Archive for the ‘ Literarura współczesna ’ Category

„Norwegian Wood”, czyli pabla potyczki z Murakamim.

Po „Norwegian Wood” sięgnąłem w przekonaniu, że jest to książka z nurtu tak ostatnio popularnego realizmu magicznego, okazuje się jednak, że nie ma ona kompletnie nic wspólnego z fantastyką jako taką. Jest to książka twardo stojąca na nogach realizmu. Mało tego, niesie ze sobą sporą dawkę historii i pozwala czytelnikowi zerknąć z perspektywy „ulicy” na to, jak wyglądała rewolucja seksualna w Japonii. Wolna miłość, pornografia i wyzwolenie seksualne z kulturowo obcej europejczykowi perspektywy – tym właśnie jest dla mnie „Norwegia Wood”.

„Tokio, koniec lat sześćdziesiątych: jazz, wolna miłość, dzieci kwiaty, protesty na uczelniach. Motywem przewodnim powieści jest piosenka Beatlesów Norwegian Wood. To historia Toru Watanabe i pięknej Naoko, ich wzajemnej fascynacji, uczucia obciążonego samobójczą śmiercią wspólnego przyjaciela i depresyjną naturą dziewczyny. Wkrótce w życiu Toru pojawia się Midori, zwolenniczka niezależności i swobody seksualnej. Obie kobiety są dla niego bardzo ważne. W kręgu miłości, przyjaźni i śmierci Watanabe staje się dorosłym mężczyzną.”

Po „Norwegian Wood” można się prześliznąć jak po lodzie i przeczytać coś na kształt obyczajowego romansidła, ani raz nie sięgając pod powierzchnię. Nie o to jednak w książce chodzi. Proste słownictwo i pozornie banalny przekaz tej powieści, są środkami do przekazania czegoś więcej. Kluczowa w tym wypadku wydaje się być pewna znajomość kontekstu historycznego. W latach ’60tych Japonia (podobnie zresztą jak reszta świata) powstała po wojennej apokalipsie. Nowe pokolenie dochodzi do głosu. Podstawowe potrzeby są zaspokojone, panuje powszechny dobrobyt. Młodzi ludzie, nie pamiętający głodu i wojny, poszukują nowych potrzeb, a w konsekwencji dróg ich zaspokajania. Rozwijają się ruchy anarchistyczno – komunistyczne, kiełkuje idea równouprawnienia i tolerancji rasowej i płciowej. W takiej rzeczywistości próbuje odnaleźć się Toru – główny bohater „Norwegian Wood”.

Powieść czyta się piorunem. Uciekającym stronom często towarzyszą przyspieszone tętno i wypieki na twarzy, co dziwi, ponieważ narracja jest niespieszna, a tempo wydarzeń leniwe, często wręcz refleksyjne. Taki stan rzeczy jest zasługą trafiającego wprost w czytelnika ładunku emocjonalnego, który zgrabnie mija nasze mechanizmy obronne.

Chwilami przeszkadzała mi w książce nadmierna „fizyczność” i wolność seksualna. Murakami nie ucieka od scen łóżkowych, odniosłem wrażenie, że były one niejednokrotnie nawet jego celem. „Norwegia Wood” pełne jest masturbacji, wolnej miłości, pieszczot, dotykania członka czy wilgoci w majteczkach. Chociaż może to przeszkadzać, było jednak elementem koniecznym. Wspomniane wcześniej realia w jakich Murakami zakotwiczył fabułę powieści, wymagały dla pełnego i rzetelnego obrazu elementów „łóżkowych”, nawet tych ordynarnych. Nie zapominajmy, że na świecie panowali wtedy hipisi, anarchiści oraz ich rozmaite pochodne. W tym kontekście, to co dzieje się na kartach książki, nie szokuje już tak bardzo.

„Norwegia Wood” to opowieść o poszukiwaniu siebie w trudnych czasach. Opowieść świetnie napisana o orientalnym słodko – gorzkim smaku, raczej dla dorosłego czytelnika potrafiącego zdystansować się do dużej dawki seksu. Emocjonalnego obrazu dopełnia przemycona dawka historycznych realiów, która niczym szczypta przyprawy dodaje literackiemu posiłkowi charakteru. Jeżeli nie boicie się lekko pornograficznej książki z historycznym tłem dodatkowo zanurzonej we wręcz egzotycznym dla europejczyka japońskim sosie emocjonalno behawioralnym, wtedy „Norwegian Wood” polecam. Niezdecydowani, zawsze mogą przeczytać ją ot tak, po prostu, wtedy będzie to całkiem ciekawy romansik a’la love story a może niektórzy dopatrzą się w nim nawet jakiejś magii.

Polecam gorąco!

Wydawca: Muza

Ilość stron: 472

Data wydania: luty 2006

Moja ocena: niby słodka, a jednak gorzka. tak!

Reklamy

„Za dużo wina Toskanii” Dario Castagno

Wiosną na dworze można często zaobserwować tajemnicze kuleczki puchu unoszące się delikatnie na wietrze. Zapewne niosą one w sobie jakieś zarodniki czy nasionka rośliny sprytnej na tyle, by rozmnażać się w tak pomysłowy sposób. Potrafię nieraz zapatrzeć się na taki pojedynczy mały obłoczek i żyjąc jego życiem płynąć na fali niewidzialnej siły. Obserwowanie go ma w sobie pewien nieodgadniony magnetyzm, a im dłużej się w niego wpatruję, tym więcej zauważam detali w tle. Lektura trzeciej książki Dario Castagno, zatytułowanej „Za dużo wina w Toskanii”, ma w sobie tajemniczą siłę owego puszka. Im dłużej się z nią obcuje, tym trudniej się od niej oderwać.

„Jedzenie bez wina jest jak stawianie muru na sucho.”*

Niełatwo jednoznacznie sklasyfikować najnowszą powieść Castagno. Jest to zasadzie autobiografia, napisana na schemacie korespondencji autora z przedstawicielką zagranicznego wydawnictwa, Mią Lane. Pierwsze kilkadziesiąt stron, to niemrawe wprowadzenie w sielski świat w jakim przyszło żyć Dariowi. Opis widoków i piękna przyrody w pewnym momencie na szczęście ustępuje miejsca rozkręcającej się niespiesznie fabule. Autor w meilach przesyła agentce swoje coraz to śmielsze wspomnienia z winem w tle. Nie spodziewa się jednak, że nieśmiała korespondencja może przerodzić się w coś więcej.

„Wino trzyma melancholię na dystans.”*

Na początku musze napisać o zakończeniu, bo nie wytrzymam – tak bardzo chcę się podzielić swoim zachwytem. Kiedy doczytywałem „Toskanię” czułem w piersi dziwny ucisk. Dopiero po chwili doszedłem do tego, że się najnormalniej w świecie wzruszyłem. Uwierzcie mi, to się nie zdarza często. Ba! To się nie zdarza prawie wcale podczas moich kontaktów z literaturą. Castagno zdołał napisać coś autentycznego i pięknego. Zakończenie odbiera dech w piersi.

„Wino wcieka, rozum wycieka”*

Droga do tak wspaniałego finału nie jest już niestety tak spektakularna. Pierwsza „setka” to prawie droga przez mękę. O ile przez kilka stron nawet przyjemnie mi się czytało opisy przyrody i spożywania wina na jej łonie, o tyle szybko stało się to nudne. Potem pozostało mi jeszcze przedrzeć się przez kilka rozdziałów o historii produkcji wina w Chianti, która co poniektórych może nawet zainteresować i nastąpił rozdział jedenasty, czyli „Ostatni Spęd” i się zaczęło.

„Co nie kończy się na winie, kończy się łzami i westchnieniami.”*

Od wspomnianego jedenastego rozdziału, książka nabiera wiatru w żagle i rusza z kopyta niczym Kusznierewicz jachtem. Dario w swoich autobiograficznych wspomnieniach wymienianych z Mią przeciąga czytelnika przez pełne spektrum emocji. Początkowo śmieszy, daje do myślenia i intryguje, później wzrusza by już w następnym rozdziale znowu powalić na kolana przezabawną historyjką. Jeden element pozostaje jednak stały dla każdego z rozdziałów – wino leje się litrami. Warto dodać, że nie byle jakie wino, a na przykład lokalnej produkcji Chianti w różnych odmianach.

„Dobre wino jest jak dobra zabawa, nigdy nie przetrwa długo.”*

Muszę wspomnieć słów kilka o tłumaczeniu. Panu Andrzejowi Zakrzewskiemu należą się za nie głośne brawa. Dawno już nie czytałem tak dobrze przełożonej książki. Język jest żywy i nie ucieka od trudniejszych zwrotów. Poetycka opowieść Castagno stoi dzięki temu na wysokim poziomie i obcowanie z nią jest bardzo przyjemnym doznaniem. Prawdziwa perełką są przysłowia ludowe powplatane w tekst, pozostawione w oryginalnym języku. Polska ich wersja znajduje się w nawiasie pozostawiano jakby specjalnie z boku by nie przeszkadzała. Świetny zabieg.

„Wino jest dobre, ale często zrzuca jeźdźca.”*

Za dużo wina Toskanii” to książka, którą najlepiej porównać do butelki dobrego wina. Pierwszy łyk często bywa kwaśny i krzywi usta w grymasie niesmaku, jednak kiedy zagłębimy się w oryginalnym bukiecie, każdy kolejny kieliszek będzie sprawiał rosnącą przyjemność aż po ostatni łyk, który chłonie się z żalem. Taka właśnie jest powieść Dario Castagno. Kończy się ją z wielkim smutkiem i niechętnie odkłada na półkę. Polecam ją w zasadzie każdemu. Skoro poruszyła takiego suchara jak ja, to pewnie i z Wami da radę.

*wszystkie cytaty pochodzą z książki, w której jest ich znacznie, znacznie więcej.

Polecam!

Wydawca: Pascal

Ilość stron: 368

Data wydania: czerwiec 2011

Moja ocena: 8/10

„Dziewczynki ze świata maskotek” Anja Snellman

Są takie słowa, które po prostu „ist­nieją” w naszym języku – nigdy nie zastanawiamy się nad ich znaczeniem, nie doszukujemy się ich alter­natyw­nych inter­pretacji. Często wyrazy te zakorzenione zostały w nas w dzieciń­stwie. Naj­now­sza książka Anji Snel­l­man roz­prawia się brutal­nie i skutecz­nie właśnie z takim słowem, które towarzyszy nam od naj­młod­szych lat. Pożegnaj­cie się z „maskot­kami”. Po prze­czytaniu Dziew­czynek ze świata maskotek nigdy już nie zabrzmią one tak samo jak przedtem.

Maskotka – przed­miot mający przynosić szczę­ście, amulet

Świat prze do przodu. Schen­gen zniosło wewnętrzne granice Europy. Globalizacja zaciera stop­niowo róż­nice kul­turowe. Żyjemy w global­nej wiosce. Samoist­nie tworzy się w ten spo­sób inkubator prostytucji. W takim świecie znaj­duje się Jasmin – prze­ciętna czter­nastolatka, miesz­kająca w bliżej nieokreślonym europej­skim mie­ście. Chodzi do szkoły, uczęsz­cza na treningi zespołu cheer­leaderek i na lek­cje jazdy kon­nej. Prowadzi spo­kojne, miej­skie życie aż do momentu, kiedy poznaje Lindę. Nowa koleżanka pokazuje naszej bohaterce zupeł­nie odmienną stronę świata „moc­nej” zabawy. Jed­nak chyba żadna z nich, nie przy­pusz­cza, że nie­po­zorna praca w sklepie ze zwierząt­kami – maskot­kami uczyni z nich „maskotki” właśnie.

Maskotka – zabawka w postaci zwierzęcia

Anja Snel­l­man pod­jęła się nie­łatwego tematu. Książka szczegółowo i wiarygod­nie opisuje świat nastolet­niej prostytucji. Autorka prze­prowadziła sporo roz­mów z osobami bez­pośred­nio związanymi z branżą i efekt tego jest doskonale widoczny. Pod­czas czytania ma się wrażenie obcowania z literaturą faktu – tak auten­tyczny obraz bije ze stron powieści.

Drobiazgowe i często makabryczne sceny potęguje język, jakim posługuje się autorka. Jest on oszczędny, miej­scami wręcz ascetyczny, co doskonale spraw­dza się w prak­tyce. Z nie­których scen emanuje pewna surowość, a wyobraź­nia pod­suwa wyprane z kolorów obrazy (wrażenie potęguje także szarobura okładka).

Maskotka – nie­let­nia dziew­czynka, świad­cząca usługi seksualne.

Bar­dzo ciekawy temat i świetny język powie­ści skutecz­nie zaprzepasz­cza jed­nak chaos, jaki panuje w Dziew­czyn­kach ze świata maskotek. Przez pierw­szych kil­kadziesiąt stron ciężko jest prze­brnąć. Wygląda to tak, jakby Anja Snel­l­man miała mnóstwo materiału i tysiące pomysłów, jed­nak nie do końca wiedziała, co z tym chce zrobić. Akcja roz­poczyna się jakby od końca. Jest sporo nie­do­mówień. Wynik: zamiast zaciekawienia, jest irytacja.

Na szczę­ście w pew­nym momen­cie całość jakoś się zazębia. Nie­po­strzeżenie książka połyka i czyta się ją z wypiekami na twarzy i strachem w sercu. Zbliżając się do końca historii Jasmin, miałem już przed oczami, jakie pieśni pochwalne będę o niej pisał, jak będę wszyst­kich do niej zachęcał i… autorka zepsuła koń­cówkę. Jest ona napisana jakby na siłę i podob­nie jak począt­kowe strony, nieco chaotycz­nie. Nie wiem, czy wydawca nalegał na takie zakoń­czenie, czy sama autorka koniecz­nie chciała książkę domknąć – wyszło sztucz­nie i dziwnie.

Maskotka – …

Dziew­czynki ze świata maskotek to pozycja dobra. Potrząsnęła nieco moim światopoglądem, lecz zrobiła to nader sub­tel­nie. Naj­moc­niej­szą jej stroną jest doskonale i kom­plek­sowo opracowany temat. Uzupeł­nia go epilog, w którym Snel­l­man przed­stawiła skróconą historię prostytucji. W samej powie­ści zawiódł chyba nieco kon­spekt. Gdyby fabuła została poprowadzona gładko, mielibyśmy do czynienia z książką rewelacyjną. Nie­stety, Dziew­czynki… czyta się miej­scami ciężko, co nie zmienia jed­nak faktu, że już nigdy żadnego misia nie nazwę maskotką bez uczucia niepokoju.

Umiar­kowanie polecam.

Wydawca: Świat Książki

Ilość stron: 269

Data wydania: styczeń 2011

Moja ocena: 6/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.

Niespodziewajka:) „Trzepot skrzydeł” Katarzyna Grochola

Raz w roku przypada taki dzień, kiedy faceci otwarcie przyznają, że świat należy do kobiet. W pozostałe dni nic się nie zmienia, światem nadal (podprogowo) trzęsie płeć piękna, jednak już my, brzydale, nie jesteśmy skłonni zgodzić się z tym otwarcie. Niestety czasami zdarzają się „mężczyźni”, którzy z tą sytuacją nie potrafią się pogodzić i starają się ją zmienić… niestety na siłę.

„Trzepot skrzydeł” opowiada historię Hanki. Spotyka ona na swojej drodze szarmanckiego mężczyznę. Wszystkie koleżanki zazdroszczą jej świetnego chłopaka. To nic, że miał już kiedyś żonę. Ona była zła. Zostawiła go przecież bez słowa pożegnania. Elokwentny, wykształcony i przystojny – Hanka po prostu nie mogła odmówić, kiedy poprosił ją o rękę. Z czasem, sielankowe życie u boku błyskotliwego i wspaniałego męża, zmienia się jednak w coraz trudniejszą walkę o miłość, a czasem nawet o przetrwanie.

Ktoś kiedyś mi powiedział, że jeśli pytasz, czy wyjść za mąż, to nie wychodź, bo to znaczy, że człowiek jeszcze nie dojrzał do samodzielnej decyzji, to nie dojrzał tym bardziej do wspólnego życia, do wzięcia odpowiedzialności również za drugiego człowieka.

Musze przyznać, że podchodziłem ostatnio do kilku pozycji spośród szeroko pojętej literatury kobiecej. Po takim rekonesansie mogę rzetelnie stwierdzić, że „Trzepot skrzydeł” jest napisany naprawdę dobrze. Książkę czyta się bardzo szybko. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, za pomocą wyznań pisanych przez Hankę. Całość przypomina nieco list, poprzetykany wspomnieniami z młodości. Taka forma sprawnie buduje więź czytelnika z główną bohaterką.

Nie czujemy się kochani, dopóki choć jedna osoba na ziemi nie pozna nas dogłębnie. Takimi, jakimi jesteśmy naprawdę a nie takimi jakimi chcielibyśmy być.

Udanym pomysłem, jest zastosowanie krótkich akapitów. Takie „poszatkowanie” tekstu i częste zmiany miejsca i czasu akcji spotkałem ostatnio w „Drodze” McCarthy’ego. Może jest to bardzo karkołomne porównanie, jednak zarówno w tamtej książce jak i w „Trzepocie skrzydeł”, zabieg ten sprawdza się równie dobrze. Sprawnie buduje suspens (o ile można w takiej książce mówić o czymś takim), oraz potrafi dać odczuć czytelnikowi, jak zagubiona jest Hanka. Każdy akapit budzi niepewność. Czy to tylko wspomnienia? Czy już rzeczywistość? Czy uderzy już teraz, czy dopiero w następnym akapicie?

Właściwie, to dobre słowo. Taka przykrywka do wszystkiego, czego nie chcemy powiedzieć. , to znaczy, nie, nie dobrze, ale prawie źle, ale po co ci o tym mówić. (…)Właściwie – znaczy prawie kłamstwo. Właściwie nic mi nie jest. To znaczy jest mi wszystko.

Kiedy brałem na celownik książkę odpowiednią na dzisiejszą okazję, nie przypuszczałem, że trafię w powieść tak uniwersalną. „Trzepot skrzydeł” wywołuje silne, aczkolwiek bardzo różne uczucia, w zależności od płci odbiorcy. Opowieść o maltretowanej kobiecie zapada głęboko w pamięć. Paradoksalnie książka pisana dla kobiet, staje się pozycją obowiązkową dla każdego faceta – szczególnie posiadającego potomstwo.

Chwil spędzonych z książką nie żałuję. Można się przyczepić do trochę naiwnego zakończenie, czy pewnych uproszczeń w fabule, jednak liczy się efekt końcowy, a ten jest „silny”. „Trzepotu skrzydeł” nie zapomnę długo, tego jestem pewien. Polecam niezdecydowanym. Grochola, jako pisarka, nabrała w moich oczach zupełnie innego wymiaru.

Polecam!

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Ilość stron: 168

Data wydania: 2008

Moja ocena: 7/10

Korzystając z okazji: Dziewczyny! Najlepszego z okazji Waszego święta:)))

„Dżozef” Jakub Małecki

Mamy dopiero styczeń, a ja już mam kandydata na moją książkę roku. Mocno zacząłem? Nie, to nie ja. Mocno pojechał Mełecki pisząc „Dżozefa”.

Przyznam szczerze, że na książkę zwróciłem uwagę za sprawą świetnej okładki. Jakub Małecki to pisarz dotąd bliżej mi nie znany. Pierwotnie chciałem poznać się z tym panem przy okazji „Zaksięgowanych” jednak okładkowa, drewnopodobna koza podbiła moje serce.  Z czasem okazało się, że nie ona jedna.

„Dżozef”  opowiada o perypetiach pewnego dwudziestotrzylatka Grziesio Bednara, ksywa Grzechu. Dostaje się on na oddział laryngologiczny miejscowego szpitala w celu zoperowania złamanego nosa. Na sali poznaje Kurza i Marudę. Z czasem dołącza do nich pan Stasiu (Czwarty) – nieco dziwna postać. Czwarty pewnego dnia w gorączce zaczyna snuć opowieść, która niespodziewanie przykuwa uwagę kolegów z sali. W sumie nie było by w tym wszystkim nic dziwnego, gdyby nie znikające drzwi, Joseph Conrad (stąd tytuł powieści jak mniemam) oraz pewien wyjątkowo wredny Kozioł Drewniak.

Celowo zarysowałem fabułę tak lakonicznie. Sam zabierałem się za książkę zupełnie nic o niej nie wiedząc i pozwoliłem się zaskoczyć. Jest to najlepsza droga do poznania „Dżozefa”, który zaczyna się jak powieść dresiarska, szybko jednak ewoluując w coś znacznie bardziej skomplikowanego. Horror, dramat czy nutka fantastyki – książkę naprawdę trudno sklasyfikować. Paradoksalnie owo zróżnicowanie idealnie zagrało, ale o tym za chwilę.

Książka napisana jest prostym, acz nie prostackim językiem. Celowo podkreślam ten fakt, ponieważ szufladkowanie jej w kategorii powieści dresiarskiej, może nasunąć wam błędne przypuszczenia. Nie brakuje w niej określeń typowych dla naszych rodzimy „dresów”, jednak stanowią one zaledwie tło, które kontrastuje ze zdarzeniami pierwszego planu. Zabieg taki sprawdził się rewelacyjnie. Blokowy slang w połączeniu z wtrąceniami z Conrada, aż zgrzyta w bezpośrednim połączeniu, jednak o dziwo nie razi.

„Dżozefa” czyta się błyskawicznie. Akcja pędzi do przodu i nie zwalnia. Zagadnienie dłużyzny w niej po prostu nie występuje. Uczucie zagrożenia wzrasta z każdą stroną i to zarówno w sali szpitalnej, jak i w opowieści snutej przez Czwartego. Jednak sam suspens to nie wszystko. W kilku miejscach w książce uśmiałem się do łez, w innych znowu wzruszyłem. Trudno mi oddać to wrażenie, jakie udaje się Małeckiemu wywrzeć na czytelniku, o tym po prostu musicie przekonać się sami.

Prawdziwymi perełkami „Dżozefa” są jednak jego bohaterowie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio targały mną takie emocje związane z fikcyjnymi postaciami. Grzechu stał się praktycznie moim ziomkiem – kibicowałem mu z zapartym tchem i trzymałbym za niego kciuki, gdybym nie musiał trzymać książki. Z Kurzem, gdyby tylko się dało, od ręki poszedłbym na bronka, a Drewniak… tak, to już po prostu czysta nienawiść. Jednak czy tak do końca? O postaciach drugoplanowych nie będę pisał. Zaznaczę tylko, że są równie wyraziste i ludzkie jak reszta.

Najlepsze zostawiłem jednak na koniec. Moim zdaniem, „Dżozef’ to książka, która ma w sobie moc. Kiedy zbliżałem się do końca, błagałem w myślach, żeby autor zamknął i podsumował całość. Na szczęście tak też się stało. Mimo, że powierzchownie rozwiązania proponowane przez autora wydają się być mocno naciągane, to trafiają mocno i celnie. Książka jest po prostu wbetonowana w naszą polską rzeczywistość i tym wygrywa. Blokowisko, dresiarze, brak perspektyw i pracy, na pierwszy rzut oka gorzej być nie może. Jednak czy aby na pewno?

Najnowsze dzieło Małeckiego można traktować dosłownie. Wtedy rzeczywiście będzie ono bardzo dobrą powieścią dresiarską z nutką realizmu magicznego. Ja jednak proponuję pogrzebać w niej trochę, doszukać się porównań i przenośni od których „Dżozef” aż pęka. Błyskotliwa historia, genialne postacie, rewelacyjny język i kipiące emocje. Dla mnie ideał. Polecam ją wszystkim. Dziewczyny – dajcie ją swoim facetom, ta książka potrafi wywrócić kopułę do góry nogami, a typowo dresiarki początek wciągnie ich zupełnie niepostrzeżenie w cholernie dobrą opowieść, w której rządzi wredny Drewniak.

Książkę polecam słowami Grzecha: „normalnie MA-SA-KRA!”

Wydawca: WAB

Ilość stron: 378

Data wydania: styczeń 2011

Moja ocena: 10/10

„Mariola, moje krople…” Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Na wszelkiej maści blogach i portalach od jakiegoś czasu systematycznie pojawiają się książki pani Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk. Jako człowiek ciekawski miałem ochotę zapoznać się z którąś z nich jednak – jak się pewnie domyślacie – nie uśmiechała mi się perspektywa czytania „Cukierni pod Amorem”. Najnowsza powieść „Mariola, moje krople…” rozwiązała jednak ten problem.

Akcja powieści toczy się w jakimś niewielkim miasteczku, leżącym gdzieś w województwie dolnośląskim. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt że jest listopad 1981 roku. W całym kraju szerzą się strajki, solidarność zaczyna wychodzić z ukrycia i mniej lub bardziej otwarcie krytykować ówczesną władzę. Tak niespokojne czasy nie robią jednak wrażenia na ekipie miejscowego teatru, która jakby oderwana od rzeczywistości, mierzy się z codziennymi problemami takimi jak: bimber, nielegalne powielacze, świnka Małgosia w piwnicy czy nawiedzający ich nieustannie pierwszy sekretarz Martel.

„Mariola, moje krople…” w całości dzieje się w budynku teatru i książka napisana jest jakby na wzór sztuki w nim wystawianej. W tekście dominują dialogi. Opisy są skąpe i ograniczają się w większości do opisywania reakcji i zachowań danych osób. Powoduje to, że książkę powinno czytać się szybko i sprawnie i tak też w rzeczywistości jest. Przynajmniej na początku.

Pierwsze kilkadziesiąt stron to majstersztyk! Mnóstwo pomysłów, komiczne puenty i ciekawi bohaterowie, budują kunsztowny i dowcipny obraz, rodem z najlepszych PRLowskich komedii. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby w tym momencie książka się skończyła. Niestety historia ciągnie się dalej – dosłownie. Gdzieś od połowy „Mariola, moje krople…” zaczyna nużyć. Co prawda sama końcówka powieści próbuje trochę podgonić tempo, ale na niewiele się to zdaje.

Po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że książce brakuje po prostu fabuły. Niby jest motyw z przedstawieniem dla radzieckiej delegacji, ale nie scala on książki ani nie angażuje specjalnie czytelnika. „Mariola, moje krople…” przypominała mi zapis skeczy, spisanych przez jakiś kabaret. Pomysł z teatrem jest fajny i dobrze zrealizowany, jednak 300 stronnicowa powieść powinna mieć solidne rozwinięcie i zakończenie.  Książka zaczyna się fajnie i niestety tym „fajnym” tempem toczy się równo aż do samego końca, gdzieś w połowie wywołując przesyt.

Czas podsumować jak wypadło moje pierwsze spotkanie z panią Małgorzatą Gutowską – Adamczyk. „Mariola, moje krople…” to po prostu dobra książka. Nie żałuję absolutnie, że ją przeczytałem, jednak polecam z umiarkowanym optymizmem. Zaskoczyła mnie fenomenalnym poczuciem humoru, świetnymi postaciami i zdolnością uchwycenia specyficznego klimatu, jaki panował w naszym kraju w tych trudnych latach. Zawiodła zaś głównie fabułą, a raczej jej brakiem, oraz jednostajnością która z czasem wręcz męczy. Mogła być perełka, a jest mocny średniak.

Wydawca: Świat Książki

Ilość stron: 302

Data wydania: 2011

Moja ocena: 6/10