Archive for the ‘ Humor ’ Category

„Dożywocie” Marta Kisiel

Są takie książki, których nie potrafię zrecenzować. Jedyne co mi pozostaje, to o nich napisać. Dzisiaj przyjdzie zmierzyć mi się z czymś, co z racji tego czym jest, wymyka się mojej krytyce. Nie będzie literacko, nie będzie nawiązań do romantyzmu, nie będzie nawet analizy. Co będzie? Będą emocje!

„Dożywocie” jest świetne! Nie, to określenie jest zbyt trywialne. Nie pasuje mi tu też słowo genialna, odkrywcza, błyskotliwa, ciekawa, wciągająca, prześmieszna, zabawna, fajna, pomysłowa, ani żadne inne. Jako wielbiciel Warcrafta zacytuję więc Trolla Jeźdźca Nietoperza: „Nanananananananana ha! Ja!”. Te wyrażenie wydaje się być adekwatne do tego co czuję po lekturze „Dożywocia”. O!

Kiedy otworzyłem książkę i zacząłem czytać, miałem wrażenie, jakby wyskoczyła z niej wielka łapa i ryknęła: „Siemano! Piątala przybij!”. Cóż więc miałem zrobić? Przybiłem, przeczytałem i pokochałem. Wypadałoby w tym miejscu napisać, co tak właściwie pokochałem. No! W pierwszej kolejności bez wątpienia zauroczył mnie język, taaak. Szanowna Pani Autorka (SPA?!) posługiwuje się nim, jak niczym mieczem – nie, miecz bywa przyciężkawy, wróć – szermierkuje nim jak niczym szpadą. Bywa on ostry (o języku mowa… pisanym), czasami leniwy, kreśli przed gałkami czytelnika ósemki, zwodzi, uspokaja, by nagle zniespodziewaka – bach! – piknąć w serducho. Za to kocham „Dożywocie”.

Postacie bohaterów są. I to jakie są! Są…„Nanananananananana ha! Ja!”. O! Czyli są lepsze niż fajne. O Lichu się nie wypowiem, bo dla onego trza by stworzyć osobną klasę, ponieważ w dotychczas znanych się nie mieści. Krakers zachwyca głębią swego charakteru i wydaje się być paralelny (mniam! Wszyscy razem na głos 3 razy!) do prostaka Krakena, jednak moim zdaniem to oszczerstwo. Któż tam jeszcze, Szczęsny jako zakała rodziny w najlepszym wydaniu, Rudolf Valentino jako idealny antybohater czy sam osobisty Konrad, którego powinności stoją często w sporze z pragnieniami. Owa biegunowość: obowiązku i wolności, ukazuje uniwersalny i ponadczasowy problem samostanowienia… dobra! Konrad tez jest „ha! Ja!”.

Wielowątkowej fabuły nie ma, za to jest „ha! Ja!” (czyli lepszy niż fajny) wątek główny, a dokładniej rzecz biorąc wątków tych jest pięć (nawiązanie do piontala z początku było niezamierzone), bo z tylu opowiadań składa się „Dożywocie”. Co jeszcze o fabule? Opowiadane historie szczególnie powinny przypaść do gustu wielbicielom sagi Tłajlajt, po naszemu zwanej Zmieszhem. Analogicznie w obu mamy aniołka w bamboszkach, kicające zajączki i metroseksualnego faceta broniącego wspomnianych wcześniej przed lewacko prawicującymi moherami. Dobra!

Podsumowanie:

Wysilam się pewnie bezsensu, bo i tak pewnie wszyscy już książkę czytali. Nie może jednak być, żeby na tak amatorskim blogu jak ten, recenzji „Dożywocia” nie było. To teraz jest. Amen!

Dla opornych na przesłania podprogowe: Książka jest świetna, bohaterowie wymiatają a historie są prześmieszne! Czytać!

PS. Recenzja pisana na sporej dawce teiny i kofeiny.

PS2. Sukcesem jest brak „A psik-ów!” w tekście. Kusiło!

Wydawca: Fabryka Słów

Ilość stron: za mało (376)

Data wydania: listopad 2010

Moja ocena: Nanananananananana ha! Ja!

Reklamy

„Fatum” Piotr Rowicki

Piotr Rowicki to człowiek, który jest w stanie napisać chyba wszystko. Do tej pory czytałem zaledwie jedno opowiadanie kryminalne jego pióra, a ostatnio bliżej przyjrzałem się również i bajkom. Aż dziw bierze, że dwa tak różne bieguny jest w stanie połączyć postać jednego autora. „Fatum”, czyli najnowsza książką Pana Piotra, to zbiór opowiadań, których motywem przewodnim jest miasto, nie byle jakie zresztą i broń Boże przypadkowe, bo o samym Gdańsku mowa.

Na zbiór składa się 10 bardzo zróżnicowanych utworów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: kryminał, horror, groteska, humor… Niektórym z opowiadań trudno przypisać konkretny gatunek. Takie zróżnicowanie ma swoje zalety: dywersyfikacja poszerza grono potencjalnych czytelników. Ma to jednak i pewną wadę. Kiedy kończyłem jedno opowiadanie i zaczynałem kolejne, trudno było mi się przestawić na zupełnie inny gatunek literacki. Lekturze bardzo sprzyja czytanie „na raty”: śniadanko – opowiadanko – obiadek – opowiadanko – drzemka – opowiadanko…

Podczas czytanie, zupełnie ignorując nachalne gatunki literackie, na pierwszy plan wybija się wspomniany wcześniej Gdańsk. Rowicki przedstawia go czytelnikowi z kilku różnych perspektyw, posługując się kilkoma zupełnie od siebie różnymi warstwami społecznymi. Tak więc wcielimy się w postać pomocnika kucharza, by już kilka stron dalej oglądać tamtejszą rzeczywistość oczyma handlarza, próbującego zbić majątek na pomarańczach.

Po „Fatum” warto sięgnąć dla samego Gdańska. Opowiadania stanowią zaledwie środek, za pomocą którego Rowicki przedstawia czytelnikowi to historyczne miasto, wraz z jego zakamarkami i tajemnicami. Osobom zainteresowanym tym tematem, zbiór ten polecam bez wahania, obawiam się za to, że wielbicielom kryminałów w klasycznej formie, „Fatum” może nie podejść. Opowiadania są bardzo zróżnicowane i zaskakujące. Niektóre wręcz zostawiały mnie z rozdziawioną gębą („Czerwony kapturek” rządzi!). Jeżeli czujecie się na tyle elastyczni, by zagłębić się w mroczne zaułki „Wenecji Północy” i nie boicie się miszmaszu gatunkowego, to zbiór ten polecam.

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 230

Data wydania: sierpień 2011

Moja ocena: Gdańsk/10

„Za dużo wina Toskanii” Dario Castagno

Wiosną na dworze można często zaobserwować tajemnicze kuleczki puchu unoszące się delikatnie na wietrze. Zapewne niosą one w sobie jakieś zarodniki czy nasionka rośliny sprytnej na tyle, by rozmnażać się w tak pomysłowy sposób. Potrafię nieraz zapatrzeć się na taki pojedynczy mały obłoczek i żyjąc jego życiem płynąć na fali niewidzialnej siły. Obserwowanie go ma w sobie pewien nieodgadniony magnetyzm, a im dłużej się w niego wpatruję, tym więcej zauważam detali w tle. Lektura trzeciej książki Dario Castagno, zatytułowanej „Za dużo wina w Toskanii”, ma w sobie tajemniczą siłę owego puszka. Im dłużej się z nią obcuje, tym trudniej się od niej oderwać.

„Jedzenie bez wina jest jak stawianie muru na sucho.”*

Niełatwo jednoznacznie sklasyfikować najnowszą powieść Castagno. Jest to zasadzie autobiografia, napisana na schemacie korespondencji autora z przedstawicielką zagranicznego wydawnictwa, Mią Lane. Pierwsze kilkadziesiąt stron, to niemrawe wprowadzenie w sielski świat w jakim przyszło żyć Dariowi. Opis widoków i piękna przyrody w pewnym momencie na szczęście ustępuje miejsca rozkręcającej się niespiesznie fabule. Autor w meilach przesyła agentce swoje coraz to śmielsze wspomnienia z winem w tle. Nie spodziewa się jednak, że nieśmiała korespondencja może przerodzić się w coś więcej.

„Wino trzyma melancholię na dystans.”*

Na początku musze napisać o zakończeniu, bo nie wytrzymam – tak bardzo chcę się podzielić swoim zachwytem. Kiedy doczytywałem „Toskanię” czułem w piersi dziwny ucisk. Dopiero po chwili doszedłem do tego, że się najnormalniej w świecie wzruszyłem. Uwierzcie mi, to się nie zdarza często. Ba! To się nie zdarza prawie wcale podczas moich kontaktów z literaturą. Castagno zdołał napisać coś autentycznego i pięknego. Zakończenie odbiera dech w piersi.

„Wino wcieka, rozum wycieka”*

Droga do tak wspaniałego finału nie jest już niestety tak spektakularna. Pierwsza „setka” to prawie droga przez mękę. O ile przez kilka stron nawet przyjemnie mi się czytało opisy przyrody i spożywania wina na jej łonie, o tyle szybko stało się to nudne. Potem pozostało mi jeszcze przedrzeć się przez kilka rozdziałów o historii produkcji wina w Chianti, która co poniektórych może nawet zainteresować i nastąpił rozdział jedenasty, czyli „Ostatni Spęd” i się zaczęło.

„Co nie kończy się na winie, kończy się łzami i westchnieniami.”*

Od wspomnianego jedenastego rozdziału, książka nabiera wiatru w żagle i rusza z kopyta niczym Kusznierewicz jachtem. Dario w swoich autobiograficznych wspomnieniach wymienianych z Mią przeciąga czytelnika przez pełne spektrum emocji. Początkowo śmieszy, daje do myślenia i intryguje, później wzrusza by już w następnym rozdziale znowu powalić na kolana przezabawną historyjką. Jeden element pozostaje jednak stały dla każdego z rozdziałów – wino leje się litrami. Warto dodać, że nie byle jakie wino, a na przykład lokalnej produkcji Chianti w różnych odmianach.

„Dobre wino jest jak dobra zabawa, nigdy nie przetrwa długo.”*

Muszę wspomnieć słów kilka o tłumaczeniu. Panu Andrzejowi Zakrzewskiemu należą się za nie głośne brawa. Dawno już nie czytałem tak dobrze przełożonej książki. Język jest żywy i nie ucieka od trudniejszych zwrotów. Poetycka opowieść Castagno stoi dzięki temu na wysokim poziomie i obcowanie z nią jest bardzo przyjemnym doznaniem. Prawdziwa perełką są przysłowia ludowe powplatane w tekst, pozostawione w oryginalnym języku. Polska ich wersja znajduje się w nawiasie pozostawiano jakby specjalnie z boku by nie przeszkadzała. Świetny zabieg.

„Wino jest dobre, ale często zrzuca jeźdźca.”*

Za dużo wina Toskanii” to książka, którą najlepiej porównać do butelki dobrego wina. Pierwszy łyk często bywa kwaśny i krzywi usta w grymasie niesmaku, jednak kiedy zagłębimy się w oryginalnym bukiecie, każdy kolejny kieliszek będzie sprawiał rosnącą przyjemność aż po ostatni łyk, który chłonie się z żalem. Taka właśnie jest powieść Dario Castagno. Kończy się ją z wielkim smutkiem i niechętnie odkłada na półkę. Polecam ją w zasadzie każdemu. Skoro poruszyła takiego suchara jak ja, to pewnie i z Wami da radę.

*wszystkie cytaty pochodzą z książki, w której jest ich znacznie, znacznie więcej.

Polecam!

Wydawca: Pascal

Ilość stron: 368

Data wydania: czerwiec 2011

Moja ocena: 8/10

„Jak niechcący spowodowałem upadek światowego koncernu” Harosław Jaszek

Wielkie korporacje działają w oparciu o procedury. Procedury, jak wiadomo, opierają się często na biurokracji, a co za tym idzie na papierach i często niepotrzebnie okrężnej drodze do celu. Co się stanie, kiedy w taki misternie sprocedurowany świat, wpuści się jednostkę inteligentną, dodatkowo posiadającą pewne zdolności interpersonalne, a co gorsza potrafiącą podejmować własne decyzje, oraz umiejącą dokonywać analiz przyczynowo – skutkowych (czyt. posiadającej rozsądek). No cóż, efekt może być różnoraki. Dzisiaj rozpatrzymy przypadek, w którym owa jednostka, (dodatkowo obdarzona talentem pisarskim), postanowiła opisać jeden z możliwych scenariuszy. Tak właśnie powstała książeczka „Jak niechcący spowodowałem upadek światowego koncernu”.

Wielką korporację można porównać do potężnej ławicy ryb. Każda jedna płynie w tą samą stronę w cudownie zsynchronizowany sposób. Co się jednak stanie, kiedy pole magnetyczne (czy cokolwiek innego nimi kieruje), które one wyczuwają zostanie zakłócone? Kiedy jedna z tysięcy rybek, nagle zawróci i popłynie pod prąd? Z punktu widzenia czytelnika „Koncernu” zrobi się śmiesznie!

Książeczka daje radę! Obawiałem się, że druga powieść może być słabsza od pierwszej książki pana Haszka („Jak niczego nie rozpętałem”), ale na szczęście jest zupełnie odwrotnie. Miejscami, opowieść o perypetiach młodego menagera w międzynarodowym koncernie zajmującym się produkcją puszek i otwieraczy do konserw, jest nawet lepsza. Ataki śmiechu podczas czytania są gwarantowane i gwałtowne. Osobiście najbardziej rozbroiły mnie skróty przeróżnych procedur, z którymi nasz bohater musiał zmagać się na co dzień. Dla przykładu wymienię chociażby PAPKI (Performance Appraisal of Personnel in Key Areas), czy PSAMI (Personnel Satisfaction and Motivation Investigation). Sam sposób ich użycia  w książce, często wyciska wręcz łzy z oczu i powoduje czkawkę. Generalnie PSAMI ma wpływ na PAPKI, ale to nie jest reguła.

Bólu brzucha nabawiłem się jednak prawdziwie, dopiero podczas analizy  misji i celów przedsiębiorstwa, dokonanej w cudownie uszczypliwy sposób przez naszego managera. Slogany „Dbamy o pracowników!”, czy „Działamy szybko i w zespole”, często są używane w nie byle jakim, bo prześmiewczym, kontekście. Najczęstszą akcją, jaką podejmowałem podczas czytania „Korporacji”, było bieganie po domu z książką w poszukiwaniu żony, z krzykiem na ustach: „Musisz tego posłuchać, normalnie padniesz!”.

„Jak niechcący spowodowałem upadek światowego koncernu” to naprawdę świetna książeczka. Na niewielu, bo zaledwie 144 stronach, udało się Jaszkowi zawszeć ekstrakt pracy w międzynarodowym koncernie. Zaletą małej objętości, jest całkowity brak nudy, czy jakichkolwiek przestoi. Treść połyka się niczym paczkę ulubionych ciasteczek, z żalem czytając ostatnie strony. Książkę polecam każdemu pracownikowi wielkiej firmy, zapewni mu ona skurcz szyi od ciągłego potakiwania. Jako lekturę obowiązkową, powinien ją też przeczytać każdy student szeroko pojętego Zarządzania, będzie to dla niego prawdziwe objawienie – gwarantuję!

Harosław Jaszek, po raz drugi z kolei, stworzył coś niebanalnego. „Koncern” czyta się świetnie. Najlepsze jednak jest to, że kiedy głębiej się w niego wczytałem, odkrywałem coraz to nowsze smaczki. Każdemu czytelnikowi spragnionemu dobrego, oryginalnego humoru, polecam gorąco. Tony śmiechu gwarantowane.

Gorąco polecam!

Wydawca: IMG Partner

Ilość stron: 144

Data wydania: 13 czerwiec 2011

Moja ocena: 10/10

„Dżozef” Jakub Małecki

Mamy dopiero styczeń, a ja już mam kandydata na moją książkę roku. Mocno zacząłem? Nie, to nie ja. Mocno pojechał Mełecki pisząc „Dżozefa”.

Przyznam szczerze, że na książkę zwróciłem uwagę za sprawą świetnej okładki. Jakub Małecki to pisarz dotąd bliżej mi nie znany. Pierwotnie chciałem poznać się z tym panem przy okazji „Zaksięgowanych” jednak okładkowa, drewnopodobna koza podbiła moje serce.  Z czasem okazało się, że nie ona jedna.

„Dżozef”  opowiada o perypetiach pewnego dwudziestotrzylatka Grziesio Bednara, ksywa Grzechu. Dostaje się on na oddział laryngologiczny miejscowego szpitala w celu zoperowania złamanego nosa. Na sali poznaje Kurza i Marudę. Z czasem dołącza do nich pan Stasiu (Czwarty) – nieco dziwna postać. Czwarty pewnego dnia w gorączce zaczyna snuć opowieść, która niespodziewanie przykuwa uwagę kolegów z sali. W sumie nie było by w tym wszystkim nic dziwnego, gdyby nie znikające drzwi, Joseph Conrad (stąd tytuł powieści jak mniemam) oraz pewien wyjątkowo wredny Kozioł Drewniak.

Celowo zarysowałem fabułę tak lakonicznie. Sam zabierałem się za książkę zupełnie nic o niej nie wiedząc i pozwoliłem się zaskoczyć. Jest to najlepsza droga do poznania „Dżozefa”, który zaczyna się jak powieść dresiarska, szybko jednak ewoluując w coś znacznie bardziej skomplikowanego. Horror, dramat czy nutka fantastyki – książkę naprawdę trudno sklasyfikować. Paradoksalnie owo zróżnicowanie idealnie zagrało, ale o tym za chwilę.

Książka napisana jest prostym, acz nie prostackim językiem. Celowo podkreślam ten fakt, ponieważ szufladkowanie jej w kategorii powieści dresiarskiej, może nasunąć wam błędne przypuszczenia. Nie brakuje w niej określeń typowych dla naszych rodzimy „dresów”, jednak stanowią one zaledwie tło, które kontrastuje ze zdarzeniami pierwszego planu. Zabieg taki sprawdził się rewelacyjnie. Blokowy slang w połączeniu z wtrąceniami z Conrada, aż zgrzyta w bezpośrednim połączeniu, jednak o dziwo nie razi.

„Dżozefa” czyta się błyskawicznie. Akcja pędzi do przodu i nie zwalnia. Zagadnienie dłużyzny w niej po prostu nie występuje. Uczucie zagrożenia wzrasta z każdą stroną i to zarówno w sali szpitalnej, jak i w opowieści snutej przez Czwartego. Jednak sam suspens to nie wszystko. W kilku miejscach w książce uśmiałem się do łez, w innych znowu wzruszyłem. Trudno mi oddać to wrażenie, jakie udaje się Małeckiemu wywrzeć na czytelniku, o tym po prostu musicie przekonać się sami.

Prawdziwymi perełkami „Dżozefa” są jednak jego bohaterowie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio targały mną takie emocje związane z fikcyjnymi postaciami. Grzechu stał się praktycznie moim ziomkiem – kibicowałem mu z zapartym tchem i trzymałbym za niego kciuki, gdybym nie musiał trzymać książki. Z Kurzem, gdyby tylko się dało, od ręki poszedłbym na bronka, a Drewniak… tak, to już po prostu czysta nienawiść. Jednak czy tak do końca? O postaciach drugoplanowych nie będę pisał. Zaznaczę tylko, że są równie wyraziste i ludzkie jak reszta.

Najlepsze zostawiłem jednak na koniec. Moim zdaniem, „Dżozef’ to książka, która ma w sobie moc. Kiedy zbliżałem się do końca, błagałem w myślach, żeby autor zamknął i podsumował całość. Na szczęście tak też się stało. Mimo, że powierzchownie rozwiązania proponowane przez autora wydają się być mocno naciągane, to trafiają mocno i celnie. Książka jest po prostu wbetonowana w naszą polską rzeczywistość i tym wygrywa. Blokowisko, dresiarze, brak perspektyw i pracy, na pierwszy rzut oka gorzej być nie może. Jednak czy aby na pewno?

Najnowsze dzieło Małeckiego można traktować dosłownie. Wtedy rzeczywiście będzie ono bardzo dobrą powieścią dresiarską z nutką realizmu magicznego. Ja jednak proponuję pogrzebać w niej trochę, doszukać się porównań i przenośni od których „Dżozef” aż pęka. Błyskotliwa historia, genialne postacie, rewelacyjny język i kipiące emocje. Dla mnie ideał. Polecam ją wszystkim. Dziewczyny – dajcie ją swoim facetom, ta książka potrafi wywrócić kopułę do góry nogami, a typowo dresiarki początek wciągnie ich zupełnie niepostrzeżenie w cholernie dobrą opowieść, w której rządzi wredny Drewniak.

Książkę polecam słowami Grzecha: „normalnie MA-SA-KRA!”

Wydawca: WAB

Ilość stron: 378

Data wydania: styczeń 2011

Moja ocena: 10/10

„Mariola, moje krople…” Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Na wszelkiej maści blogach i portalach od jakiegoś czasu systematycznie pojawiają się książki pani Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk. Jako człowiek ciekawski miałem ochotę zapoznać się z którąś z nich jednak – jak się pewnie domyślacie – nie uśmiechała mi się perspektywa czytania „Cukierni pod Amorem”. Najnowsza powieść „Mariola, moje krople…” rozwiązała jednak ten problem.

Akcja powieści toczy się w jakimś niewielkim miasteczku, leżącym gdzieś w województwie dolnośląskim. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt że jest listopad 1981 roku. W całym kraju szerzą się strajki, solidarność zaczyna wychodzić z ukrycia i mniej lub bardziej otwarcie krytykować ówczesną władzę. Tak niespokojne czasy nie robią jednak wrażenia na ekipie miejscowego teatru, która jakby oderwana od rzeczywistości, mierzy się z codziennymi problemami takimi jak: bimber, nielegalne powielacze, świnka Małgosia w piwnicy czy nawiedzający ich nieustannie pierwszy sekretarz Martel.

„Mariola, moje krople…” w całości dzieje się w budynku teatru i książka napisana jest jakby na wzór sztuki w nim wystawianej. W tekście dominują dialogi. Opisy są skąpe i ograniczają się w większości do opisywania reakcji i zachowań danych osób. Powoduje to, że książkę powinno czytać się szybko i sprawnie i tak też w rzeczywistości jest. Przynajmniej na początku.

Pierwsze kilkadziesiąt stron to majstersztyk! Mnóstwo pomysłów, komiczne puenty i ciekawi bohaterowie, budują kunsztowny i dowcipny obraz, rodem z najlepszych PRLowskich komedii. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby w tym momencie książka się skończyła. Niestety historia ciągnie się dalej – dosłownie. Gdzieś od połowy „Mariola, moje krople…” zaczyna nużyć. Co prawda sama końcówka powieści próbuje trochę podgonić tempo, ale na niewiele się to zdaje.

Po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że książce brakuje po prostu fabuły. Niby jest motyw z przedstawieniem dla radzieckiej delegacji, ale nie scala on książki ani nie angażuje specjalnie czytelnika. „Mariola, moje krople…” przypominała mi zapis skeczy, spisanych przez jakiś kabaret. Pomysł z teatrem jest fajny i dobrze zrealizowany, jednak 300 stronnicowa powieść powinna mieć solidne rozwinięcie i zakończenie.  Książka zaczyna się fajnie i niestety tym „fajnym” tempem toczy się równo aż do samego końca, gdzieś w połowie wywołując przesyt.

Czas podsumować jak wypadło moje pierwsze spotkanie z panią Małgorzatą Gutowską – Adamczyk. „Mariola, moje krople…” to po prostu dobra książka. Nie żałuję absolutnie, że ją przeczytałem, jednak polecam z umiarkowanym optymizmem. Zaskoczyła mnie fenomenalnym poczuciem humoru, świetnymi postaciami i zdolnością uchwycenia specyficznego klimatu, jaki panował w naszym kraju w tych trudnych latach. Zawiodła zaś głównie fabułą, a raczej jej brakiem, oraz jednostajnością która z czasem wręcz męczy. Mogła być perełka, a jest mocny średniak.

Wydawca: Świat Książki

Ilość stron: 302

Data wydania: 2011

Moja ocena: 6/10

„Jak niczego nie rozpętałem” Harosław Jaszek

Zapomniany poligon, gdzieś na końcu Polski. Kapral:

– Żołnierze! Skąd wyjeżdża czołg?!?

Pewny siebie młody poborowy, na własne nieszczęście dodatkowo po studiach, pewnym głosem odpowiada:

– Czołg wyjeżdża z magazynu, panie Kapralu!

– Źle! Skupcie się, nim mi cierpliwości braknie! – ryczy dowódca – Skąd wyjeżdża czołg głąby!?!

Tym razem konsternacja w szeregach była większa. Na szczęście jak zawsze na miejscu był Poldek – dumny absolwent polonistyki, wcielony do armii jak uparcie utrzymywał, na ochotnika, czyli za sprawą instytucji obowiązkowej służby wojskowej:

– Panie Kapralu! Czołg oczywiście wyjeżdża z lasu! – strzelił dumnie.

Przełożony z lekkiej czerwieni dotychczas goszczącej na jego policzkach, niczym kameleon, przeszedł w purpurę.

– Kowalski, czy wyście totalnie na tych studiach zidiocieli! – popatrzył rozjuszonym, dzikim wzrokiem, na skurczonego nagle Poldka. Wziął trzy długie, głębokie wdechy i grobowym tonem odpowiedział:

– Żołnierze! Do jasnej cholery, odpowiedź jest chyba oczywista! Czołg wyjeżdża znienacka!

Po takim, skądinąd niezbędnym wstępie, moi mili poborowi, jesteście gotowi żeby wysłuchać mojego absolutnie słusznego zdania, na temat książki pana Harosława Jaszka (hmmm) zatytułowanej „Jak niczego nie rozpętałem”. Słuchajcie uważnie, a może nawet zdołacie się czegoś nauczyć. Jako, że mam wyjątkowo do czynienia z pozbawionymi wszelkiej dyscypliny cywilami, mówił będę krótko, acz treściwie.

Książka opowiada losy, szczęśliwie wcielonego do Ludowego Wojska Polskiego…

Ty!

Tak do ciebie mówię!

W trzecim rzędzie!

Coś cię śmieszy?

Tak myślałem!

… wcielonego do Ludowego Wojska Polskiego, magistra. Początkowo opisuje on proces, jakiemu poddaje go armia, by wykształcić w nim cechy takie jak męskość, odwaga czy hart ducha. Autor wyraźnie, był pod silnym wrażeniem, organizacji i jakości strategicznej, która to, aż tchnie na nas z każdej zapisanej strony. Poborowy, po odpowiednim jego ukształtowaniu i wyćwiczeniu cech patriotycznych, na ochotnika! Podkreślam, na ochotnika, zgłosił się, do odbycia służby w Syrii…

Cisza! Bo każę rozstrzelać!

… w Syrii, gdzie dla chwały ojczyzny naszej ludowej, miał pełnić misje pokojowe, niszcząc jednocześnie, swoją niezachwianą dyscypliną, morale innych armii zachodnich.

Jako, że autor jako cywil, nie był w stanie w tak krótkim czasie przeniknąć do szpiku kości, żołnierską dyscypliną. Tu i tam wymyka się trochę niepewności w jego relacji z frontu i domniemanej nieporadności kadry oficerskiej. Zapewniam jednak, że wahania te, wyniknęły jedyne z braku wizji ogólnej strategii. Istotne informacje, jako mające znaczenie strategiczne, były rzecz jasna dla niego niedostępne. Na uwagę zasługuje wysoka zdolność aklimatyzacji naszych żołnierzy, na nowych, nieznanych sobie terenach. Jaszek, z dokładnością zegarmistrza, wyjaśnia nam zawiłe elementy walki, ze śmiercionośną amebą, którą pokonać można jedynie, spożywając dużo płynów.

Ma nadzieję, że ten szmer, to odgłos dumy z męstwa naszego rodaka?!

Kontynuujmy.

Jako przeznaczony do służby w zaopatrzeniu, poborowy, nie waha się, ukazać zadziwiające przedsiębiorczości rodzimych żołnierzy. Cecha ta wynosi ich nad innych na świecie.

By nie przedłużać, bo widzę cywile, że nie idzie wam utrzymanie szyku, co zresztą dziwne mi nie jest, podsumuję krótko. Wielkim bohaterem narodowym był dla mnie dotychczas imć Jakub Wędrowycz. Jako panaceum, na szerzącą się zgniliznę moralną, lektura przygód jego, działała na mnie kojąco. Książka „Jak niczego nie rozpętałem” poborowego Jaszki, stoi już dumnie na półce, obok wspomnianego Jakuba, jako pozycja obowiązkowa, podnosząca na duchu i radująca serce! Rozkazuję zatem: Czytać!

No i co tak siedzicie! Ruszać się, bo podpalić krzesła karzę!

W prawoooo zwroooot!

Polecam;)

Wydawca: IMG partner

Ilość stron: 142

Data wydania: 2010

Moja ocena: 10/10