studia, do renomowanej angielskiej uczelni w Oxfordzie. Poznaje tam Percy’ego Bysshe Shelley’a, który to staje się jego przyjacielem i zasiewa w Victorze ziarno ciekawości świata. Wtedy też Frankenstein zaczyna swoje badania nad elementem, który odpowiedzialny jest za energię życiową istot ludzkich. Dokonując kolejnych odkryć, dochodzi on do wniosku, że to fluid galwaniczny (prąd) jest owym tajemniczym czynnikiem. Na skutek przeprowadzonych na zmarłych eksperymentach, udaje mu się ożywić człowieka, jednak efekt tego działania, okazuje się nie do końca pokrywać z jego oczekiwaniami.

Byłem pewien, że Przypadek Victora Frankensteina będzie dokładnie tym, co sugerował uznany angielski dziennik, czyli powieścią science fiction z dreszczykiem. Nic jednak bardziej mylnego. W moich oczach książce tej bliżej do powieści historycznej niż do s-f, a grozy nie uświadczyłem tu w ogóle. Autor niestety na tym ostatnim polu, poległ sromotnie.

Akcja książki toczy się leniwie, i nawet w kulminacyjnych momentach nie chce, niestety, przyspieszyć. Powoduje to, że czyta się ją z pewną trudnością. Teoretycznie gwarantowane emocje, związane z ożywieniem przez Victora martwego ciała, również nie wywołały u mnie dreszczyku emocji. W decydujących momentach Ackroyd nie potrafił stworzyć atmosfery zagrożenia i zaszczucia. W mojej opinii, książka jako powieść akcji i grozy, po prostu nie spełnia pokładanych w niej oczekiwań. Krótko ujmując – często nudzi.

Nie oznacza to jednak, że Przypadek Victora Frankensteina to utwór, w którym nie można doszukać się mocnych stron. Wręcz przeciwnie! Peter Ackroyd znany jest jako znawca i krytyk literatury, a także jako pisarz, umiejętnie łączący faktografię z fikcją. Na tym właśnie opiera się największa siła książki. Jak już wspomniałem, książce blisko jest do powieści historycznej. Autor doskonale oddał realia tamtej epoki. Sam Londyn, opisany jest niesłychanie sugestywnie, z jego brudem, wąskimi uliczkami i biedą sąsiadującą z przepychem. Stanowi to niebywałą gratkę dla zainteresowanych początkami XIX wieku w Europie. Dodatkowo pisarz, uzupełnił tło powieści o postacie Percy’ego Bysshe Shelley’a i Lorda Byrona, czyli dwójki sławnych poetów tamtej epoki, zaprzyjaźnioną w powieści z Victorem. Dzięki temu, fabuła nabiera niebywałej wręcz autentyczności i głębi.

Wielkim kłopotem jest dla mnie sformułowanie trafnego podsumowania. Z jednej strony, książka nie nadaje się dla wielbicieli horrorów i fantastyki jakiejkolwiek – na tym polu, nie ma po prostu prawie nic do zaoferowania (sama akcja rozkręca się sensownie dopiero na ostatnich 100 stronach). Z drugiej strony, dla osób lubiących klimaty historyczne, szczególnie związane z XIX wiecznym Londynem, będzie bezcenna. Autor położył w niej nacisk, bardziej na kwestie rozwoju medycyny i nauki, stosunków społecznych i ogólnej sytuacji w Europie, niż na akcję. Czytelnikom zainteresowanym właśnie tymi tematami książkę polecam jako wartościową, reszta zaś może sobie – bez uczucia straty – lekturę tą po prostu podarować.

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 370

Data wydania: listopad 2010

Moja ocena: 5/10

„Gra w kości” Elżbieta Cherezińska

Znacie postać Bolesława I Chrobrego? Ok. Wiecie kiedy był zjazd gnieźnieński i o co w nim chodziło? Trudniej, ale nadal zapewne, udało wam się odpowiedzieć. Kojarzycie specyficzną włócznię, którą Bolesław trzyma na niżej załączonym rysunku? Czas na trudniejsze pytanie: skąd ta broń wzięła się w rękach pierwszego króla Polski? Część z was pomyślała zapewne nuda i właśnie, szczególnie, dla tych osób Gra w kości będzie strzałem w dziesiątkę!

Pani Elżbieta Cherezińska, tworząc tą powieść, wzięła na warsztat początkowy okres rządów, jednego z najwybitniejszych polskich władców, Bolesława Chrobrego. Jak sama zaznacza we wstępie, nie chciała spisywać pełnej historii życia Bolizlausa. W książce autorka skupiła się na, zaledwie, pięcioletnim jego fragmencie, by pozostawić sobie materiał na kolejne powieści. Przyznam, że nie mogę się  ich już doczekać.

Opisywany w Grzew kości okres, to lata 997 – 1002. Książka podzielona jest na krótkie rozdziały, ukazujące historię z dwóch przeciwstawnych punków widzenia: księcia Bolesława i cesarza Otto III-ego. Lektury szkolne, dzieła Sienkiewicza i tym podobne utwory, pełne były etosu, monumentalności, tak potrzebnej niegdyś, dla rozbudzania i podnoszenia naszego ducha narodowego. Nie przypominam sobie, by powstała książka, o podobnej tematyce, która jednak, ujmowałaby historię, z punktu widzenia współczesnego człowieka. W XXI wieku nie rządzi już nami zaborca, a polityka, ekonomia i uśmiechy do zachodu. Pani Elżbieta wychodząc z tego założenia, stworzyła Grę w kości. Nie znajdziecie w niej dużo walki, niezłomnych szlachciców i władców, o czystym niczym diament sercu. Będzie w wiele bardziej współcześnie. Posłowie, politycy, spiski, władza, korupcja, kobiety i pieniądze – oto czym rządziła się Europa u schyłku milenium. Czy czegoś wam to nie przypomina?

Książka napisana jest naprawdę fajnie. Od początku czyta się ją przyjemnie, acz nie można powiedzieć, by zapierała dech w piersi. Tempo powieści jest niespieszne, od czasu do czasu, poprzetykane drobnymi zrywami. Początek, mimo że ciekawy – średnio wciąga, za to, kiedy cała akcja (a wierzcie mi, że naprawdę wątków pobocznych, spisków i detali jest całe zatrzęsienie) wreszcie się zawiąże, trudno się od Gry w kości oderwać. Nie jestem pasjonatem historii, jednak fabularyzowana jej wersja, naprawdę do mnie przemówiła. Warto dodać, że autorka pisała książkę, pod ścisłym nadzorem profesora Przemysława Urbańczyka, która pilnował, by fakty historyczne, były zachowane w maksymalnym stopniu, jednak nie można do niej podchodzić jak do podręcznika – sporo elementów pozostało jednak fikcją literacką, a raczej próbą rekonstrukcji historii.

Tradycyjnie słów kilka o wydaniu. Będzie pochlebnie. Za 32,90,- dostajemy: miękką okładkę ze skrzydełkami, dwie kolorowe mapy, nadrukowane na jej wewnętrznych częściach, szkice m.in. grodu w Gnieźnie czy katedry poznańskiej (w sumie cztery), drzewa genealogiczne Dynastii Piastów i Liudolfingów i fajnie wystylizowany na stary pergamin, słowniczek pojęć łacińskich. Błędów i literówek praktycznie nie stwierdziłem. Moim zdaniem warto.

Gra w kości to ciekawa powieść historyczna, jednak nie dla każdego. Złaknieni akcji i sensacji czytelnicy, mogą poczuć się nią zmęczeni. Całej reszcie jednak, polecam gorącą najnowszą książki pani Elżbiety Cherezińskiej. Raz, że udało jej się stworzyć powieść, patrzącą na historię, oczyma współczesnego Polaka, a dwa, że nareszcie w mojej głowie, Bolesław Chrobry, z postaci z podręcznika, stał się charakternym, upartym i mądrym władcą, z własnym głosem, ruchami i… stylem.

Po skończonej lekturze, nasunęły mi się ciekawe, ale zarazem smutne refleksje. Dla każdego człowieka, piastującego państwowe stanowisko, powinna być to lektura obowiązkowa! Polska miała wtedy powera!

Polecam!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 406

Data wydania: 23 listopada 2010

Moja ocena: 8/10

„Co u pana słychać?” Krzysztof Kąkolewski

Bywa, że czasami nachodzi mnie ochota na literaturę traktującą o II wojnie światowej. Sięgam wtedy do różnorakich wydawnictw w poszukiwaniu perełki. Jakież było moje zaskoczenie, gdy natrafiłem na informację, że Zysk i S-ka wznawia książkę Krzysztofa Kąkolewskiego – znanego polskiego dziennikarza – o niejednoznacznym tytule „Co u pana słychać?”. Z miejsca zacząłem na nią polować i udało się! Teraz, po skończonej lekturze tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że autor zasługuje na wszystkie pochwały jakie o nim dotychczas słyszałem. Zacznijmy jednak od początku.

Przedstawiana książka po raz pierwszy wydana została w 1975 roku. Od tamtego czasu kolejne wznowienia były poszerzane i uzupełniane o kolejne elementy. „Co u pana słychać?” jest zapisem rozmów Kąkolewskiego z dziesięcioma byłymi nazistami, piastującymi wysokie stanowiska w szeregach III rzeszy. Wywiady te przeprowadzane były w latach 73-75 w Niemczech i USA. Autor włożył wiele wysiłku by dostać się do ludzi, którzy prowadzili spokojne nierzadko zamożne życie, w nowych powojennych realiach. W bezlitosny sposób, podstępnie konfrontuje ich obecną działalność, ze zbrodniami jakich dopuścili się w Polsce i innych krajach będących pod kontrolą hitlerowców, nieodzownie zadając pytanie: Co u pana słychać? Jak się pan miewa? Jak się pan obecnie czuje?

Książka łączy w sobie elementy dziennikarstwa śledczego i reportażu. Wpływa to pozytywnie na wrażenia płynące z lektury, urozmaicając ją. Prócz zapisów samych rozmów, znajdziemy tutaj relację z pikiety neonazistów, opisy niektórych aspektów sławnych Procesów Norymberskich czy fakty o genialnych nazistowskich naukowcach kontynuujących swoją pracę już po wojnie na terenie USA.

Merytorycznie książka chwilami mnie zaskakiwała. Oczekiwałem, że po tylu latach straciła ona nieco na swej aktualności a i przedstawione fakty nie będą w stanie głębiej mnie zszokować. Myliłem się. Krzysztof Kąkolewski, każdą teorię i każde pytanie zadane w rozmowach popiera dokumentem, fotokopią bądź zdjęciem, które są rzetelnie zamieszczane w książce. Mimo postawienia pod ścianą niektórzy rozmówcy zachowują pewną nonszalancję, co chyba uderzało mnie najbardziej. Polecam samemu przekonać się co miały do powiedzenia osoby odpowiedzialne między innymi za Generalplan Ost (przesiedlanie milionów Polaków), eksperymenty medyczne na więźniach obozu w Dachau czy za pacyfikację Powstania Warszawskiego czy śmierć czterech i pół miliona ludzi. Dodam tylko, że osoby te zostały niejednokrotnie oczyszczone z zarzutów przez sąd w Norymberdze, czy słusznie, tą ocenę pozostawiam już czytelnikom.

Nadszedł czas na podsumowanie. Trudno mi zachować obiektywizm w konfrontacji z „Co u pana słychać?”. Książka Kąkolewskiego poruszyła mnie głęboko i myślę, że każdy świadomy Polak przeżyje to samo. Nie trzeba być historykiem, ani znawcą tamtych wydarzeń, by dać się ponieść treści a w szczególności genialnemu ostatniemu rozdziałowi. Na pewno nie jest to lektura na jeden wieczór. Wymaga ciszy i skupienia by wczuć się w tą specyficzną atmosferę w której autor prowadzi rozmowy z osobami, odpowiedzialnymi za rzeczy tak straszne, że czasami robiące wrażenie nierealnych. Pozycję tę polecam każdemu. Mimo formy reportażu, momentami zapiera dech w piersi lepiej niż niejeden współczesny thriller.

Polecam!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 275

Data wydania: 2010

Moja ocena: 8/10

„Smakowanie raju. Wspomnienia świadka nieznanej egzekucji w lesie katyńskim” Icek Erlichson

Z reguły raczej unikam czytania książek – dokumentów, biografii i różnej maści literatury faktu. Moja ciekawość dotycząca wielu zagadnień niekoniecznie historycznych jest często tłumiona przez nieciekawą formę, język i monotonność takich pozycji. Zupełnie inaczej jest z książką I. Erlichsona.

Narracja prowadzona w pierwszej osobie od samego początku pozwala utożsamiać się z autorem. Przez cały czas obcowania z książką czułem jakbym znajdował się blisko opowiadanych wydarzeń. Autor prowadzi nas krok po kroku przez sowieckie realia, miasto po mieście, obóz po obozie, więzienie po więzieniu. Nie znajdziemy tutaj nadmuchanych ideałów czy propagandy a jedynie rzetelny przekaz perypetii młodego żyda rzuconego w nienormalny wręcz szalony świat Stalinowskiego reżimu.

Sama historia przekazywana jest w małych dawkach w postaci krótkich maksymalnie kilkustronicowych rozdziałów. Narósł we mnie syndrom „jeszcze jednego rozdziału” i do samego końca już nie puścił. Dałem się porwać zgrabnemu biegowi wydarzeń i wręcz przeżywałem chłód, głód i chorobę wraz z bohaterem.

Książka miejscami wstrząsa i na pewno zburzy w niejednym polskim sumieniu spokój. Nauczyliśmy się, że Polacy byli pokrzywdzeni przez wojnę na równi a może i bardziej nawet od żydów. Historia Erlichsona, może i nie zmieni tego uczucia, ale na pewno da do zastanowienia. Obraz Polaków w oczach żyda nie jest, poza kilkoma wyjątkami, pozytywny choć na pewno nie do końca obiektywny.

Jedyny niesmak wywołuje u mnie podtytuł. „Wspomnienia świadka nieznanej egzekucji w lesie katyńskim”, po przeczytaniu całości brzmi to dla mnie jak chwyt marketingowy. O samym Katyniu i zbrodniach tam dokonanych traktuje zaledwie kilka stron książki, dlatego ktoś kto ją nabędzie w celu odkrycia aspektów tej zbrodni będzie zawiedziony.

Kończąc polecam Smakowanie Raju, każdemu kto chce posmakować piekła. Przewrotny tytuł, już w trakcie czytania nabiera niemal fizycznie odczuwalnego znaczenia. Historia wciąga totalnie i nie pozwala się od niej oderwać. Gwarantuję, że zainteresuje każdego kto da jej szansę. Ciekawa forma, brak przypisów, wstawek historycznych, przynudzania… To się naprawdę dobrze czyta.

Wydawca: Rebis

Ilość stron: 240

Data wydania: kwiecień 2010

Moja ocena: 9/10