Archive for the ‘ Kryminał ’ Category

„Dobry brat, zły brat” Matti Ronka

Piję wła­śnie kawę. Ta odgrzana słodka lura w zasa­dzie wcale nie zasłu­guje na miano kawy, ale piję ją i nawet mi sma­kuje, choć wcale nie powinna. Dobry brat, zły brat to wła­śnie taka lite­racka lura, która nawet mi się podobała.

Więk­szość kry­mi­na­łów, jak sama nazwa wska­zuje, opiera się na kry­mi­na­li­styce, czyli nauce o śladach i meto­dach prze­stęp­stwa. Matti Ronka w Dobrym bra­cie, złym bra­cie wybrał rza­dziej spo­ty­kane roz­wią­za­nie – stwo­rzył czarny kry­mi­nał oparty w dużej mie­rze na socjo­lo­gii. Efek­tem tego jest książka, któ­rej fabuła błą­dzi nie­spiesz­nie wokół głów­nego wątku, od czasu do czasu pod­su­wa­jąc czy­tel­ni­kowi nie­śmiało jakiś frag­ment układanki.

„Mimo poli­cyj­nych kon­troli i wyjazdu Marji na stu­dia do Sta­nów Vik­tor Kärppä stara się pro­wa­dzić przy­kładne życie pra­wo­rząd­nego oby­wa­tela. Nie­stety, sprawy się kom­pli­kują, gdy do Hel­si­nek spro­wa­dza się z Rosji jego star­szy brat Alek­siej, a na rynku poja­wia się zbie­ra­jąca śmier­telne żniwo super­he­ro­ina. Rosyj­ska mafia i fiń­ska poli­cja chcą jak naj­szyb­ciej zli­kwi­do­wać jej dopływ. Bra­cia są na celow­niku. Vik­tor musi więc zna­leźć praw­dziwe źródło nar­ko­tyku. Tym­cza­sem na dro­dze staje ponętna Helena — zamężna kusi­cielka zwia­stu­jąca kłopoty.”*

Naj­now­sza powieść Mat­tiego Ronki nie jest dla każ­dego. Nie znaj­dziemy tu wiele bez­po­śred­niej akcji, strze­la­nin, pości­gów czy wywo­dów deduk­cyj­nych rodem z Hol­mesa czy Poirota. Autor skon­cen­tro­wał się na sza­rym żuciu rosyj­skich imi­gran­tów w nacjo­na­li­stycz­nym fiń­skim spo­łe­czeń­stwie, gdzie są oni trak­to­wani jako siła robo­cza naj­niż­szego sortu oraz źródło wszel­kiej prze­stęp­czo­ści. Vik­tor pro­wa­dzi uroz­ma­icone życie. Pra­cuje w branży budow­la­nej, działa tro­chę w han­dlu i stara się ode­rwać od mafij­nej prze­szło­ści, z którą jest wciąż mocno koja­rzony. Mimo prób w miarę uczci­wego życia, pierw­sze zawi­ro­wa­nia na nar­ko­ty­ko­wym rynku ścią­gają mu na głowę zarówno poli­cję, jak i sta­rych znajomych.

Każdy ele­ment powie­ści, każdy jej boha­ter jest szary – nie­wy­raźny moral­nie. Poli­cjanci uwi­kłani są w brudne gierki, choć sta­rają się łapać tych złych. Mafii zależy na porządku i kon­troli tak samo jak na zysku. Sam Vik­tor pod przy­krywką legal­nej dzia­łal­no­ści pro­wa­dzi swoje ciemne inte­resy. Trudno jed­nak kogo­kol­wiek tu potę­pić,  tak samo jak  z kim­kol­wiek sym­pa­ty­zo­wać. Cho­ciaż Karppa wzbu­dza pewną sym­pa­tię, nie spo­sób stać za nim murem. Takie uka­za­nie rze­czy­wi­sto­ści spra­wiło, że byłem bar­dziej obser­wa­to­rem niż uczest­ni­kiem wydarzeń.

„Dobry brat, zły brat” ma w sobie pewną war­tość edu­ka­cyjną. Nie mia­łem do tej pory poję­cia, że kon­takty fińsko-​​rosyjskie są aż tak skom­pli­ko­wane. Mar­tin Ronka sporo miej­sca poświęca na uka­za­nie rela­cji pomię­dzy oboma naro­dami. Przed czy­tel­ni­kiem rodzi się obraz Fin­lan­dii dotąd nie zna­nej, innej od ste­reo­ty­po­wej, przy czym zde­rza się on z obra­zem bliż­szych nam Rosjan, wraz z ich pirac­twem, han­dlem na tar­go­wi­skach i prze­my­tem wszyst­kiego. Te dwa obrazy są mocno sprzeczne i ude­rza­jące – warte poznania.

„Dobry bart, zły brat” nie­wiele ma wspól­nego z kry­mi­na­łem. Co prawda w kilku miej­scach docho­dzi do nie­wiel­kich zry­wów akcji, ale te kilka ude­rzeń sen­sa­cji nie czyni. Tempo powie­ści jest leniwe, autor sku­pia się na dwóch odmien­nych od sie­bie spo­łe­czeń­stwach żyją­cych obok sie­bie. Z wielką sta­ran­no­ścią uka­zuje boha­te­rów, ich życie i pracę. Sam Vik­tor wyra­sta na ikonę łączącą dwa bie­guny. Stara się pogo­dzić Fin­lan­dię – swoją nową ojczy­znę z wyboru z poprzed­nią, Rosją –  która nie chce o nim zapomnieć.

Książkę mogę bez waha­nia pole­cić oso­bom lubu­ją­cym się w nie­spiesz­nych powie­ściach z lek­kim tłem kry­mi­nal­nym oraz oso­bom szu­ka­ją­cym sen­sa­cji z moc­nym socjo­lo­gicz­nym akcen­tem. „Dobry brat, zły brat” nie powi­nien mi się podo­bać. Akcja się wle­cze, fabuła jest sche­ma­tyczna, a boha­te­ro­wie wywo­łują anty­pa­tię. Cho­ciaż fakty prze­ma­wiają na nie­ko­rzyść, niech mi ktoś wytłu­ma­czy, dla­czego nie potra­fi­łem tej książki odło­żyć w spo­koju, czy­ta­jąc nawet przy jedze­niu i w nocy.

Wydawca: Czarne

Ilość stron: 224

Data wydania: czerwiec 2011

Moja ocena: najlepiej smakuje z papierosem i kawą.

*cytat z okładki

Recenzja napisana dla portalu bookznami.pl. Polecam i zapraszam!

„Fatum” Piotr Rowicki

Piotr Rowicki to człowiek, który jest w stanie napisać chyba wszystko. Do tej pory czytałem zaledwie jedno opowiadanie kryminalne jego pióra, a ostatnio bliżej przyjrzałem się również i bajkom. Aż dziw bierze, że dwa tak różne bieguny jest w stanie połączyć postać jednego autora. „Fatum”, czyli najnowsza książką Pana Piotra, to zbiór opowiadań, których motywem przewodnim jest miasto, nie byle jakie zresztą i broń Boże przypadkowe, bo o samym Gdańsku mowa.

Na zbiór składa się 10 bardzo zróżnicowanych utworów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: kryminał, horror, groteska, humor… Niektórym z opowiadań trudno przypisać konkretny gatunek. Takie zróżnicowanie ma swoje zalety: dywersyfikacja poszerza grono potencjalnych czytelników. Ma to jednak i pewną wadę. Kiedy kończyłem jedno opowiadanie i zaczynałem kolejne, trudno było mi się przestawić na zupełnie inny gatunek literacki. Lekturze bardzo sprzyja czytanie „na raty”: śniadanko – opowiadanko – obiadek – opowiadanko – drzemka – opowiadanko…

Podczas czytanie, zupełnie ignorując nachalne gatunki literackie, na pierwszy plan wybija się wspomniany wcześniej Gdańsk. Rowicki przedstawia go czytelnikowi z kilku różnych perspektyw, posługując się kilkoma zupełnie od siebie różnymi warstwami społecznymi. Tak więc wcielimy się w postać pomocnika kucharza, by już kilka stron dalej oglądać tamtejszą rzeczywistość oczyma handlarza, próbującego zbić majątek na pomarańczach.

Po „Fatum” warto sięgnąć dla samego Gdańska. Opowiadania stanowią zaledwie środek, za pomocą którego Rowicki przedstawia czytelnikowi to historyczne miasto, wraz z jego zakamarkami i tajemnicami. Osobom zainteresowanym tym tematem, zbiór ten polecam bez wahania, obawiam się za to, że wielbicielom kryminałów w klasycznej formie, „Fatum” może nie podejść. Opowiadania są bardzo zróżnicowane i zaskakujące. Niektóre wręcz zostawiały mnie z rozdziawioną gębą („Czerwony kapturek” rządzi!). Jeżeli czujecie się na tyle elastyczni, by zagłębić się w mroczne zaułki „Wenecji Północy” i nie boicie się miszmaszu gatunkowego, to zbiór ten polecam.

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 230

Data wydania: sierpień 2011

Moja ocena: Gdańsk/10

„Kamuflaż” Ewa Ostrowska

Oficynka to niewielkie wydawnictwo, lecz chociaż istnieje krótko ma w swojej ofercie serię, która udowodniła ostatnio swoją klasę po raz kolejny. Mowa o książkach spod znaku „ABC”. Pod tym właśnie szyldem, wiosną tego roku, ukazała się książka pani Ewy Ostrowskiej „Kamuflaż”. Kiedy brałem ją do ręki ogarnęło mnie zniechęcenie. Gruba, zadrukowana maczkiem z nieciekawą okładką – to nie mogło być nic dobrego. Z takim właśnie nastawieniem, zabrałem ją na wyjazd, na którym nie planowałem czytać za wiele. Wyniknęły z tego same kłopoty.

„Kamuflaż” opowiada historię małego miasteczka Nevada, leżącego w stanie Iowa. W tej sennej miejscowości w której nic specjalnego na co dzień się nie dzieje, każdy zna każdego a podstawowym zajęciem szeryfa jest zdejmowanie kotów z drzewa, pewnego dnia znika dziecko. Nic nie wskazuje by była to poważna sprawa. Kiedy jednak mijają kolejne dni a chłopiec się nie znajduje, szeryf wszczyna śledztwo. Po tygodniu rodzice znajdują na podwórku manekina z przylepionym skalpem swojego syna.

Klimat! Klimat! Klimat! Ewa Ostrowska stworzyła miasteczko z żywymi ludźmi a pośród nich włożyła potwora tak wspaniale zakamuflowanego, że nie wzbudzającego podejrzeń. W książkę wchodzi się spokojnie tylko pozornie. Po ulicy suną sobie samochody, w parku szumią drzewa, wschodzi słońce, każdy zajęty jest codziennymi obowiązkami a gdzieś z boku czai się niepokój. Poczucie zagrożenia rośnie powoli z okresowymi skokami wprowadzanymi za pomocą pojedynczych zdań, które są wplecione z zegarmistrzowską precyzją w tekst. Przykład? Proszę:

Sam z siebie, tak twierdziła Hellen, ale w to akurat nikt nie wierzył. Nikt jeszcze nie spotkał dzieciaka, który bez pokazywania liter potrafił sam nauczyć się czytać.

Pokazywała czy nie pokazywała i tak bystrzak.

Szczęśliwa rodzina, szczęśliwa Hellen.

Tak uważano powszechnie do dnia siódmego marca 2010 roku.

„Kamuflaż” to gotowy materiał na film. Jest to thriller, który nie trzyma w napięciu. On miażdży napięciem, dusi stresem i skręca żołądek makabrą. Senne tło i spokojni pozornie ludzie tylko potęgują grozę zdarzeń. Postacie występujące na kartach książki szybko przybrały w mojej głowie ludzką formę. Są one świetnie skonstruowane, tak że książka robi zupełnie autentyczne wrażenie. Jest taki moment podczas czytania, że podejrzewałem każdego z bohaterów. Autorka tak sprawnie poprowadziła fabułę, że tańczyłem, jak mi zagrała. Za to granie na moim nosie dla Pani Ewy wielki plus.

Zdaję sobie sprawę, że to co napisałem jest trochę nieskładne, trudno jednak zachować konieczny podczas pisania dystans, kiedy na samo wspomnienie powieści dostaję wypieków na twarzy i mam ochotę polecać ją wszystkim. „Kamuflaż” to świetny i mocny thriller. Napięcie nie odpuszcza ani na moment. Jest ostro, z każdą stroną szybciej i gwałtowniej a całość wciąga jak najlepszy film. Problem w tym, że film trwa do dwóch godzin, a książkę czyta się sporo dłużej, stąd też spóźniałem się wszędzie i zawsze podczas jej czytania. Polecam powieść gorąco każdemu czytelnikowi, poszukującemu mocnej książki, w której nie sposób domyślić się kto zabija. Ja odgadłem to dopiero pod sam koniec, za co „Kamuflaż” dostaje ode mnie kolejnego plusa.

Aha! Nie zaczynajcie jej czytać do poduchy! Próbowałem i się nie wyspałem.

Polecam!

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 384

Data wydania: marzec 2011

Moja ocena: 9/10

PS. Pamiętajcie, jutro 11:30 widzę Was w Spodku na rozdaniu Złotych Zakładek:) Mam je już spakowane w kartonie i gotowe do wręczenia. Wyniki ogłoszę jak tylko wrócę do domu wraz z jakąś małą relacją z Targów:) Blogerzy którzy się wybierają, niech przypną sobie jakąś przypinkę – będzie się nam łatwiej odnaleźć:)

Więcej szczegółów tutaj!

„Król mieczy” Nick Stone

Kiedy ostatnio czytaliście jakiś naprawdę dobry, mroczny i brutalny kryminał z niebanalną fabułą, którego finał do samego końca pozostaje zagadką? Ja musiałem dobre kilka minut kombinować, żeby sobie takowy przypomnieć. Były bardzo dobre retro kryminały Wrońskiego, przyzwoity Krajewski czy naprawdę niezły Mankell. Nijak jednak nie można do nich porównać „Króla mieczy”, najnowszej książki Nicka Stone’a wydanej w Polsce. Jest po prostu lepsza w każdym z wymienionych aspektów.

„Miasto na skraju chaosu. Okrutne rytuały voodoo. Witajcie w Miami.”*

Jest rok 1980. Max Mingus i Joe Liston to detektywi Oddziału Specjalnego Policji w Miami. Miasto stoi na skraju anarchii. Rządzą nim narkotyki, prostytucja oraz galopująca przestępczość i korupcja. Rutynowe śledztwo związane ze śmiercią młodego mężczyzny zyskuje zupełnie nowy wymiar, kiedy z żołądka denata patolog wydobywa kartę tarota, a policjanci znajdują całą jego rodzinę brutalnie zamordowaną. Od tej pory bieg wydarzeń pląta się niczym pajęcza sieć, a każda z jej nici i powiązań wydaje się być równie prawdopodobna. Zaczyna się polowanie na nieznanego i śmiertelnie niebezpiecznego wroga.

„A gdy już Boukman przejmie nad tobą władzę, nigdy cię nie puści…”*

Klimat! Oto co w książce podobało mi się najbardziej. Świetnie i niesamowicie szczegółowo oddane Miami zachwyca i przeraża. Na każdym rogu stoją dziwki, po mieście krążą alfonsi, czarna część społeczeństwa mimo równości jest izolowana i dyskryminowana. W tym kotle dodatkowo swojego miejsca szukają Kubańczycy, Haitańczycy i inne mniej liczne mniejszości. Głównym problemem jest jednak nowy narkotyk na rynku – kokaina. Coraz tańszy i szerzej dostępny powoduje lawinowy wzrost przestępczości i zarazem dziesiątkuje ludność. W grę wchodzą miliony, a przy takich kwotach życie ludzkie nie przedstawia większej wartości. Realia oddane są sugestywnie, tworząc zawiesisty klimat, który pozostawia posmak papierosów i taniej wódki w ustach.

„Król mieczy to (…) cholernie dobry thriller. Jeśli nie czytałeś poprzedniej książki Stone’a, radzę to nadrobić”**

Książka spodoba się zapewne fanom skandynawskiej myśli kryminalnej. Akcja toczy równie niespiesznie jak w powieściach rodem z północy i zwraca uwagę na szczegóły i szczególiki, zatrzymując się czasami nad codziennym życiem Miami. „Król mieczy” odróżnia się jednak od innych kryminałów swoim niepowtarzalnym amerykańsko – kubańsko – haitańskim klimatem. Kojarzycie „Miami Vice”? Ta książka ma w sobie to coś, co miał ten trochę już zapomniany serial.

„Nie mógł nic mówić. Stracił zmysł smaku. Stracił zmysł powonienia i dotyku. (…) Nie był pewien, czy wciąż oddycha.”***

„Król mieczy” nie jest jednak książką idealną. Przy swojej objętości (670 strony!) potrafi czasami trochę przynudzić. Zdarza się to nieczęsto i w niewielkim stopniu, ale jednak wybija nieco z rytmu. Powieść Stone’a trzeba czytać szybko, by w pełni się nią cieszyć. Ilość wątków i bohaterów jest tak duża, że nawet jeden dzień przerwy może znacznie utrudnić i skomplikować powrót do lektury.

„Kiedy Cię całuję, odnoszę wrażenie, że liżę brudną popielniczkę. Lizałeś kiedyś popielniczkę, Max?”****

„Król mieczy” to kryminał prawie doskonały. Jest długi, mroczny, zagmatwany, detektywi nie są święci, Miami jest fantastyczne a fabuła mimo, że nie jest pierwszej świeżości, ma swoje momenty. Książki nie polecam jedynie młodym lub wrażliwym czytelnikom, pełnoletni (lub prawie pełnoletni) ochotnicy na pewno się na niej nie zawiodą. Mimo czasami leniwego tempa, czyta się ją świetnie, a co ważniejsze, historia zostaje na długo w głowie. Można ją z powodzeniem opowiadać z wypiekami na twarzy przy ognisku, czy na imprezie. Długo opowiadać…

Polecam!

—————————-
* – Źródło: okładka
** – Źródło: crimescenescotland.com
*** – Źródło: „Król mieczy” str. 119
**** – Źródło: „Król mieczy” str. 428

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 672

Data wydania: czerwiec 2011

Moja ocena: 8/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book. Zapraszam i polecam!

Nominowaliście już książki do Złotej Zakładki? Nie zapomnijcie, liczę na Was:)

„Mój prywatny demon” Maciej Żytowiecki

Dotych­czas spo­tykałem się z wieloma hybrydami gatun­kowymi. Mieszanina fan­tasy z roman­sem (paranor­male), powie­ścią historyczną (B. Corn­well) czy sen­sacją (roz­maite urban fan­tasy) to naj­popular­niej­sze z nich, ale zdarzają się też ciekaw­sze połączenia jak choćby tech­noth­ril­ler – połączenie s-f i sen­sacji (Park Juraj­ski) czy retro kryminał (serie Wroń­skiego czy Krajew­skiego). Kiedy sięgałem po Mojego prywat­nego demona, debiutancką powieść Macieja Żytowiec­kiego, nie spo­dziewałem się, że moja wiedza dotycząca hybryd ulegnie wzbogaceniu.

„Trzymający w napięciu kryminał urban fan­tasy”. Takie hasło wita poten­cjal­nego czytel­nika zaraz po zer­k­nięciu na tył okładki. Przy­znam szczerze, że po plecach prze­biegły mi mrówki w lodowatych bucikach na samą myśl, że może właśnie leży przede mną kryminał z elfami i krasnolud­kami w roli głów­nej. Na moje szczę­ście myliłem się, nie­stety jed­nak nie aż tak bar­dzo, jak­bym sobie tego życzył.

Mój prywatny demon opowiada o losach detek­tywa Ezry – alkoholika, a przy tym błyskotliwego śled­czego, nie zawsze kierującego się literą prawa. Próbuje on dorwać seryj­nego mor­dercę, nazwanego przez prasę Den­tystą, który zabija młode dziew­czyny, głów­nie prostytutki, po czym usuwa im całe uzębienie. Warto dodać, że akcja dzieje się w Chicago u schyłku lat 30-tych. Wszystko byłoby w miarę do ogar­nięcia, gdyby nie demon który opętał detek­tywa. Z czasem okaże się jed­nak, że wcale nie jest on duchem, jak można by przy­pusz­czać, a jak naj­bar­dziej materialną istotą zminiaturyzowaną w ciele policjanta.

Czym więc w rzeczywisto­ści jest Mój własny demon? Naj­pro­ściej określić go jako połączenie Brud­nego Har­rego z s-f w bar­dzo specyficz­nym cyber­pun­kowym klimacie z nutką hor­roru wychylającego swój kudłaty łeb od czasu do czasu. Naj­ciekaw­sze w książce są realia, w jakich toczy się akcja. Późne lata 30-te to okres nie­stabilny. Dopiero co znie­siona prohibicja, star­cia na tle rasowym i rosnący w siłę nazi­ści z Hitlerem na czele, którego sława już przed wojną dotarła, jak widać, nawet do Stanów. Pod­czas czytania czuć, że autor lubi i zna dobrze ten okres. Brud, roz­war­stwienie spo­łeczne i sytuacja w mie­ście są oddane z wielką precyzją i mają w sobie mroczny klimacik.

Poza tym powieść Żytowiec­kiego  ma nie­wiele do zaoferowania. Wątek kryminalny z początku jest nawet ciekawy, szybko jed­nak zostaje kom­plet­nie zdominowany przez motywy cyber­pun­kowe, które nie­stety nie są ani oryginalne, ani tym bar­dziej dopracowane. Nie można narzekać co prawda na brak akcji, której szczegól­nie pod koniec jest aż za dużo. Nie­ustanna sieczka z hek­tolitrami krwi i dziesiąt­kami trupów w pew­nym momen­cie staje się nie­smaczna i skutecz­nie zabijała we mnie chęć dal­szego czytania. Nie zro­zum­cie mnie źle, jestem gorącym fanem moc­nych, męskich akcen­tów, tym razem jed­nak nastąpiło prze­gięcie. Pod­sumowując, kryminał z powie­ści jest żaden, a czytel­nicy s-f tym bar­dziej nie mają tutaj czego szukać.

Trudno jest jed­noznacz­nie osądzić pierw­szą powieść w dorobku pana Macieja. Pomysł w sumie dość ciekawy, jed­nak fabuła robi wrażenie nie­do­pracowanej. Pod­czas czytania cały czas prze­śladowało mnie wrażenie umykającego poten­cjału, który był na wyciągnięcie ręki, jed­nak autor nie dał rady po niego sięgnąć. Żytowiec­kiemu udało się za to ulepić bar­dzo fajną, brudną i mroczną atmos­ferę amerykań­skiego miasta, która trzymała mnie przy książce aż do samego końca. Powieść polecam wszyst­kim czytel­nikom ciekawym, jak może wyglądać retro kryminał w cyber­pun­kowym klimacie.

Wydawca: Ifryt

Ilość stron: 280

Data wydania: czerwiec 2011

Moja ocena: 6/10

Recenzja napisana dla portalu bookznami.pl. Zapraszam i polecam;)

„Śmiejący się policjant” Maj Sjowall, Per Wahloo

Co takiego tkwi w kryminałach, że lubimy je czytać? Co przyciąga nas do nich jak magnes i nie pozwala odetchnąć nim nie poznamy odpowiedzi? Moim zdaniem, tym magicznym detalem jest chęć przekonania się, czy mamy rację, czy rozwikłaliśmy zagadkę. Każdy dobra powieść detektywistyczna podsuwa nam tropy, stara się nas zmylić i każe się domyślać, kto jest winien popełnionego przestępstwa. W „Śmiejącym się policjancie” znajdziemy wszystko co cechuje dobry kryminał. Niestety nie dane będzie nam osobiście odgadnąć zakończenie.

Maj Sjowal i Per Wahloo to kultowa para wśród wielbicieli skandynawskich książek o tematyce kryminalnej. Wzorują się na niej wielcy współcześni pisarze, że wspomnę chociażby o Stiegu Larssonie. Swego czasu stworzyli oni serię powieści, opowiadających o przygodach komisarza Martina Becka. „Śmiejący się policjant” mieści się w tej definicji. Ich kryminały odbiegają nieco od typowych przedstawicieli gatunku. Określane są czasami mianem kryminału publicystycznego z uwagi na nawiązania do sytuacji społeczno politycznej kraju.

Kiedy piętrowy autobus wypada z drogi nie wróży to niczego dobrego. Kiedy dzieje się to w centrum miasta, a w środku znajduje się osiem ofiar zastrzelonych z zimną krwią, a jedną z nich jest policjant, wiadomo już, że będzie o tym głośno. Tym razem komisarz Beck i jego koledzy stają przed nie lada wyzwaniem. Co kryje się za pozornie chaotyczną zbrodnią? Czy policjant zginął w autobusie zupełnie przypadkiem?

Akcja powieści, jak przystało na styl autorów, toczy się niespiesznie. W sumie przez większość książki niewiele się dzieje. Podczas moich poprzednich spotkań z komisarzem Beckiem, nie przeszkadzało mi to zbytnio, tym razem jednak było inaczej. Niestety podczas czytania, fabuła nie pozwala nam samodzielnie rozpracowywać sprawy. Czytając, miałem wrażenie, jakbym był oderwany od prowadzonego śledztwa, niczym jakiś natrętny dziennikarz. Praktycznie dopiero pod sam koniec komisarze wpadają na trop, co pozwoliło im domyślić się wreszcie sprawcy. Szkoda, że wcześniej autorzy nie podsunęli mi jakiegokolwiek podejrzanego, chociażby dla zmyłki.

„Śmiejący się policjant” napisany jest sprawnie. Trzeba jednak polubić ten nieco trącący myszką, specyficzny styl. Bardzo dobrze wypadają postacie policjantów. Możemy obserwować ich praktycznie całą dobę, zarówno w pracy, jak i w ich życiu prywatnym. Dzielą się z nami swoimi opiniami na temat polityki czy ogólnych problemów nurtujących ówczesne społeczeństwo (np.: wojna w Vietnamie). Tworzą pewną więź z czytelnikiem, który może się zgadzać lub nie, z ich poglądami, jednak na pewno nie pozostanie obojętny.

Słów kilka o wydaniu. 218 stron w cenie 29,80, to niemało i niedużo, ot w sam raz. Jednak przy bliższym poznaniu, okazuje się, że książka ma dwie drobne wady. Pierwszą z nich jest zbyt cienki papier, przez co czcionka prześwieca przez niego, drugą z nich zaś jest kiepskie sklejenie całej książki. Po jednokrotnym czytaniu, w kilku miejscach widać już lekkie ślady wyłamania niektórych stron. Należy też wspomnieć, że najnowsze wydanie nie pasuje wielkością do serii „Kryminał z klasą” wydawanej przez Amber – jest mniejsza o 1 cm. Szkoda. Dla estetów, do których się zaliczam, będzie miało to znaczenie.

„Śmiejący się policjant” to ciekawy kryminał. Polecić mogę go osobom, chcącym poznać nastroje i atmosferę, panujące w Szwecji na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Powieść popełnia jednak jeden grzech, którego żadnemu kryminałowi nie potrafię wybaczyć – nie pozwala samodzielnie rozwiązać śledztwa. Książkę można przeczytać z ciekawości, jednak w dorobku pary autorów znajduje się kilka ciekawszych tytułów.

Wydawca: Amber

Ilość stron: 218

Data wydania: 2011

Moja ocena: 5/10

„Kino Venus” Marcin Wroński

W literaturze – podobnie jak w kinie – co jakiś czas trafia się niebagatelna postać głównego bohatera, zapadająca w pamięć na dłużej, często stając się wzorem dla naśladowców. Ograniczając się do samych kryminałów wspomnę chociażby o Brudnym Harrym, Herkulesie Poirot, Henrym Holu czy Martinie Becku. Po przeczytaniu drugiego tomu retro – kryminału Marcina Wrońskiego zatytułowanego „Kino Venus”, opowiadającego o kolejnym śledztwie podkomisarza Zygmunta Maciejewskiego, mam nieodparte wrażenie, że oto przede mną wyrasta nowa kultowa postać polskiej myśli detektywistycznej.

1931 rok w Lublinie nie zapowiada się nadzwyczajnie. Na ulicach panuje względny spokój, a w gospodarce kryzys. Komisarz Maciejewski zostaje przeniesiony na stanowisko kierownika II komisariatu, co wiążę się między innymi z koniecznością codziennego noszenia munduru i mnóstwem papierkowej roboty. Na domiar złego, nowy nadkomisarz wyraźnie nie pała do niego sympatią, a podkomendni są w większości – oględnie mówiąc – mało rozgarnięci. Kiedy zdaje się, że cały świat obrócił się przeciw Zydze, w jego rewirze znaleziony zostaje trup młodej dziewczyny, a ceniony detektyw ze stolicy składa komisarzowi nietypową propozycję.

W „Morderstwie pod cenzurą” Wroński skupił się na niejasnych partyjno – politycznych stosunkach, panujących w kręgach miejscowej władzy. W „Kinie Venus” poszedł o krok dalej. II część przygód Maciejewskiego to książka brudna i zdecydowanie bardziej mroczna. Sprzyja temu tematyka powieści, którą w tym wypadku jest pornograficzne podziemie i handel kobietami. Autorowi nieraz udało się skutecznie wywołać u mnie gęsią skórkę. Wrażenia płynące z lektury potęguje fakt, że książka oparta jest na autentycznych wydarzeniach, które miały miejsce w tamtych czasach. Mnie osobiście zaskoczyło, że latach międzywojennych kręcono już filmy porno. A kręcono, i to nie byle jakie.

Fabuła (choć świetna) przeżywa w środku powieści drobny kryzys. Ratują ją jednak genialne kreacje bohaterów. Znani z pierwszej części Zielny, Fałniewicz i Kraft zyskują dodatkową głębię a nowe osoby – jak chociażby Przodownik Anińska – wnoszą nową jakoś do książki. Wielką siłą Wrońskiego jest umiejętność ożywiania tych postaci. Nie są one wymuszone, ani nie robią wrażenia manekinów. Każda z nich posiada własnych charakter, odrębne zainteresowania, sposób radzenia sobie z życiem, czy chociażby styl prowadzenia dialogów. Naturalnym tego następstwem są genialne konwersacje. Często ożywione, toczące się niebywale dynamicznie i oczywiście niejednokrotnie odbywające się przy wódeczce i papierosku. Nadaje to całej powieści specyficzny, lekko cierpki posmak.

Zarówno fabuła jak i sami bohaterowie nabywają jednak prawdziwej jakości przy zestawieniu ich z Lublinem. Miasto w powieści żyje własnym życiem. Kiedy wraz z Maciejewskim przemierzamy uliczki i różne zakamarki, gdzieś z boku życie toczy się nieustannie, jakby niezależnie od opowiadanej historii. Dodatkowo, do książki dołączono płytę audio „Kryminalny Lublin”, na której znalazła się wirtualna wycieczka po dawnym Lublinie, w którą zabiera nas sam autor. Przesłuchałem z przyjemnością i było to naprawdę mile spędzone 35 minut.

Za zakończenie powrócę jeszcze do komisarza Maciejewskiego. W „Kinie Venus” został on pokazany jako facet nie stroniący od kobiet i alkoholu, z licznymi wadami z jednej strony, za to z drugiej jako błyskotliwy i twardy glina, nie mający skrupułów by nagiąć prawo w celu złapania bandyty. Antypatyczny i zuchwały – takiego właśnie go uwielbiam i dla samej jego postaci warto książkę przeczytać. Do tego dochodzi oryginalna fabuła, zagmatwana historia w pornografią w tle, twardzi gliniarze i przebiegli przestępcy, a to wszystko z fantastycznie odwzorowanym miastem w tle. Polecam każdemu miłośnikowi dobrych kryminałów.

Polecam gorąco!

Wydawca: W.A.B.

Ilość stron: 352

Data wydania: styczeń 2011

Moja ocena: 8/10

Recenzję pierwszej części przygód komisarza Maciejewskiego znajdziecie tutaj.

Przypominam, że nadal trwa konkursik. Pozwolę sobie rymek powtórzyć: Tylko do niedzieli, szukam właścicieli!:) O!

„Morderstwo pod cenzurą” Marcin Wroński

W Polsce panuje aktualnie moda na skandynawskie kryminały. Mankell, Larsson czy Nesbo królują nieprzerwanie na listach bestsellerów. Wśród ich największych zalet wymienia się specyficzny klimat, niebanalne postacie głównych bohaterów i oryginalne wątki fabularne. „Morderstwo pod cenzurą” Marcina Wrońskiego, to pierwszy tom kryminalnej serii o przygodach komisarza Maciejewskiego. Łączy on w sobie wspomniane trzy elementy, dodając od siebie specyficzny polski klimacik, międzywojennego Lublina. Wychodzi na to że: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”? Sprawę proponuję rozstrzygnąć po męsku.

Ring wolny, pierwsze stracie. Boks!

Runda 1 – fabuła

1930 rok, Lublin. Podkomisarz Zygmunt „Zyga” Maciejewski ma nie lada problem. Na kilka dni przed świętem 11 listopada, ktoś w brutalny sposób morduje redaktora naczelnego lokalnej prawicowej gazety. Początkowe ślady wskazuję na okultystyczny rytuał. Maciejewski ze swoją nietypową ekipą, nie zawęża jednak grona podejrzanych. Lewica? Konkurencja? Możliwości jest sporo. Na domiar złego, komenda wojewódzka postanowiła przydzielić mu wsparcie, w postaci upierdliwego konfidenta – komisarza Tomaszczyka. Najgorsze jednak jest to, że butelka wódki chłodząca się w piwnicy, będzie musiała na Zygę poczekać … i to chyba dość długo.

Runda 2 – Lublin

Międzywojenny Lublin miażdży! Nie przesadzam ani trochę i biorę pełną odpowiedzialność za to co napisałem. Klimat miasta, będącego wówczas kolebką wielu narodowości, można wręcz wciągać nosem. Po ulicach jeżdżą dorożki a od czasu do czasu mignie jakiś automobil. Polacy i Żydzi, starają się żyć obok siebie, z zawiścią patrząc na osiągnięcia tych drugich. W kraju pachnie kryzysem, klasa robotnicza żyje w pogarszających się warunkach. Mógłbym tak długo wymieniać, jednak najważniejsze jest to, że wszystkie te elementy tworzą niebywale realistyczne i ciekawe tło, dla fabuły „Morderstwa pod cenzurą”. Tło które żyje.

Runda 3 – Zyga

Podkomisarz Maciejewski to postać idealnie wkomponowana w przedstawione przez Wrońskiego realia. Instynktownie czuje on puls miasta i wie, gdzie postawić kolejny krok. Jednocześnie jest to bohater z problemami. Kobiety, alkohol i szorstki język to najpoważniejsze z nich. Warto też wspomnieć o barwnej grupie tajniaków śledczych – podkomendnych Zygi: skrupulatny Fałniewicz, dobroduszny Grzewicz czy zadbany i wymuskany kobieciarz Zielny. Tak zróżnicowana ekipa sprawia, że nigdy nie jest nudno.

Stop! Bokserzy proszeni na środek.

Werdykt starcia Skandynawia – Polska, jest całkiem optymistyczny – nokautu co prawda nie ma, ale na punkty „Morderstwo pod cenzurą” bije niejeden kryminał naszych zamorskich sąsiadów. Fabuła jest ciekawa i jak przystało na dobry kryminał, niejednoznaczna moralnie. Do tego fenomenalny Zyga, ze swoim aspołecznym podejściem, jego charakterystyczni koledzy z pracy, no i sam Lublin, za który Wrońskiemu powinni postawić na rynku pomnik. Książka wciąga i ciekawi, a element swojskości tylko zaostrza apetyt na kolejną część przygód pana komisarza. No i ta nokautująca końcówka…

Polecam gorąco!

Wydawca: W.A.B.

Ilość stron: 290

Data wydania: listopad 2010

Moja ocena: 8/10

„Miasto i miasto” China Mieville

Od czasu do czasu trafia mi się książka, której nijak nie potrafię „ugryźć”. Miasto i miasto w tej kategorii znalazłaby się na samym szczycie. Moja pierw­sza recen­zja jako zmięta kartka wir­tual­nego papieru wylądowała na ikonie kosza kilka minut temu. Zastanawiacie się, dlaczego tak się stało?

Miasto i miasto to pozycja uhonorowana tyloma nagrodami, że naj­łatwiej byłoby wypisać je od myśl­ników: Hugo, nagroda Locusa, nagroda im. Arthura C. Clarke’a, nagroda BSFA, nagroda World Fan­tasy… Naprawdę jest się czym pochwalić. Sam China Mieville to jeden z naj­wyżej cenionych pisarzy fan­tastycz­nych naszych czasów. Nic więc dziw­nego, że kiedy sięgałem po jego naj­now­szą powieść wydaną w Pol­sce, oczekiwania miałem bar­dzo wysokie. Za wysokie…

Miasto i miasto to w zasadzie typowy i do tego nie­zbyt błyskotliwy kryminał, jed­nak realia, w jakich toczy się wątek powie­ści, są już zupeł­nie nie­typowe. Gdzieś na Bał­kanach leży pań­stwo, a w zasadzie dwa pań­stwa. Leży w nim miasto, a w zasadzie dwa miasta. Oddzielone są one od siebie granicami nie­po­dob­nymi do żadnych innych. W jed­nym z nich, zwanym Bes­źel, dochodzi do mor­der­stwa. Policja znaj­duje ciało młodej kobiety. Sprawę przej­muje inspek­tor Tyador Borlu z Brygady Naj­poważ­niej­szych Zbrodni i wydaje się, że już nic specjal­nego czytel­nika w tej historii nie zaskoczy.

Prze­strzeń powie­ści to dwa miasta, które wzajem­nie się prze­nikają. To naj­prost­sze, ale i mało dokładne określenie. Autorowi należą się brawa za wrażenie, jakie pod­czas lek­tury otoczenie wywiera na czytel­niku. Miasto w mie­ście i zarazem pań­stwo w pań­stwie to pomysł, który zachwyca i powala, a momen­tami wręcz onieśmiela, szczegól­nie za sprawą mistrzow­skiego wykonania. Niejed­nokrot­nie Mieville pozwala gubić się między dzielącymi je nie­pew­nymi granicami, by dopiero po chwili rzucić mu pomocną dłoń. Realia książki dały autorowi takie pole do manewru, że po prostu jest on w stanie zrobić za ich pomocą nie­mal wszystko. Tak mister­nie wykreowany świat, wpleciony w znaną nam współ­czesną Europę, pociągnął jed­nak za sobą pewien poważny minus.

Akcja w Mie­ście i mie­ście roz­wija się, delikat­nie mówiąc, ślamazar­nie. Wspo­mniany wyżej świat jest tak skom­plikowany i złożony, że autorowi zajęło bar­dzo dużo miej­sca i czasu wprowadzenie do niego czytel­nika. Czuć wyraź­nie pod­czas lek­tury, że Mieville nie chciał robić tego bez­pośred­nio. Miasto i zasady w nim panujące poznajemy z per­spek­tywy inspek­tora Borlu, który, drep­cząc w miej­scu ze śledz­twem, zwiedza Bes­źel i nie­raz pozwala sobie na wspo­mnienia i prze­myślenia. Na szczę­ście, kiedy już załapiemy o co z tymi miastami chodzi, nie­po­strzeżenie znaj­dziemy się w środku szalonej akcji, która nie­ubłaganie pędzi — aż do samego końca.

Miasto i miasto za sprawą stosun­kowo prostego języka i braku wydumanych zwrotów, czyta się szybko i spraw­nie (kiedy już prze­brniemy wspo­mniany przy­długawy wstęp). Na okładce wid­nieje twier­dzenie, że książka ta to literacki odpowied­nik Blade Run­nera, ale mnie przy­pomina on raczej Matrixa z jego nieco nie­udol­nym Neo w roli głów­nej. Kreacje bohaterów to zresztą general­nie słaby element Miasta i miasta. Zarówno inspek­tor Borlu, jak i cała reszta pozbawieni są tego czegoś, co powoduje, że zapadają w pamięć. Naj­lep­szym dowodem na to jest fakt, że sam teraz inten­syw­nie się zastanawiam, jak nazywał się part­ner głów­nego bohatera.

Czas już naj­wyż­szy wyjaśnić, dlaczego mój pierw­szy tekst brutal­nie usunąłem w nie­byt. Na Miasto i miasto nastawiałem się hur­raop­tymistycz­nie, co spo­wodowało, że poprzed­nia recen­zja była jedną wielką krytyką dzieła pana Chiny Mieville’a, na którą jed­nak książka nie zasługiwała. Co prawda postaci nie powalają charak­terem, a tempo począt­kowo naprawdę mnie zawiodło, jed­nak summa sum­marum całość czyta się naprawdę dobrze, a ostat­nie sto stron wręcz wyśmienicie. Wykreowany świat powala na kolana swoją złożono­ścią (zresztą to chyba głów­nie dzięki niemu pozycja ta zyskała taki roz­głos). Miasto i miasto polecam gorąco każ­demu doj­rzałemu odbiorcy, który nie boi się pomieszania odrobiny sf, political fic­tion i kryminału. Chyba tylko Mieville jest w stanie tak zmik­sować te gatunki, że całość nie tylko da się czytać, lecz rów­nież robi się to z praw­dziwą przyjem­no­ścią.

Polecam gorąco!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 392

Data wydania: październik 2010

Moja ocena: 8/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.

„Ostatnią kartą jest śmierć” Anna Klejzerowicz

„Ostatnią kartą jest śmierć” to najnowsza książka pióra Anny Klejzerowicz. Powieść ta jest czasami błędnie określana jako debiut literacki tej pisarki. Pani Anna jest autorką między innymi, wydanego w tym roku kryminału „Sąd ostateczny”, którego niestety nie było dane mi jak dotąd przeczytać. „Ostatnią kartą jest śmierć” jest łatwą, lekką i prostą lekturą, lecz czy przyjemną? Na ile książeczka licząca raptem 190 stron, może rozwinąć się i wciągnąć w swój świat? Przekonajmy się!

Główną bohaterką powieści jest dziennikarka Weronika Daglewska, autorka rubryki kryminalnej w lokalnej gazecie. Poznajemy ją, kiedy znajduje się na życiowym zakręcie. Zwolniono ją dopiero co z pracy a jej dotychczasowy partner postanowił rozejrzeć się za kimś innym. Pełna rozterek Weronika udaje się do wróżki Semiramidy. Ekscentryczna starsza pani przepowiada jej niebezpieczeństwo. Po jakimś czasie od wizyty, rozchodzi się wiadomość, że Semiramida wypadła z okna i poniosła śmierć na miejscu. Mąż wróżki zleca Weronice śledztwo w tej sprawie.

Po powyższym opisie można już stwierdzić, że fabuła książki nie jest jakaś specjalnie oryginalna i odnoszę wrażenie, że taki chyba był zamysł autorki. Do samego końca perypetie pani Weroniki i jej partnera Damiana nie zaskakują niczym specjalnym. Ot opowieść toczy się, jakby była lekką piłeczką puszczoną z górki. W zasadzie bez wysiłku dotarłem do finału, wzruszyłem ramionami i odłożyłem książeczkę bez głębszych refleksji na półeczkę.

Czy to oznacza, że książka jest zła? Otóż nie do końca. Mimo tej skrajnej prostoty rodem z tasiemcowych, kryminalnych seriali na Polsacie, czyta się ją dobrze. Fabuła jest na tyle prosta i jednotorowa, że powiastkę można zabrać na przystanek, do autobusu czy do poczekalni u dentysty i nie ma się co martwić, że przegapi się docelowe miejsce podróży lub swoje nazwisko wołane przez pielęgniarkę. Ona jest po prostu do tego stworzona! Jest lekka, niewielka i poręczna, więc idealnie mieści się w damskiej torebce (sprawdzałem), a wątek sprawnie umila czas, jednak nie wciąga do swojego świata na tyle, żeby się wyłączyć z otoczenia i nie zmusza do myślenia, więc i gwar nie jest przeszkodą by się nią raczyć.

„Ostatnią kartą jest śmierć” to dla mnie przykład takiego pocket book’a. Starcza na około 3-4 godziny w zależności od warunków otoczenia i mieści się w kieszeni. Nie aspiruje do miana wielkiego kryminału i nie udaje specjalnie czegoś więcej, niż jest w rzeczywistości. Troszkę kryminału i szczypta humoru, tworzą trzon tej mini – powieści, doprawiony dodatkowo nutą romansu (swoją drogą gustownie napisanego). Ładne wydanie z ciekawą okładką i fajnymi grafikami nie usprawiedliwia jednak, moim zdaniem, ceny. 25 polskich nowych złotych za 3 godziny czytania? To ja dziękuję, wolę iść do kina.

Oceniam książkę jako typowego średniaka, bo zła nie jest – środeczek skali.

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 186

Data wydania: wrzesień 2010

Moja ocena: 5/10