Archive for the ‘ Literatura piękna ’ Category

„Mariola, moje krople…” Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Na wszelkiej maści blogach i portalach od jakiegoś czasu systematycznie pojawiają się książki pani Małgorzaty Gutowskiej – Adamczyk. Jako człowiek ciekawski miałem ochotę zapoznać się z którąś z nich jednak – jak się pewnie domyślacie – nie uśmiechała mi się perspektywa czytania „Cukierni pod Amorem”. Najnowsza powieść „Mariola, moje krople…” rozwiązała jednak ten problem.

Akcja powieści toczy się w jakimś niewielkim miasteczku, leżącym gdzieś w województwie dolnośląskim. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt że jest listopad 1981 roku. W całym kraju szerzą się strajki, solidarność zaczyna wychodzić z ukrycia i mniej lub bardziej otwarcie krytykować ówczesną władzę. Tak niespokojne czasy nie robią jednak wrażenia na ekipie miejscowego teatru, która jakby oderwana od rzeczywistości, mierzy się z codziennymi problemami takimi jak: bimber, nielegalne powielacze, świnka Małgosia w piwnicy czy nawiedzający ich nieustannie pierwszy sekretarz Martel.

„Mariola, moje krople…” w całości dzieje się w budynku teatru i książka napisana jest jakby na wzór sztuki w nim wystawianej. W tekście dominują dialogi. Opisy są skąpe i ograniczają się w większości do opisywania reakcji i zachowań danych osób. Powoduje to, że książkę powinno czytać się szybko i sprawnie i tak też w rzeczywistości jest. Przynajmniej na początku.

Pierwsze kilkadziesiąt stron to majstersztyk! Mnóstwo pomysłów, komiczne puenty i ciekawi bohaterowie, budują kunsztowny i dowcipny obraz, rodem z najlepszych PRLowskich komedii. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby w tym momencie książka się skończyła. Niestety historia ciągnie się dalej – dosłownie. Gdzieś od połowy „Mariola, moje krople…” zaczyna nużyć. Co prawda sama końcówka powieści próbuje trochę podgonić tempo, ale na niewiele się to zdaje.

Po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że książce brakuje po prostu fabuły. Niby jest motyw z przedstawieniem dla radzieckiej delegacji, ale nie scala on książki ani nie angażuje specjalnie czytelnika. „Mariola, moje krople…” przypominała mi zapis skeczy, spisanych przez jakiś kabaret. Pomysł z teatrem jest fajny i dobrze zrealizowany, jednak 300 stronnicowa powieść powinna mieć solidne rozwinięcie i zakończenie.  Książka zaczyna się fajnie i niestety tym „fajnym” tempem toczy się równo aż do samego końca, gdzieś w połowie wywołując przesyt.

Czas podsumować jak wypadło moje pierwsze spotkanie z panią Małgorzatą Gutowską – Adamczyk. „Mariola, moje krople…” to po prostu dobra książka. Nie żałuję absolutnie, że ją przeczytałem, jednak polecam z umiarkowanym optymizmem. Zaskoczyła mnie fenomenalnym poczuciem humoru, świetnymi postaciami i zdolnością uchwycenia specyficznego klimatu, jaki panował w naszym kraju w tych trudnych latach. Zawiodła zaś głównie fabułą, a raczej jej brakiem, oraz jednostajnością która z czasem wręcz męczy. Mogła być perełka, a jest mocny średniak.

Wydawca: Świat Książki

Ilość stron: 302

Data wydania: 2011

Moja ocena: 6/10

Reklamy

„Strażnik sadu” Cormac McCarthy

Stary, zapusz­czony sad gdzieś w zapo­mnianej zakątku Ten­nes­see. Wokół drzewa schną w mar­twej w ciszy, znisz­czone pod­czas urodzaju, kiedy ciężar owoców przy­gwoź­dził je do ziemi. Pośród nich samotny starzec, wątły i kruchy niczym naj­star­sze z nich, skrywa pewien sekret… Tak. Była postapokalip­tyczna Droga, był dziki Krwawy połu­dnik i mroczne Dziecię boże, teraz przy­szedł czas na, ekologicz­nego Straż­nika sadu.

W tym miej­scu powinienem zarysować mniej więcej fabułę książki. Tylko co zrobić w momen­cie, kiedy opowiadana historia jest tłem dla praw­dziwej, acz ukrytej tre­ści powie­ści? Straż­nik sadu to opowieść o młodym chłopaku Joh­nie Wesley’u, miesz­kającym samot­nie z matką w roz­padającym się domku na zboczu góry. Pew­nego dnia John jest świad­kiem wypadku samo­chodowego. Wyciąga on z wraku męż­czyznę – Mariona Syl­dera, lokal­nego szmuglera, który kilka lat wcześniej zamor­dował ojca chłopaka (ten jed­nak o tym nie wie). W wątek ten wpleciona jest postać wspo­mnianego wcześniej starca – tytułowego straż­nika sadu, który pil­nuje zwłok męż­czyzny wrzuconych do starego zbior­nika. Fabuła od początku nie stanowi w zasadzie naj­mniej­szej zagadki. Wszystko jest wyjaśnione i pozostaje śledzić nam jedynie roz­wój wypad­ków – bar­dzo powolny roz­wój wypadków.

Cor­mac McCar­thy, jak w każ­dej swojej powie­ści i tym razem skupił się na czymś znacz­nie głęb­szym niż sama historia. Instynk­tow­nie wyczuwałem, że Straż­nik sadu, to jego pierw­sze dzieło. W now­szych wyraźny nacisk McCar­thy kładzie na psychikę człowieka, na ewolucję, jaką prze­chodzi on na skutek róż­nych zdarzeń. W tym wypadku pisarz jakby dopiero błądził w tych ciem­nych korytarzach ludz­kiej men­tal­no­ści. Nie znaj­dziecie w Straż­niku tej głębi, jaka tchnie z innych jego książek. W nie­których miej­scach widać, że autor czynił nie­śmiałe próby w tym kierunku, lecz były one jedynie jak mącenie lustra wody, zamiast skoku w jej toń.

Czy to oznacza, że ta historia jest płyta i błaha w porów­naniu z resztą twór­czo­ści pisarza? Absolut­nie nie. McCar­thy położył w niej nacisk na zupeł­nie inne kwestie. By dostrzec smaczki, nie wolno Straż­nika sadu czytać w pośpiechu. Pierw­sze, co rzuciło mi się w oczy, to nie­spotykane, wręcz poetyc­kie opisy dzikiej, nie­ujarz­mionej przy­rody. Opis drzew, zmian zachodzących w pogodzie, rzeki płynącej leniwie w lecie a burz­liwie wiosną, polowania z psami na oposy i łasice, a to wszystko opisane w tak plastyczny i nie­zwykły spo­sób, że obrazy same wyłaniają nam się przed oczyma. W środku zaś tej natural­nej scenerii – człowiek, jed­nak w tym wypadku nie jako władca, a jako element świata, pod­porząd­kowany pier­wot­nej sile. Zdany na jej łaskę. Surowy, nie zmięk­czony cywilizacją, zmuszony wal­czyć o przetrwanie.

Książce należy poświęcić mak­simum kon­cen­tracji. To nie jest lek­tura do autobusu czy tram­waju. By chłonąć wykreowany przez Cor­maca świat, należy się wyciszyć i skupić. Dopiero, kiedy zamilk­nie tak naturalny dla współ­czesnego człowieka hałas myśli w głowie, zaczną docierać do nas sub­telne emocje i wrażenia płynące ze stronic Straż­nika sadu. Autor prze­myca wiele drob­nych elemen­tów opisujących realia począt­ków XX wieku w Stanach i łączy je z pozor­nie banalną fabułą. By w pełni cieszyć się Straż­nikiem… należy kawałki te poskładać ze sobą niczym puz­zle, by ukazał się pełny obraz. Relacje chłopca i męż­czyzny (czyli dwojga ludzi szukających odpowied­nio sub­stytutu ojca i syna), starzec chadzający własnymi drogami, wskazujący nam nie­które istotne elementy, w tle echo wojny secesyj­nej i rasizm, problem władzy, korup­cja… Nie raz poczujemy żal, że postępująca cywilizacja zabija pier­wot­nego ducha tej krainy.

Nie potrafię jed­noznacz­nie ocenić Straż­nika sadu. Z pew­no­ścią jest to wspaniała, poetycka opowieść, która snuje się leniwie niczym poranna mgła pomiędzy drzewami w ciem­nym lesie. Patrząc jed­nak z per­spek­tywy czytel­nika nieobeznanego z prozą McCarthy’ego, książka robi wrażenie zawiłej i, nie­stety, błahej historii z irytującymi, roz­wlekłymi opisami. Polecam Straż­nika… ludziom cier­pliwym, zdol­nym delek­tować się jed­nym tytułem przez co naj­mniej kilka dni, którzy będą w stanie dostrzec to ukryte, nieoczywiste piękno, którzy będą wracać po kilka razy do kon­kret­nego akapitu, by wyssać z niego całą esen­cję prze­kazu. Ocenę ustalam jako wypad­kową pomiędzy czytel­nikus pospolitus czytel­nikus emocjonalitus. Ci pierwsi od oceny niech odejmą sobie punk­cik, a drudzy dodadzą… może nawet trzy.

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Ilość stron: 276

Data wydania: październik 2010

Moja ocena: 5/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.

„Istny raj” Ross Raisin

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka, trafiła niedawno w moje ręce książka Rossa Raisin’a zatytułowana Istny Raj. Przyznaję, że gdyby nie otrzymał jej do recenzji, raczej nie sięgnąłbym po nią z własnego wyboru. Książka jest debiutem autora. Po raz pierwszy wydana została w Wielkiej Brytanii w 2008 roku, pod tytułem God’s Own Country.. Jak powszechnie wiadomo, nieczęsto zdarza się by debiutancka powieść okazywała się czymś więcej, niż jedynie zapowiedzią talentu autora. Czas więc odpowiedzieć na pytanie: Czy pierwsza powieść Raisin’a to zaledwie poprawny debiut, czy coś więcej?

Akcja osadzona została w małym miasteczku, gdzieś na północy Anglii wśród hektarów dzikich wrzosowisk, deptanych co dzień przez pstrokato ubranych turystów. Sam Marsdyke, 17 letni chłopak, którego wydalono 2 lata wcześniej za domniemaną próbę gwałtu ze szkoły, pomaga swojemu ojcu prowadzić niewielką owczą fermę. W wolnych chwila włóczy się po niekończących się łąkach snując rozmyślania. Poznajemy go w momencie, kiedy ukryty za murkiem, obrzuca łajnem jedzących śniadanie turystów. Od samego początku czytelnik wie, że w głowie Sama nie wszystko jest poukładane jak u każdego przeciętnego nastolatka. Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, co pozwala nam bliżej utożsamić się z uczuciami chłopaka. Zachwyca przede wszystkim jego wyobraźnia i bogactwo określeń jakie ona generuje. Określenia takie jak: francowate gnojki, czuć się dobrze jak świnia w szambie czy szczęśliwy jak świnia przy korycie, to tylko niektóre perełki. Kłopoty zaczynają się w momencie kiedy w do sąsiedniej farmy wprowadza się nowa rodzina z nastoletnią córką.

Angielska wersja okładki.

Całą książkę wypełnia po same brzegi postać głównego bohatera. Jego tok myślenia czy sposób prowadzenia rozmowy jest inny, niż w dotychczas czytanych przeze mnie powieściach. Mieszkańcy wsi są przekonani, że mają do czynienia z lekko nadpobudliwym, opóźnionym intelektualnie chłopakiem. Prawda okazuje się jednak dużo bardziej złożona i groźna. Wyobraźnia Sama podsuwa mu momentami niezwykłe jak i przerażające obrazy. Potrafi on sięgać planami wiele dni do przodu. Jestem pełen podziwu dla Rossa Raisin’a, stworzył on postać na tyle złożoną, że w jednej chwili czujemy z nią więź by za moment odepchnąć nas z odrazą. Uczucia sympatii i solidarności mieszały się we mnie z niepokojem i rezerwą w stosunku do Marsdyke’a, podczas całej lektura.

Język powieści również zasługuje na pochwałę. Pan Tomasz Bieroń – tłumacz – stanął na wysokości zadania. Udało mu się przenieść z angielskiego oryginału ten specyficzny styl Sama i jego wypowiedzi. Czuć, podczas czytania, że stoi on przed nami i wręcz słyszymy jego myśli w głowie. Równie sugestywne co język bohatera, są same opisy wrzosowisk. Podczas czytania falowały mi w wyobraźni zmieniając kolory wraz z porami roku.

Na koniec chciałem wspomnieć kilka słów o fabule, jednak po chwili zastanowienia, stwierdzam że nie ma o czym. Akcja jest w książce jednowątkowa, nie ma tu miejsca na choćby niewielki zwrot akcji. Samo tempo opowieści zależy wyłącznie od samego bohatera. Nie czułem jednak z tego powodu braku. Sam Marsdyke wypełnia książkę tak dokładnie, że fabuła jest na dalszym planie – liczą się tylko on i wrzosowiska.

Czy więc Istny raj to co więcej niż tylko poprawny debiut? Zdecydowanie tak. Rzadko ma się do czynienia z tak charakterystycznym, wielobarwnym i bezkompromisowym bohaterem jakim jest Sam. Zapada on głęboko w pamięć i gwarantuję, że nie zapomnicie go szybko. Jestem bardzo ciekaw kobiecej opinii na temat tej książki, ponieważ wydaje mi się, że odbiór może być zupełnie różny w zależności od płci a co za tym idzie i wrażliwości czytelnika. Polecam książkę bez wahania każdemu. Jestem zadowolony jak świnia w szambie, że dane było mi ją przeczytać.

Polecam!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 268

Data wydania: 14 września 2010

Moja ocena: 8/10

„Miasto ślepcow” Jose Saramago

Jose Saramago, jako zdobywca nagrody Nobla, w Polsce nabrał sławy głównie za sprawą niedawnego debiutu adaptacji filmowej jednej z jego książek – „Miasta ślepców”. Znajomi już jakiś czas pytali jakie są książki tego wielkiego, znanego Noblisty. Wstyd było przyznać, że nie znam, więc w końcu pod presją otoczenia zdecydowałem się oślepnąć na te 344 strony.

Za górami, za lasami ślepną ludzie…

W nieokreślonym mieście w jakimś kraju ślepnie człowiek. Sprawa o tyle nietypowa, że ślepiec nie zanurza się w ciemnościach a w bieli. Po nim ślepną osoby z jego otoczenia. Rząd szybko reaguje kwalifikując białą ślepotę jako zagrożenie epidemiologiczne. Czy ślepota jest rzeczywiście zaraźliwa? Jakie jest jej źródło? Jakie wywoła konsekwencje? Czy rząd da sobie z nią radę? Odpowiedzi bywają zaskakujące…

Danie postapokaliptyczne w sosie socjologicznym.

Saramago podjął się czegoś dotąd niespotykanego, spróbował ukazać kompletne społeczeństwo pozbawione najbardziej chyba podstawowego zmysłu wzroku. Udało mu się to wspaniale. Książka daje czytelnikowi niezły wgląd w psychikę ludzi i instynkty grupowe oraz udowadnia, że piramida potrzeb Maslowa jest przemyślana jednak zbyt uproszczona. Dla oklepanych z tematyką katastroficzną w literaturze jednak nie znajdzie się tutaj nic odkrywczego.

Ciasto nawet smaczne, kształt jednak „kwadratowy”.

Autor zdecydował się na rzadką formę w jakiej zaserwował powieść czytelnikom. Dialogi są zlane całkowicie z treścią a akapity długie, porozciągane miejscami nawet na kilka stron. Efekt jest taki, że gdy otworzymy książkę na dowolnej stronie mamy wrażenie, że oto trzymamy jakąś encyklopedię. Idealnie wyjustowane kolumny tekstu bez myślników, dialogów czy przerw. Osobiście taka forma przeszkadzała mi do samego końca. Dłuższe dialogi bywały na tyle nieczytelne, że musiałem wracać kilka linijek do góry. Sama długość akapitów również nie ułatwiała mi czytania.

Książka jak bieg na 800m: mocny start, 400 metrów nudnych przepychanek po czym ostatnie 250 pięknego, szybkiego finiszu.

Początek powieści to trzęsienie ziemi, trzyma w napięciu i chce się więcej, mocniej, szybciej. Trwa to jakiś czas i złapałem się w pewnym momencie na tym, że coś mnie wątek nie zachęca do czytania. Zrobiło się filozoficznie, mimo że sceny były mocne a wydarzenia toczyły się w przyzwoitym tempie jakoś ciężko czyta się cały środek powieści, częściowo forma właśnie wprowadza pewną monotonię. Na szczęście jednak jak w biegu na 800m następuje przełamanie i zaczyna się genialny sprint. Okazuje się, że poprzedzające strony to była zaledwie rozgrzewką przed daniem głównym. Aż do ostatniej strony trzymałem książkę MOCNO w rękach.

Grande Finale…

Ciekawa treściowo, nie powalająca jednak oryginalnością. Początkowo denerwujący, nieprzekonujący świat, z czasem powalający jednak szczegółowością. Słabe, przegadane środkowe 200 stron, reszta szarpie nerwami. Nie do końca trafiona forma, okładka wspaniała… oj nierówna jest ta książka. Momentami rewelacyjna, chwilami nużąca…

Summa summarum!

Saramago stworzył coś trudnego do ocenienia. Nie ulega jednak wątpliwości, że każdy miłośnik literatury szeroko pojętej książkę tę przeczytać musi. Ba! Powinien ją posiadać i postawić okładką do przodu! Opowieść trudna, nie uciekająca od niewygodnych tematów, nie pozbawiona też piękna i miłości… Po prostu bardzo dobra!

Polecam! Warto!

Wydawca: Rebis

Ilość stron: 348

Data wydania: październik 2008

Moja ocena: 8/10

„Dziecię Boże” Cormac McCarthy

Jakiś czas temu natknąłem się na na książkę McCarthy’ego „Droga”. Od tamtej pamiętnej chwili stałem się zdecydowanym fanem Pana Cormaca. Później przyszedł czas na „Krwawy południk” i zdecydowanie co do mojego fanatyzmu gdzieś umknęło. Czy trzecia z kolei powieść tego autora przywróci mi wiarę w jego geniusz?

„Dziecię Boże” to jedna z pierwszych powieści McCarthy’ego, napisana w 1974 roku. Fabuła opiera się ponoć na autentycznych wydarzeniach i nie mam powodów by w to wątpić. Akcja toczy się wokół Lestera Ballarda, bezdomnego mężczyzny z bliżej nieokreśloną przeszłością, menela, po trosze alkoholika i szaleńca. Zagłębiając się w powieść, nie wiemy kiedy, wydarzenia z kryminalnych przeradzają się w perwersyjne a zaraz potem, znienacka w psychopatyczne.

McCarthy po raz kolejny zabiera nas na wycieczkę w głąb najgorszych zakamarków duszy i umysłu człowieka. „Dziecię boże” napisane jest prosto. Jak to zwykle bywa u tego autora, brak tu wskazówek dla czytelnika. Treść nie pomaga nam połapać się w psychice szalonego Lestera. Nie znamy jego przeszłości a i opisy często nie określają co dokładnie zrobił nasz główny bohater. Fabuła zostawia nas czasami z delikatnie nie dokończonym/doszlifowanym wątkiem.

Książkę najłatwiej porównać do wspomnianej wcześniej „Drogi” tego samego autora. Widać jednak, że „Dziecię boże” napisane zostało 32 lata wcześniej. Brak tutaj tego niesamowitego minimalizmu, który aż tchnął z postapokaliptycznej wizji świata w „Drodze”. Sama narracja nie jest aż tak perfekcyjna a fabuła, mimo że fenomenalnie poprowadzona, nie zwala aż tak na kolana. Czy jednak mimo tych niewielkich niedopracowań warto ją przeczytać?

Warto! „Dziecię boże” to powieść, która przekona chyba każdego, że Cormac McCarthy w istocie jest pisarzem wielkim. Już prawie 40 lat temu jego warsztat był oryginalny a styl nietypowy. Książkę czyta się szybko i z ogromną satysfakcją. Akcja toczy się wartko, szokuje, przeraża i potrafi wywrócić żołądek do góry nogami. Po raz kolejny zostałem postawiony przed pytaniem: Czy ja jako istota ludzka jestem zdolny do poddania się swojej ciemniejszej stronie? Zadajcie sobie to pytanie i jeżeli zaciekawi was odpowiedz jakiej moglibyście udzielić, śmiało sięgnijcie po „Dziecię boże”… albo lepiej nie…

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Ilość stron: 224

Data wydania: 2009

Moja ocena: 7/10

„Krwawy południk” Cormac McCarthy

Jakiś czas temu w ręce wpadła mi książka McCarthy’ego „Droga”. Opowieść niebanalna i prosta jednakże w tej prostocie czaiła się głębia ludzkiej psychiki. Za tą niewydumaną łatwość w przekazie, autora pokochałem i postanowiłem przeczytać jego najnowszą książkę wydaną w Polsce „Krwawy Południk”.

Powieść ta traktuje o losach chłopca uciekającego z domu, który dostaje się przypadkiem „pod skrzydła” sędziego, psychopatycznego mordercy i grupy jego towarzyszy. Postać sędziego i jego bandy wzorowana jest na autentycznym gangu Johna Glantona, który w XIX wieku grasował na granicy nowo powstałych Stanów Zjednoczonych Ameryki i Meksyku.

Jak to u McCarthy’ego narracja prowadzona jest dość chaotycznie i oszczędnie, przez co zdarzało mi się czasami gubić na krótko wątek. Jak zwykle też brak jest tutaj interpunkcyjnego oznaczenia dialogów. Czasami nie jest jasne co dany bohater wypowiada na głos a co zostaje tylko w jego głowie pod postacią myśli. W samych dialogach zresztą szczególnie irytował mnie fakt, że część z nich jest w całości w języku Hiszpańskim i nie zawsze udawało mi się wyłapać sens danej rozmowy z kontekstu.

Cała historia, jak słusznie głosi okładka, nosi ślady „Piekła Dantego”, „Iliady” i „Moby Dicka”. Można traktować ją jako paraboliczną opowieść o źle czającym się w człowieku i drodze jaką ten przebywa by się w nim zanurzyć. Żadna z trzech wyżej wymienionych książek nigdy nie przypadła mi specjalnie do gustu więc czy ich połączenie jest w stanie to zrobić?

Książka jest wychwalana szczególnie w Ameryce. Nazywana nawet arcydziełem. Być może dla nich, jako że jest to istotna część ich historii może tak być, jednak dla mnie całość była mocno wydumana i szczerze mówiąc nie wiem gdzie doszukiwać się tych zachwytów. Owszem, ścieżka zła jest przedstawiona wyjątkowo realistycznie i skrajnie wręcz krwawo i brutalnie, historia o kowbojach, o ile wiem nigdy nie była jeszcze przedstawiana w tym świetle i całość jest oryginalna. Czy takie cechy świadczą już o wybitności dzieła? Nie sądzę.

Czytając książkę nie potrafiłem przestać odliczać kartek pozostałych do końca. Często narracja wpada w mocno filozoficzny ton czasami rozwodząc się nad znaczeniem kamyka na pustyni lub błyskawicy na niebie. Nagromadzenie metafor czasami jest tak duże, że zmienia się w lirykę i potrafi tak trzymać dobre kilka stron. Mimo tego są też momenty w których stronice same uciekają spod palców jednak są to chwile sporadyczne a szkoda.

Po lekturze „Drogi” oczekiwałem książki zapierającej dech w piersiach, napisanej prosto wręcz oszczędnie i dającej mocno do myślenia na temat ludzkiej natury. „Krwawy Południk” jest napisany zbyt górnolotnie, brak mu tej lekkości „Drogi”, sama forma jest podobna, jednak treść nuży mimo iż często szokuje poszczególnymi scenami. Książka daje do myślenia lecz całość jest napisana jakby chaotycznie przez co czasami trudno się skupić nad tym nad czym warto by podumać.

Cała moja opinia jest w sumie jak ta powieść – nieco chaotyczna. Sam nie wiem jak ją ocenić. Wymyka się ona moim zdolnościom literackim. Polecić ją mogę osobom z zacięciem filozoficznym lub polonistom, całą resztę ostrzegam: to nie jest powieść sensacyjna ani western a podróż do głębi cienia w człowieku, powieść niekoniecznie łatwa i na pewno ciężka w czytaniu. Dla mnie zwykłego ekonomisty „Krwawy Południk” to źle wydane 34,90zł.

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Ilość stron: 444

Data wydania: czerwiec 2010

Moja ocena: 3/10

„Fight Club” Chuck Palahniuk

Tym razem w moje krytyczne ręce wpadła głośna książeczka Palahniuka, którą znamy głównie z tego, że na jej podstawie powstał znany film Podziemny Krąg. Mowa oczywiście o powieści Fight Club. Zastrzegam od razu, że filmu nie widziałem!

„Pierwsza zasada klubu walki to nie rozmawiać o klubie walki”
Złamiemy troszeczkę tą pierwszą zasadę i sobie porozmawiamy. Od samego początku zostałem zaskoczony samą formą narracji jak i dialogów w które czasami wkrada się chaos. Czasami nie do końca wiadomo od razu co narrator/bohater miał na myśli. Często ma się wrażenie, że czyta się gotowy scenariusz pod produkcję filmu z przeskokami czarnej planszy kiedy w filmie akcja przenosi się gdzie indziej. Opisy często są bardzo drobiazgowe wręcz z odliczaniem sekund co również daje złudzenie pewnej filmowości.

„Chodzisz do pracy której nie lubisz żeby kupować rzeczy których nie potrzebujesz”
Książka od początku porusza tematy bardzo aktualne we współczesnym społeczeństwie. Bez zahamowań jest tutaj mowa o skomercjalizowanej rzeczywistości, żuciu identycznym jak setek innych ludzi, stagnacji egzystencjalnej. Ważne tematy są podane w formie brutalnej opowieści o człowieku cierpiącym na bezsenność, żyjącym zgodnie z zasadami i katalogiem IKEI, który „poznaje” niespodziewanie Tylera – swoje alter ego, dla którego tenże katalog to papier toaletowy a zasady to coś co się tym papierem wyciera. Momentalnie całe życie naszego bohatera obraca się do góry nogami i akcja zaczyna nabierać tempa.

„Z wystarczającą ilością mydła można wysadzić wszystko.”
Taką koncepcję autor zdaje się przekazywać nam jako rozwiązanie wszelkiego „zła” otaczającego nas w postaci ogólnie pojętej komercji. Z książki można wyczytać też, że świat należy „zresetować” za pomocą anarchii by go uzdrowić. Nie mogłem czasami oprzeć się wrażeniu, że czytam albumik z aforyzmami, który ktoś ubrał w niezłą fabułę. Mimo to czytało mi się przyjemnie całość, jednak czasami nie do końca autorowi udawało się utrzymać suspens.

„…to jest Twoje życie i kończy się z każdą minutą.”
Nim zakupiłem Fight Club sporo o nim słyszałem. Wielu uważa tą pozycję za kultową lub wręcz wybitną. Czy książka ta jest aż tak wspaniała? Nie sądzę. Dla zbuntowanych nastolatków jak i ludzi walczących z establishmentem na pewno jest i będzie to biblia. Dla przeciętnego czytelnika lubiącego ambitniejsze thrillery psychologiczne jest to kawał dobrej literatury i nic poza tym. Książeczka trochę zaskakuje zwrotami akcji, końcówka jest świetna jednak w środku można wpaść w niewielkie, ale jednak przestoje. Właśnie za nie i za momentami lekko pogubionego narratora minus do końcowej oceny. Polecam!

Wydawca: Niebieska Studnia

Liczba stron: 235

Rok wydania: 2006

Moja ocena: 7/10