Archive for the ‘ Horror ’ Category

„Fatum” Piotr Rowicki

Piotr Rowicki to człowiek, który jest w stanie napisać chyba wszystko. Do tej pory czytałem zaledwie jedno opowiadanie kryminalne jego pióra, a ostatnio bliżej przyjrzałem się również i bajkom. Aż dziw bierze, że dwa tak różne bieguny jest w stanie połączyć postać jednego autora. „Fatum”, czyli najnowsza książką Pana Piotra, to zbiór opowiadań, których motywem przewodnim jest miasto, nie byle jakie zresztą i broń Boże przypadkowe, bo o samym Gdańsku mowa.

Na zbiór składa się 10 bardzo zróżnicowanych utworów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: kryminał, horror, groteska, humor… Niektórym z opowiadań trudno przypisać konkretny gatunek. Takie zróżnicowanie ma swoje zalety: dywersyfikacja poszerza grono potencjalnych czytelników. Ma to jednak i pewną wadę. Kiedy kończyłem jedno opowiadanie i zaczynałem kolejne, trudno było mi się przestawić na zupełnie inny gatunek literacki. Lekturze bardzo sprzyja czytanie „na raty”: śniadanko – opowiadanko – obiadek – opowiadanko – drzemka – opowiadanko…

Podczas czytanie, zupełnie ignorując nachalne gatunki literackie, na pierwszy plan wybija się wspomniany wcześniej Gdańsk. Rowicki przedstawia go czytelnikowi z kilku różnych perspektyw, posługując się kilkoma zupełnie od siebie różnymi warstwami społecznymi. Tak więc wcielimy się w postać pomocnika kucharza, by już kilka stron dalej oglądać tamtejszą rzeczywistość oczyma handlarza, próbującego zbić majątek na pomarańczach.

Po „Fatum” warto sięgnąć dla samego Gdańska. Opowiadania stanowią zaledwie środek, za pomocą którego Rowicki przedstawia czytelnikowi to historyczne miasto, wraz z jego zakamarkami i tajemnicami. Osobom zainteresowanym tym tematem, zbiór ten polecam bez wahania, obawiam się za to, że wielbicielom kryminałów w klasycznej formie, „Fatum” może nie podejść. Opowiadania są bardzo zróżnicowane i zaskakujące. Niektóre wręcz zostawiały mnie z rozdziawioną gębą („Czerwony kapturek” rządzi!). Jeżeli czujecie się na tyle elastyczni, by zagłębić się w mroczne zaułki „Wenecji Północy” i nie boicie się miszmaszu gatunkowego, to zbiór ten polecam.

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 230

Data wydania: sierpień 2011

Moja ocena: Gdańsk/10

Reklamy

„Las Zębów i Rąk” Carrie Ryan

Biorąc do rąk Las Zębów i Rąk, nastawiłem się na prze­czytanie jakiegoś roman­sidła, gdzie wil­kołak ugania się za zgrabną pupą panny wam­pir, która to pragnie wiel­kiego umięśnionego gór­skiego trolla i nie zdaje sobie sprawy, że w głębi duszy kocha zwykłego nastolet­niego chłopaka (w rzeczywisto­ści wam­pirka). Jakież było moje zdumienie, kiedy mimo wszel­kich prze­słanek sugerujących tematykę pokrewną do wyżej opisanej, debiutancka powieść Car­rie Ryan okazała się być czymś zupeł­nie innym.

Mary jest młodą dziew­czyną, żyjącą w cięż­kich czasach. Mieszka w wiosce otoczonej gęstą siatką w środku lasu. Z każ­dej strony na ogrodzenie napierają zom­bie zwani Nie­uświęconymi. Pragną oni ponad wszystko ludz­kiego mięsa. Ich ugryzienie zatruwa organizm, prze­mieniając ofiarę w kolej­nego nie­umar­łego. Władzę nad nie­liczną spo­łecz­no­ścią sprawuje tajem­niczy zakon Sióstr. Jak doszło do tego, że świat tak wygląda? Skąd wzięli się Nie­uświęceni? Kto otoczył siatką wioskę? Pytań jest wiele, odpowiedzi dużo mniej.

Las Zębów i Rąk to połączenie dwóch fil­mów: Osady i 28 dni póź­niej. Na tym w zasadzie mógł­bym zakoń­czyć całą recen­zję. Pani Ryan poszła utar­tym postapokalip­tycz­nym śladem, tworząc powieść posklejaną z kilku dobrych pomysłów. Wyalienowana wioska w lesie, absolutny zakaz jej opusz­czania, wokół pełno nie­ustępliwych nie­umar­łych, ciągłe życie w strachu i miłość… Każdy chyba chociaż raz czytał lub widział coś podob­nego. Jak się jed­nak okazuje, nawet cał­kowity brak jakiej­kol­wiek świeżej myśli wcale książki nie przekreśla.

Zanim zacznę chwalić, jesz­cze pomarudzę. O ile jesz­cze wtór­ność jakoś prze­łknąłem, o tyle już brak logiki wywołuje ostry ból zębów. Nie­uświęceni to bez­myślne zom­bie, które napierają na każdą prze­szkodę, by tylko dorwać żywych ludzi. W pew­nym momen­cie, po kilku(nastu) tygo­dniach napierania wyważają grube drew­niane drzwi… a stalowej siatki przez kilka pokoleń nie dały rady sfor­sować. Scenę póź­niej zom­biaki atakują strych. Tak długo zapeł­niają pokój pod spodem, aż siłą wyporu nisz­czą wykonaną z drewna pod­łogę strychu. Po raz kolejny: płotu sfor­sować nie dało rady… Nie­stety w książce takich „roz­wiązań” jest więcej.

Cóż jed­nak z tego, że powieść jest zaburaczona jak ruskie pastwisko, skoro czyta się ją jed­nym tchem. Car­rie Ryan udało się prze­mielić stare utarte schematy i ulepić z nich pysz­nego i soczystego bur­gera. Las Zębów i Rąk pochłania się „na raz”, jed­nym szyb­kim kłap­nięciem. Tempo czytania powoduje, że śmier­dzące naf­taliną pomysły i idiotyczne nie­logicz­no­ści po prostu mija się niczym roz­jechanego jeża na autostradzie. Kto by patrzył na truchło, kiedy się pędzi świetną bryką po gład­kiej jak stół drodze, prawda?

Taki właśnie jest Las Zębów i Rąk: prosty i bez­problemowy. Wchodzi gładko, koń­czy się szybko i… tyle. Powieść jest I. tomem trylogii i jako taki, wprowadza cał­kiem udanie w realia świata przed­stawionego, ale nie stanowi dla czytel­nika więk­szego wyzwania. Tajem­nice są łatwe do roz­szyfrowania, a intryga general­nie nie zaskakuje. Książkę polecam jako idealną lek­turę do samolotu, pociągu czy innego środka trans­portu. Skutecz­nie skróci czas wakacyj­nych podróży, a jed­nocześnie nie wymaga więk­szego skupienia pod­czas czytania. Ot, świet­nie napisane, oklepane jak plecy Małysza czytadło.

Umiar­kowanie polecam!

Wydawca: Papierowy Księżyc

Ilość stron: 350

Data wydania: kwiecień 2011

Moja ocena: 7/10

Recenzja napisana dla portalu bookznami.pl. Zapraszam i polecam;)

„Ponury Piaskun” Richard Kadrey

Od czasu do czasu, mam ochotę na książkę prostą. Książkę, której fabuła nie skłania do myślenia, a główny bohater jest przewidywalny i brnie do celu z subtelnością buldożera. Czasami mam w dupie ambicję, wysublimowany język i głębokie przesłania. Macie ochotę na ostrą jazdę, przy której filmy ze Stevenem Seagalem to dobranocki, a pieprzony Rambo to cienias niewart kopa w dupę? Tak? Zatem to z myślą o was Richard Kadrey napisał „Ponurego Piaskuna”.

Głównym bohaterem powieści jest twardziel i zabijaka Stark. Poznajemy go w momencie, kiedy udaje mu się uciec z piekła, po jedenastoletnim, pełnym emocji, pobycie. Jest wyjątkowo wkurzony, i bardzo determinowany by dorwać ludzi, którzy wysłali go żywcem w miejsce wiecznego potępienia. Ląduje w Los Angeles i zaczyna się jedna wielka jatka, która trwa nieustannie aż do ostatnich stron. Jest ostro, mocno i bez szacunku do czegokolwiek. Jest dobrze.

Stark to postać groteskowa, ale jednak wzbudzająca pewną sympatię. Jest szorstki, klnie, pije, pali i bez skrupułów ucieka się do przemocy fizycznej – po prostu nie sposób go nie lubić. Jego motto brzmi: „jeżeli nie można czegoś obejść, należy to rozwalić, wysadzić lub spalić”. Jest swego rodzaju mrocznym mścicielem, jednak stopniem zdegenerowania wymyka się jakimkolwiek porównaniom. Kadrey stworzył postać, która wyrazistością potrafi przyćmić rozbłysk po wybuchu atomowym. Zresztą zniszczenia w obu przypadkach są porównywalne.

Nie sposób nie wspomnieć o scenie, po które porusza się i którą dzielnie niszczy Stark. Los Angeles Kadrey’a, to miejsce brudne zarówno dosłownie jak i w sferze moralnej. Ludzie, to zaledwie robaki, krążące po ulicach z błogą nieświadomością. Infernale (diabły) i anioły toczą odwieczną rywalizację, której też daleko jest do miana fair play. W całym tym burdelu pojawia się nasz tytułowy Piaskun (Stark) i… mnoży go z niebywałą skutecznością. Zarówno miasto jak i obraz piekła, stworzone są z wielką starannością. Wyobraźnia, za sprawą prostego języka zastosowanego w powieści, sprawnie i niepostrzeżenie tworzy mroczny obraz owych miejsc.

Po tych wszystkich pochwałach, wypada mi jednak ostrzec co wrażliwszych czytelników. Ucinane głowy, wystrzały ze śrutówki urywające części ciała, czy pojedynki na noże, to tylko kilka z akcji, na które natkniemy się podczas czytania „Piaskuna”. Dochodzi do tego kalanie wszelkiej znanej świętości jak Bóg i anioły. Klimat powieści przypominał mi momentami filmy Rodrigueza, w których także mamy nieustanną jazdę bez trzymanki.

„Ponury Piaskun” to książka bardzo „brudna”, stąd wiem, że nie przebije się do kanonu literatury i w sumie słusznie. Jest to po prostu świetnie napisana jazda na maksa, bez hamulców. Akcja nie zatrzymuje się ani na sekundę, a fabuła galopuje i tratuje wszystko co napotka na drodze. Nie ma tu miejsca na ambitne przesłania, czy głębsze przemyślenia. Jest głośno, ostro i bezkompromisowo – byle do przodu. Do książki należy podejść z odpowiednim dystansem, wtedy będzie ona świetną lekturą. Polecam gorąco dorosłym czytelnikom szukającym bezmyślnej odskoczni. Idealna książka, do czytania po ciężkim dniu, kiedy masz wrażenie, jakby ludzie powypadali diabłu z dupy.

Polecam!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 382

Data wydania: luty 2011

Moja ocena: 8/10

„Efemeryda” Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz Jr

Każdy większość z was wie jak wygląda lot samolotem. Najpierw pilot włącza silniki i przyspiesza, następnie wzbija się w powietrze i pnie aż do osiągnięcia pewnego pułapu. Po pewnym okresie lotu, maszyna zwalnia lekko i zmniejszać odległość od ziemi, po czym zaczyna szybciej opadać i następuje lądowanie z lekkim szarpnięciem. Najnowsza książka duetu Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz – „Efemeryda”, jest idealną metaforą typowego podniebnego rejsu. Niestety wrażenia z miłego startu i spokojnej podróży, psuje niepotrzebna pętla przed lądowaniem i ostre szarpnięcie przy siadaniu na płytę lotniska.

Odpalamy silniki.

Kapitan Artur Gałecki to pilot, pracujący w nienazwanych liniach lotniczych. Najczęściej zasiada za sterami wielki maszyn rejsowych typu Boeing 737. Poznajemy go, kiedy zmęczony po locie wsiada do taksówki, z zamiarem łyknięcia zimnego piwka zaraz po dotarciu do domu. Już w taksówce zaczyna odczuwać jednak pewien dyskomfort psychiczny, zwala to jednak na karb panujących upałów i wszechobecnej duchoty. Kiedy po powrocie do domu odkrywa, że ktoś przewiesił jego obrazki i poprzestawiał meble, dyskomfort zmienia się w niepokój, który szybko staje się lękiem.

Przyspieszenie. Koła delikatnie odrywają się od betonowego podłoża.

Rozwinięcie powieści przebiega gładko. Ze strony na stronę dawałem się wciągać w stopniowo gęstniejący klimat niesamowitości. Artur jako twardy i trzeźwo myślący facet robi solidne wrażenie. Wpływa ono wprost na emocje jakie czytelnik zaczyna odczuwać podczas czytania. Jeżeli zdrowy mężczyzna w kwiecie wieku, twardo stąpający po ziemi, zaczyna ulegać panice i mięknąć, to sprawa jest poważna. Dochodzą do tego upały i duchota, zdające się wysysać z Gałeckiego ostatnie siły. Klimacik to wielka siła „Efemerydy”.

Osiągamy pułap i prędkość rejsową.

Powieść rozpoczyna się jak dobry horror i tak też toczy się dalej. Najbliżej jej moim zdaniem do Mastertona, czy niektórych książek Kinga. Uczucie zaszczucia rośnie powoli, a nieznane zło zagęszcza się wokół Artura, wyciągając powoli w jego kierunku oślizgłe macki. Stan ten trwa gdzieś do 180 strony. Dawałem się ponosić wyobraźni i chłonąłem rozwijającą się fabułę, oczekując trzęsienia ziemi, czegoś co wbije mnie w fotel głębiej. Chciałem, żeby autor mnie zaskoczył i udowodnił mi, że się mylę, że dałem się nabrać. Tymczasem…

Podchodzimy do lądowania. Krążymy nad lotniskiem. Wreszcie pilot brutalnie sadza maszynę na ziemi. Braw nie słychać.

Końcówka psuje niestety cały pozytywny obraz, jaki zdążyłem sobie wyrobić podczas czytania. Należy podziwiać wyobraźnię, z jaką autorzy stworzyli tak groteskową i sugestywną scenerię. Cóż z tego jednak, skoro nijak nie pasuje mi to do reszty powieści. Klimat tak misternie tkany, rozwiewa się bardzo szybko. Autorzy przekroczyli pewne granice i trudno mi zrozumieć ten zabieg. Nie można co prawda zarzucić książce, że zakończenie jest oklepane, czy przewidywalne, bo nie jest. Jest za to absurdalne i niesatysfakcjonujące do tego stopnia, że lepiej chyba, by pozostało bardziej schematyczne, ale za to klimatyczne.

Wysiadamy.

„Efemeryda” to książka nierówna. Początkowo zapowiada się świetnie, rozwija się jeszcze lepiej, by na końcu zawieść. Eksperyment panów Cichowlasa i Kyrcza nie do końca wypalił. Początkowo myślałem, że mam do czynienia z typowym horrorem, później pomyślałem, że to może coś w stylu filmów gore, czy slasher. W końcowym rozrachunku wyszła z tego niestety jakaś dziwna hybryda, z przekombinowanym zakończeniem. Książka jest ładnie wydana, ma fajną okładkę i niezłą cenę. Polecam ją osobom lubiącym groteskowe klimaty i horrory klasy B – koniecznie w tym zestawieniu.

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 272

Data wydania: luty 2011

Moja ocena: 6/10

„Dżozef” Jakub Małecki

Mamy dopiero styczeń, a ja już mam kandydata na moją książkę roku. Mocno zacząłem? Nie, to nie ja. Mocno pojechał Mełecki pisząc „Dżozefa”.

Przyznam szczerze, że na książkę zwróciłem uwagę za sprawą świetnej okładki. Jakub Małecki to pisarz dotąd bliżej mi nie znany. Pierwotnie chciałem poznać się z tym panem przy okazji „Zaksięgowanych” jednak okładkowa, drewnopodobna koza podbiła moje serce.  Z czasem okazało się, że nie ona jedna.

„Dżozef”  opowiada o perypetiach pewnego dwudziestotrzylatka Grziesio Bednara, ksywa Grzechu. Dostaje się on na oddział laryngologiczny miejscowego szpitala w celu zoperowania złamanego nosa. Na sali poznaje Kurza i Marudę. Z czasem dołącza do nich pan Stasiu (Czwarty) – nieco dziwna postać. Czwarty pewnego dnia w gorączce zaczyna snuć opowieść, która niespodziewanie przykuwa uwagę kolegów z sali. W sumie nie było by w tym wszystkim nic dziwnego, gdyby nie znikające drzwi, Joseph Conrad (stąd tytuł powieści jak mniemam) oraz pewien wyjątkowo wredny Kozioł Drewniak.

Celowo zarysowałem fabułę tak lakonicznie. Sam zabierałem się za książkę zupełnie nic o niej nie wiedząc i pozwoliłem się zaskoczyć. Jest to najlepsza droga do poznania „Dżozefa”, który zaczyna się jak powieść dresiarska, szybko jednak ewoluując w coś znacznie bardziej skomplikowanego. Horror, dramat czy nutka fantastyki – książkę naprawdę trudno sklasyfikować. Paradoksalnie owo zróżnicowanie idealnie zagrało, ale o tym za chwilę.

Książka napisana jest prostym, acz nie prostackim językiem. Celowo podkreślam ten fakt, ponieważ szufladkowanie jej w kategorii powieści dresiarskiej, może nasunąć wam błędne przypuszczenia. Nie brakuje w niej określeń typowych dla naszych rodzimy „dresów”, jednak stanowią one zaledwie tło, które kontrastuje ze zdarzeniami pierwszego planu. Zabieg taki sprawdził się rewelacyjnie. Blokowy slang w połączeniu z wtrąceniami z Conrada, aż zgrzyta w bezpośrednim połączeniu, jednak o dziwo nie razi.

„Dżozefa” czyta się błyskawicznie. Akcja pędzi do przodu i nie zwalnia. Zagadnienie dłużyzny w niej po prostu nie występuje. Uczucie zagrożenia wzrasta z każdą stroną i to zarówno w sali szpitalnej, jak i w opowieści snutej przez Czwartego. Jednak sam suspens to nie wszystko. W kilku miejscach w książce uśmiałem się do łez, w innych znowu wzruszyłem. Trudno mi oddać to wrażenie, jakie udaje się Małeckiemu wywrzeć na czytelniku, o tym po prostu musicie przekonać się sami.

Prawdziwymi perełkami „Dżozefa” są jednak jego bohaterowie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio targały mną takie emocje związane z fikcyjnymi postaciami. Grzechu stał się praktycznie moim ziomkiem – kibicowałem mu z zapartym tchem i trzymałbym za niego kciuki, gdybym nie musiał trzymać książki. Z Kurzem, gdyby tylko się dało, od ręki poszedłbym na bronka, a Drewniak… tak, to już po prostu czysta nienawiść. Jednak czy tak do końca? O postaciach drugoplanowych nie będę pisał. Zaznaczę tylko, że są równie wyraziste i ludzkie jak reszta.

Najlepsze zostawiłem jednak na koniec. Moim zdaniem, „Dżozef’ to książka, która ma w sobie moc. Kiedy zbliżałem się do końca, błagałem w myślach, żeby autor zamknął i podsumował całość. Na szczęście tak też się stało. Mimo, że powierzchownie rozwiązania proponowane przez autora wydają się być mocno naciągane, to trafiają mocno i celnie. Książka jest po prostu wbetonowana w naszą polską rzeczywistość i tym wygrywa. Blokowisko, dresiarze, brak perspektyw i pracy, na pierwszy rzut oka gorzej być nie może. Jednak czy aby na pewno?

Najnowsze dzieło Małeckiego można traktować dosłownie. Wtedy rzeczywiście będzie ono bardzo dobrą powieścią dresiarską z nutką realizmu magicznego. Ja jednak proponuję pogrzebać w niej trochę, doszukać się porównań i przenośni od których „Dżozef” aż pęka. Błyskotliwa historia, genialne postacie, rewelacyjny język i kipiące emocje. Dla mnie ideał. Polecam ją wszystkim. Dziewczyny – dajcie ją swoim facetom, ta książka potrafi wywrócić kopułę do góry nogami, a typowo dresiarki początek wciągnie ich zupełnie niepostrzeżenie w cholernie dobrą opowieść, w której rządzi wredny Drewniak.

Książkę polecam słowami Grzecha: „normalnie MA-SA-KRA!”

Wydawca: WAB

Ilość stron: 378

Data wydania: styczeń 2011

Moja ocena: 10/10

„Ostatni rejs Fevre Dream” George R. R. Martin

George R. R. Martin zasłynął na świecie, dzięki swojej epickiej sadze „Pieśń Losu i Ognia”. Zdaniem wielu krytyków, odkrył on tym samym na nowo przed czytelnikami, nurt tradycyjnej fantasy w literaturze. Ostatnio dane było mi zapoznać się z jego najnowszą książką „Wyprawa łowcy”, napisaną wraz z G. Dozoisem i D. Abrahamem. Była to typowa powiastka science fiction, która jednak nie wyróżniała się niczym szczególnym, spośród innych pozycji dostępnych na rynku. Dzisiaj zajmiemy się jednak jedynym horrorem, który wyszedł spod pióra pisarza, zatytułowanym „Ostatni rejs Fevre Dream”.

Powieść ta opowiada losy pewnego twardego kapitana żeglugi rzecznej Abnera Marsha. Pewnego dnia nasz bohater, bliski bankructwa, spotyka się z tajemniczym człowiekiem imieniem Joshua York. Okazuje się on arystokratą i bogaczem, który chce zainwestować swój majątek w budowę wielkiego parowca i wybrał Abnera, by to on pokierował tą jednostką. Z początku lukratywna oferta objawia się kapitanowi jako ziszczenie jego najskrytszych marzeń, jednak z czasem pan York wraz z jego towarzyszami, zaczyna wzbudzać w załodze coraz większy niepokój. Opuszcza on swoje kajuty jedynie po zmierzchu a posiłki spożywa w nocy. W spojrzeniu jego zaś tkwi jakaś dziwna nieokreślona głębia…

Jak łatwo domyślić się z powyższego opisu, „Ostatni rejs Fevre Dream” opowiada o losach wampirów, które wypłynęły parowcem, dowodzonym przez doświadczonego kapitana w daleki rejs po rzece, aż do Nowego Orleanu. Mimo, że opis ten może wydawać się błahy i oklepany, akcja książki wciąga szybko i nader skutecznie. Mimo niespiesznego rozwoju fabuły urzekł mnie przede wszystkim klimat i barwne, wręcz soczyste, opisy. Początkowo sztampowa historia szybko zaczyna się rozwarstwiać i zagęszczać a wampiry przedstawiane są w zgoła odmiennym, od przyjętych standardów, świetle.

W połowie lektury zorientowałem się w czym tkwi tak wielka siła przyciągania książki. Autor nie szczędził wysiłku by stworzyć oryginalne postacie występujące w „Ostatnim rejsie Fevre Dream”. Są one po prostu niebanalne, każda z nich jest charakterystyczna, posiada swój wachlarz ruchów i zachowań. Efekt tych zabiegów jest taki, że czytelnik jest w stanie przewidywać kolejne posunięcia poszczególnych bohaterów powieści. Z możliwości tej płynie sporo radości. Książka przyciąga przez to nie tylko zgrabną i komplikującą się fabułą, ale i satysfakcją jaką daje śledzenie ewolucji i poczynań postaci takich jak Abner Marsh, Joshua York czy Damon Julian.

Tradycyjnie dodam jeszcze kilka słów o stronie wizualnej książki. Za „Ostatni rejs Fevre Dream” przyjdzie zapłacić nam 35 zł 90 gr. W zamian dostajemy stosunkowo solidną, miekką okładkę ze skrzydełkami i 586 estetycznie zadrukowanych stron na papierze dobrej jakości. Samo lepienie jest na tyle trwałe, że nie udało mi się złamać grzbietu – za to kolejny plus. Kilka słów uznania należy się także tłumaczowi Robertowi P. Lipskiemu. Przekład jest na tyle dobry, ze nie raził mnie nigdzie sztucznością, a plastyczność opisów momentami zapierała dech w piersiach. Literówek ani błędów również nie stwierdziłem.

„Ostatni rejs Fevre Dream” nie jest typowym horrorem. Jest to raczej powieść przygodowo – fantastyczna z lekkim dreszczykiem. Nie brakuje w niej co prawda drastycznych i krwawych momentów, jednak nie są one celem samym w sobie dla autora. Plastyczne i sugestywne opisy brnącego przez nurt rzeczny parowca, pobudzają wyobraźnię, jednak uczucie niepokoju będzie towarzyszyć wam nawet w najjaśniejszy dzień. Dzięki temu klimatowi i starannie przemyślanym bohaterom, książkę czyta się gładko i niesłychanie przyjemnie.

Po lekkim zawodzie jaki sprawiła mi książka „Wyprawa łowcy”, tym razem jestem w pełni zadowolony z tego co George Martin zafundował swoim czytelnikom w „Ostatnim rejsie Fevre Dream”. Ciekawa, wielowarstwowa i wciągająca fabuła, nieszablonowi bohaterowie i estetyczne wydanie – czy można chcieć czegoś więcej? Polecam każdemu spragnionemu czegoś ambitniejszego niż tylko romansidła z wampirami, które to ostatnio zalewają rynek. Tutaj dzieci nocy nie są sexy i nie zakochują się namiętnie w każdej nastolatce…

Polecam!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 586

Data wydania: 2010

Moja ocena: 9/10