Archive for the ‘ Podróżnicze ’ Category

„Georgialiki. Książka pakosińsko – gruzińska” Katarzyna Pakosińska

GeorgialikiPisanie jest dla mnie niczym wino, impulsywnie miewam na nie ochotę, jednak nigdy nie bez zewnętrznego impulsu. „Georgialiki” najpierw zmusiły mnie do sięgnięcia po butelkę tegoż napoju (bynajmniej nie w celach znieczuleniowych), bo przecież przy takiej lekturze to wręcz wypada, a później do napisania o niej. Słowa te można interpretować dwojako, więc od razu rozwiewam wątpliwości: podobało mi się bardzo.

Książka Katarzyny Pakosińskiej jest jak słodkie wino z suszonych owoców pite zaraz po czekoladowym deserze. Najpierw wydaje się kwaśne i wręcz nieznośne, niezręcznie drażniąc nasze kubki smakowe, zupełnie jak kilka pierwszych stron omawianej książki. Po kilku mniejszych niepewnych łykach, czekolada zaczyna jednak przegrywać i napój subtelnie, powoli, osiąga przewagę. Kolejne kieliszki są już wyłącznie eksplozją przyjemności, jaka spływa na pijącego. Taka właśnie jest ta książka.

„Georgialiki”, to trochę nietypowy przykład literatury podróżniczej. W podtytule można dostrzec ostrzeżenie, autorka pozwoliła sobie na pewną samowolę i wplotła swoją osobę w opisywaną Gruzję. Wychodzi to opowiadanej historii na dobre, nadaje jej nawet coś na kształt szkieletu fabularnego i spaja wielką klamrą całość – ostatnie zdanie książki spowodowało u mnie reakcję tupu „aaaha, no tak! Hmm”.

Do tej pory pytany o książkę opowiadającą o współczesnej „Gruzji”, bez zastanowienia polecałem „Gaumardżos!” państwa Mellerów. „Gergialiki” są lepsze. Bardzo podoba mi się uderzająca szczerość autorki, która potęguje wrażenie autentyczności opisywanych zdarzeń. Dodając do tego dynamikę, jaką udało się przekazać za pomocą słów, oraz fajnie usystematyzowane informacje, czytelnik otrzymuje pozycję bardzo wartościową i ciekawą. Sięgałem po książkę już kilka razy i zawsze szybko znajdowałem odpowiedź na dręczące mnie pytanie, lub odnajdowałem szukane miejsce. Całość podzielona jest na dwie części. Pierwsza, moim zdaniem istotniejsza z praktycznego punktu widzenia, opisuje 7 regionów Gruzji. Druga część to wyimaginowana supra, czyli biesiada gruzińska. Opiera się ona na rozmowach z ośmioma osobami na przeróżne tematy związane z ich ojczystym krajem.

„Gergialiki” niestety nie są książką idealną. Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy po rozpoczęciu przygody z dość egzotyczną dla wielu Gruzją, jest brak jakiejkolwiek mapki, co doskwiera mocno. Kolejnym problemem, jednak już nie tak istotnym, jest jakość zdjęć. Dla porównania wziąłem książki Cejrowskiego („Rio anakonda” i „Gringo”), Wojciechowskiej (dwie części „Kobiety na krańcu świata”)  i wspomnianych wcześniej Mellerów („Gaumardżos”), każde z innych wydawnictw. Różnica w jakości jest spora i w każdym wypadku przewyższa recenzowaną pozycję. Zdjęcia w „Gerogialikach” miejscami robią wrażenie robionych lepszą komórką. Dziwi to tym bardziej, że Pascal to nie byle jaka marka.

Wspomniane wady nie umniejszają jednak nawet w małym stopniu przyjemności, jaka płynie z lektury „Georgialików”. Opisywane historie są zabawne, wzruszające i bogate w treść, a co najważniejsze w sposób niesłychanie przystępny przedstawiają niesamowity kraj, tak bliski a tak nam daleki. Książka zdecydowanie warta swojej ceny. Polecam!

Wydawca: Pascal

Ilość stron: 350

Data wydania: listopad 2012

Moja ocena: Gruzja po pakosińsku! Pycha!

PS. To już równo roczek jak zniknąłem w sposób niezapowiedziany, niespodziewany i bezlitosny. Teraz zaś wróciłem bezczelnie, niezapowiedzianie i niewiadomo, czy w ogóle. Ciężka sprawa;)

Reklamy

„Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody” Bill Bryson

Zagadka z geografii: Jak nazywa się stolica Australii? Każdy wie? A co to jest Uluru? Dla cwaniaka która zna odpowiedź na te pytania, mam bonus: Jak nazywa się premier Australii? I co? Kiepsko? To dlatego, że chociaż Australię zna każdy i wie, że kicają tam kangury a Koala wciąga Eukaliptusy, na tym w zasadzie kończy się nasza wiedza. Ciekawscy wskażą jeszcze Emu i najjadowitszego węża na planecie i… i na tym w zasadzie się kończy. Aha! No i Sydney, bo tam była Olimpiada.

Cejrowskie „Rio anakonda” w Australii.

„Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody” to książka wyjątkowa. Bill Bryson kroczek po kroczku odkrywa przed czytelnikiem ten mało znany kraj i udowadnia jaki jest ciekawy i niedorzeczny zarazem. Niebagatelny jest sposób, w jaki to robi. Książka pełna jest zabawnych anegdotek i wtrąceń. Wybuchy śmiechu gwarantowane!

„Przyjeżdża na miejsce, znajduje hotel, melduje się, wędruje po okolicy, zwiedza muzea i zabytki, które spotyka na swojej drodze, wypija kilka piw, podsłuchuje parę rozmów i kładzie się spać. Rok później mieszkańcy trzech kontynentów trafiają do szpitala, bo tak bardzo śmieją się z relacji o jego przygodach, że dostają przepukliny.”

„The Age”*

Billa Brysona wcześniej nie znałem. Po przeczytaniu „Śniadania z kangurami” wiem już, że nie będzie to jego ostatnia książka w moim życiu. Facet jest dla mnie odpowiednikiem naszego Cejrowskiego. Często posługuje się ciętym językiem, ma błyskotliwe spostrzeżenia i tą rzadko spotykaną wewnętrzną miłość do tego co robi. Najlepsze jest jednak to, że tą miłością potrafi się dzielić w fantastycznie ekspresyjny sposób. Z samej sympatii dla autora, podczas czytania na ustach gości życzliwy uśmiech, a głośny śmiech wybucha nawet w wypadku średnio śmiesznych żartów – tak jakby opowiadał nam je nasz dobry przyjaciel, którego nie chcemy urazić.

„Bill Bryson to pisarska ekstraklasa, podana z rozbrajającym humorem”*

„Śniadanie z kangurami” to rewelacyjna książka. Autor nawiązuje z czytelnikiem unikatową przyjacielską relację. Nie pytajcie mnie jak to robi, bo nie wiem. Może to zasługa bezpośredniości, może humoru. Wiem jedno, nie często po lekturze książki mam ochotę odnaleźć autora, uścisnąć mu rękę i postawić kilka piw. W tym wypadku, najlepiej by było, gdybym zastał go w jakimś małym, zakurzonym barze, gdzieś na Outbacku, gdzie króliki pożerają resztki Australii, a w każdym ciemnym kącie i pod każdym kamieniem siedzi coś, co tylko czeka, żeby Cię zabić. Ah, ten kontynent ma coś w sobie…

Śmiertelnie polecam!

*cytaty pochodzą z okładki książki.

Wydawca: Zyski i S-ka

Ilość stron: 360

Data wydania: sierpień 2011

Moja ocena: jak koala:)

PS. Odp na pytania ze wstępu: Canberra (serio nie Sydney), Uluru to potęęęęęęęęężny płaskowyż, a premiera nie warto pamiętać, bo oni W Australii albo giną, albo dymisjonują co chwila;)

„Za dużo wina Toskanii” Dario Castagno

Wiosną na dworze można często zaobserwować tajemnicze kuleczki puchu unoszące się delikatnie na wietrze. Zapewne niosą one w sobie jakieś zarodniki czy nasionka rośliny sprytnej na tyle, by rozmnażać się w tak pomysłowy sposób. Potrafię nieraz zapatrzeć się na taki pojedynczy mały obłoczek i żyjąc jego życiem płynąć na fali niewidzialnej siły. Obserwowanie go ma w sobie pewien nieodgadniony magnetyzm, a im dłużej się w niego wpatruję, tym więcej zauważam detali w tle. Lektura trzeciej książki Dario Castagno, zatytułowanej „Za dużo wina w Toskanii”, ma w sobie tajemniczą siłę owego puszka. Im dłużej się z nią obcuje, tym trudniej się od niej oderwać.

„Jedzenie bez wina jest jak stawianie muru na sucho.”*

Niełatwo jednoznacznie sklasyfikować najnowszą powieść Castagno. Jest to zasadzie autobiografia, napisana na schemacie korespondencji autora z przedstawicielką zagranicznego wydawnictwa, Mią Lane. Pierwsze kilkadziesiąt stron, to niemrawe wprowadzenie w sielski świat w jakim przyszło żyć Dariowi. Opis widoków i piękna przyrody w pewnym momencie na szczęście ustępuje miejsca rozkręcającej się niespiesznie fabule. Autor w meilach przesyła agentce swoje coraz to śmielsze wspomnienia z winem w tle. Nie spodziewa się jednak, że nieśmiała korespondencja może przerodzić się w coś więcej.

„Wino trzyma melancholię na dystans.”*

Na początku musze napisać o zakończeniu, bo nie wytrzymam – tak bardzo chcę się podzielić swoim zachwytem. Kiedy doczytywałem „Toskanię” czułem w piersi dziwny ucisk. Dopiero po chwili doszedłem do tego, że się najnormalniej w świecie wzruszyłem. Uwierzcie mi, to się nie zdarza często. Ba! To się nie zdarza prawie wcale podczas moich kontaktów z literaturą. Castagno zdołał napisać coś autentycznego i pięknego. Zakończenie odbiera dech w piersi.

„Wino wcieka, rozum wycieka”*

Droga do tak wspaniałego finału nie jest już niestety tak spektakularna. Pierwsza „setka” to prawie droga przez mękę. O ile przez kilka stron nawet przyjemnie mi się czytało opisy przyrody i spożywania wina na jej łonie, o tyle szybko stało się to nudne. Potem pozostało mi jeszcze przedrzeć się przez kilka rozdziałów o historii produkcji wina w Chianti, która co poniektórych może nawet zainteresować i nastąpił rozdział jedenasty, czyli „Ostatni Spęd” i się zaczęło.

„Co nie kończy się na winie, kończy się łzami i westchnieniami.”*

Od wspomnianego jedenastego rozdziału, książka nabiera wiatru w żagle i rusza z kopyta niczym Kusznierewicz jachtem. Dario w swoich autobiograficznych wspomnieniach wymienianych z Mią przeciąga czytelnika przez pełne spektrum emocji. Początkowo śmieszy, daje do myślenia i intryguje, później wzrusza by już w następnym rozdziale znowu powalić na kolana przezabawną historyjką. Jeden element pozostaje jednak stały dla każdego z rozdziałów – wino leje się litrami. Warto dodać, że nie byle jakie wino, a na przykład lokalnej produkcji Chianti w różnych odmianach.

„Dobre wino jest jak dobra zabawa, nigdy nie przetrwa długo.”*

Muszę wspomnieć słów kilka o tłumaczeniu. Panu Andrzejowi Zakrzewskiemu należą się za nie głośne brawa. Dawno już nie czytałem tak dobrze przełożonej książki. Język jest żywy i nie ucieka od trudniejszych zwrotów. Poetycka opowieść Castagno stoi dzięki temu na wysokim poziomie i obcowanie z nią jest bardzo przyjemnym doznaniem. Prawdziwa perełką są przysłowia ludowe powplatane w tekst, pozostawione w oryginalnym języku. Polska ich wersja znajduje się w nawiasie pozostawiano jakby specjalnie z boku by nie przeszkadzała. Świetny zabieg.

„Wino jest dobre, ale często zrzuca jeźdźca.”*

Za dużo wina Toskanii” to książka, którą najlepiej porównać do butelki dobrego wina. Pierwszy łyk często bywa kwaśny i krzywi usta w grymasie niesmaku, jednak kiedy zagłębimy się w oryginalnym bukiecie, każdy kolejny kieliszek będzie sprawiał rosnącą przyjemność aż po ostatni łyk, który chłonie się z żalem. Taka właśnie jest powieść Dario Castagno. Kończy się ją z wielkim smutkiem i niechętnie odkłada na półkę. Polecam ją w zasadzie każdemu. Skoro poruszyła takiego suchara jak ja, to pewnie i z Wami da radę.

*wszystkie cytaty pochodzą z książki, w której jest ich znacznie, znacznie więcej.

Polecam!

Wydawca: Pascal

Ilość stron: 368

Data wydania: czerwiec 2011

Moja ocena: 8/10

„Gaumardżos! Opowieści z Gruzji.” Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller

Na mojej podróżniczej półeczce wiele jest książek, które zabrały mnie na zapierające dech w piersiach wyprawy. Konkurencja na tym poletku jest spora: niełatwy, acz szalenie satysfakcjonujący Wojciech Jagielski, pasjonująca Martyna Wojciechowska, czy kontrowersyjny, ale podróżniczo bezkonkurencyjny Wojciech Cejrowski. Obok nich dumnie stanęła ostatnio „Gaumardżos!” autorstwa państwa Mellerów. Już na pierwszy rzut oka, kiedy książeczki stoją na półce dumnie prężąc swoje grzbiety, widać, że „Guamardżos!” daje radę. Jednak czy aby tak do końca?

Ile znacie książek opowiadających o Gruzji? A ile z nich jest napisanych ciekawie? Mellerowie podjęli się trudnego zadania i udało im się je wykonać z bardzo dobrym skutkiem. „Gaumardżos!” opowiada o teoretycznie znanej każdemu Gruzji. Zapewne większość z Was wie, gdzie mniej więcej ten kraj leży. Wiadomo tez powszechnie, że w 2008 roku, został najechany przez Rosjan i że prezydent Kaczyński odważnie poleciał wtedy do Tbilisi. Czy wiecie jednak coś więcej o tym pasjonującym kraju? Ja nie wiedziałem i bardzo jestem kontent, że dane było im tą lukę w mojej wiedzy zapełnić.

Kiedy odpakowałem książkę, zaskoczyła mnie jakość wydania i cena. Za 36,90,- dostajemy prawie 400 stronicową księgę, zadrukowaną na bielutkim kredowym papierze, z mnóstwem bardzo dobrej jakości zdjęć. Po wewnętrznej stronie obu okładek (ze skrzydełkami) znajdują się aktualne mapy Gruzji i okolic (fizyczna jak i polityczna). Relacja cena – jakość wypada po prostu rewelacyjnie.

Początki z „Gaumardżos!” nie były jednak takie różowe. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron, trzeba po prostu przebrnąć. Jakoś nie potrafiłem wstrzelić się w klimat książki. Dopiero po jakimś czasie, zupełnie niepostrzeżenie, ocknąłem się na dwusetnej stronie. Mellerowie, to ludzie zakochani w Gruzji i miłość tę widać na każdym kroku. Kiedy czyta się o przygodach, jakie zdarzały im się podczas ich wielokrotnych wędrówek, aż ma się ochotę zabukować bilet na samolot i wyruszyć w ten dziwny, ale bezgranicznie gościnny kraj.

Pasja płynie z kart książki, niczym wartki strumień. Szczególnie udane są fragmenty, w których autorzy opisują bezpośrednie sytuacje, jakim musieli stawić czoła. Moment z ewakuacją z Suchumi przepełnionym promem, czy wędrówka do Szatili to bodaj najlepsze momenty. W niczym nie ustępują najlepszym fragmentom podróżniczej gawędy Cejrowskiego. Rozdziały te stanowią największą zaletę jak i wadę „Gaumardżos!”.

Te kilka wyśmienitych kawałków, obnaża niestety największą słabość książki państwa Mellerów. Kontrastują one mocno z kilkoma słabszymi fragmentami (które robią wrażenie niepotrzebnie przegadanych). Podczas czytania wywoływało to u mnie małą frustrację. Wojciechowską czyta się od dechy do dechy, Cejrowskiego z zapartym tchem, a Mellerów skokowo. Czy naprawdę podczas tak wielu pobytów zabrakło ciekawych przeżyć, by zapełnić całą książkę od początku do końca?

„Gaumardżos!” to kawał bardzo dobrej literatury podróżniczej, której niewiele zabrakło do miana rewelacyjnej. W ciekawy i pasjonujący sposób, przybliżyła mi Gruzję, która kusi teraz mocno, a wakacje tuż tuż. Polecam ją gorąco każdemu. Idealnie nadaje się na prezent zarówno dla młodego i starszego globtrotera, jest pięknie wydana i kompletna. Opisuje zarówno historię, jak i aktualne problemu i zmiany nurtujące społeczeństwo. Można narzekać, że mogło być więcej akcji czy zdjęć, jednak zaręczam, że po przeczytaniu, „Gaumardżos!” odkłada się na półkę z wielkim żalem. Ta książka ma w sobie po prostu to „coś”.

Polecam!

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: maj 2011

Ilość stron: 390

Moja ocena: 8/10

Recenzja napisana dla portalu Lubimyczytać.pl.

„Rekonkwista” Marcin Wolski

Jak bardzo tom drugi, może różnić się od poprzedniego? Na to ciekawe pytanie, prawdziwą odpowiedź daje dopiero Marcin Wolski w „Rekonkwiście”. Od „Psa w studni”, czyli pierwszej części przygód Alfredo Derossiego, zmienia się praktycznie wszystko. Czas, miejsce akcji, większość bohaterów, sposób w jaki toczy się akcja – mógłbym tak długo wymieniać. Miałem pewne obawy, czy tak mało wspólnych punktów, utrzyma obie części jako spójna całość. Okazuje się, że w Wolskiego nie wolno wątpić, jego trzeba po prostu czytać.

Pierwsza część przygód Alda, pozostawiła go, we współczesnych nam czasach, ze śmiertelnym tętniakiem. Okazało się, że romantyczne przygody w XVII wiecznej Rossetinie, były halucynacjami wywołanymi przez chorobę (lecz czy aby nie na odwrót?). W „Rekonkwiście” nasz bohater, spokojny i szczęśliwie żonaty, leży w szpitalu XXI wieku, by poddać się eksperymentalnej operacji, mającej na celu uratowanie jego gasnącego życia. Nieoczekiwanie budzi się jednak już nie jako Aldo Gurbiani, a jako swoje alter ego Alfredo Derossi zwany il Cane. W Rosettinie mijają 2 lata. Większość przekonana jest o śmierci il Cane. Książę Ippolito – władca mini państewka, kiedy tylko dociera do niego informacja o przedziwnym zmartwychwstaniu Derrosiego, wydaje rozkaz jego pojmania. Jednak ktoś znacznie ważniejszy i bardzo wpływowy, ma w stosunku do naszego bohatera całkiem inne plany.

Fabuła „Rekonkwisty” mnie zachwyciła. To, co najbardziej drażniło mnie w pierwszej części, czyli motyw średniowieczny, tym razem wypadło genialnie. Wolski podkręcił tempo, dopracował język i wyszedł z akcją w świat. Efekt jest więcej niż zadowalający. Książka przypomina przygody Indiany Jonesa połączone trochę z McGyverem. Tempo nie zwalnia ani na chwilę. Najbardziej jednak, podobały mi się częste i niespodziewane zwroty akcji: zdrada, pułapki, szpiedzy – to tylko kilka z niespodzianek. Dzięki temu od książki po prostu nie sposób się oderwać.

Tłem akcji tym razem jest XVII Francja i Nowy Świat, dopiero co odkryty przez białego człowieka. Realia epoki oddane są niesłychanie starannie. Alfredo często spotyka na swej drodze sławy tamtej epoki jak i postacie fikcyjne, występujące w literaturze traktującej o tamtych czasach, że wymienię tylko kardynała Richelieu czy d’Artagnana. Wolski stara się każde zdarzenie, jakie ma miejsce na kartach powieści, odnieść do prawdziwej historii. Spowodowało to, że kilka razy odrywałem się od książki, by poszperać na google w poszukiwaniu jakichś informacji. Wielkie brawa dla autora, za próbę uwiarygodnienia powieści. Swoją drogą, czy to wszystko co Wolski zawarł w „Rekonkwiście”, to na pewno fikcja?

Nie potrafię odegnać myśli o podobieństwie „Rekonkwisty” do sagi Pilipiuka „Oko Jelenia”. W obu przypadkach mamy podróż w czasie i przygody w bardzo zgrabnie zrekonstruowanej przeszłości. Trzeba jednak przyznać, że Wolski bije na głowę imć Pilipiuka na każdym polu. Język jest ciekawszy, fabuła błyskotliwa i pełna nagłych zmian tempa a fantastyczne elementy, które w „Oku Jelenia” budzą ironiczny uśmieszek, u Wolskiego wpasowują się gładko w treść i nie rażą sztucznością.

„Rekonkwista” to drugi tom trylogii „Pies w studni”. Tom na tyle dobry, że bez ociągania sięgnę po część trzecią. Wolski zmienił wszystko, co zgrzytało w części pierwszej i stworzył świetne przygodowe science – fiction. Powieść polecam każdemu, kto lubi zanurzyć się w świat muszkieterów, dzikich Indian, piratów, Azteków i nieznanych krain z wielką tajemnicą w tle. Książka jest świetna, błyskotliwie napisana i czyta się ją błyskawicznie.

Recenzję tomu I, „Pies w studni” znajdziecie tutaj.

Polecam!

Wydawca: Supernowa

Ilość stron: 321

Data wydania: 2001

Moja ocena: 9/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book.

„Podróżnik WC” Wojciech Cejrowski

Są takie osoby, które albo się kocha albo nienawidzi – pośrednich stanów raczej brak. Do tej kategorii na pewno zalicza się nasz czołowy podróżnik Wojciech Cejrowski. Z książek jego autorstwa, bez wątpienia największą popularność zdobyły Gringo wśród dzikich plemion i Rio Anaconda. Oba te tytuły to pozycje typowo globtroterskie i niewiele można się w nich doszukać tak typowych dla pana Wojtka moralizatorstwa i uszczypliwych komentarzy na tematy niekoniecznie związane z opisywanym krajem. Wznowiony niedawno Podróżnik WC, takiej popularności może już niestety nie osiągnąć.

Pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy, jest pewnego rodzaju bałagan jaki panuje w książce. Zwiedzamy sobie Meksyk, czytamy o zwyczajach ludzi tam żyjących, odwracamy stronę i bach!, nagle jesteśmy w USA, albo w jakimś innym miejscu. Poprzednie dzieła Cejrowskiego (a raczej następne biorąc pod uwagę, ze mamy do czynienia z wydaniem drugim), są już zdecydowanie bardziej poukładane tematycznie. Podróżnika WC czyta się po prostu jak zbiór ciekawostek z wczesnych podróży autora. Nie przeszkadza to w odbiorze, jednak psuje trochę ogólne wrażenie.

Jako typowy konserwatysta, uwielbiam słuchać i czytać Cejrowskiego wszędzie i zawsze, jednak zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy programy podróżnicze oglądają i książki czytają, ale już poglądów tego pana nie trawią. Ta grupa właśnie będzie miała z książką pewien problem. W przeciwieństwie do Gringo i Rio Anacondy, w Podróżniku można znaleźć sporo wtrąceń nie na temat w wykonaniu autora. Wymienię tylko takie elementy jak krytyka cywilizacji jako takiej, gloryfikacji ludzi zamieszkującej kraje Ameryki Południowej czy sporo wypowiedzi na tematy religijne i polityczne.

Ponarzekałem, a teraz pochwalę. Mimo tych drobnych wad, książkę czyta się po prostu wspaniale! Kiedy usiadłem z nią w niedzielę, musiałem skończyć w ten sam dzień – innej opcji nie było. Można marudzić, że Cejrowski wtrąca zdania od siebie, że marudzi na polityków czy Niemców, ale nie zmienia to faktu, że ten facet po prostu potrafi ciekawie pisać! Ciekawie i dowcipnie trzeba dodać. Uśmiałem się co niemiara, kiedy zdobywałem wraz z nim zaginione miasto. Przeżyłem chwile grozy podczas napadu w meksykańskim metrze… oj długo by pisać. Po prostu jest klimacik, a to dla mnie jest w książce rzecz bezcenna.

Słów kilka o wydaniu, bo to sprawa warta podkreślenia. Ludzie, którzy mieli styczność z dwoma poprzednimi (następnymi) książkami Cejrowskiego, wiedzą jak się sprawa ma z jakością. Twarda okładka – nie twardawa, czy półtwarda jak to ostatnio czasami bywa, ale TWARDA i gruba. Na jej wewnętrznej stronie znajdziemy mapki. Całość drukowana jest na bardzo dobrej jakości kredowym papierze. Ilość zdjęć i ich jakość jest klasą samą w sobie. Cena okładkowa książki to 41 zł. Dużo, ale w tym wypadku naprawdę warto – chociażby dla samych zdjęć.

Nie będę się już dłużej rozpisywał. Czas na podsumowanie. Podróżnik WC to książka trochę nierówna. Z jednej strony nieco osobista, sporo w niej prywaty i nieco chaosu, jednak z drugiej strony znajdziecie w niej to, co w Cejrowskim najlepsze: wspaniałą opowieść o podróżach i egzotycznych krajach, o miejscach, które pozostaną na zawsze dla nas niedostępne, o kulturach, które być może już nie istnieją, o ludziach, którzy być może przy nas nigdy by się tak nie otworzyli, o… każdy znajdzie w niej na pewno coś unikatowego i wartościowego dla siebie, a może (jak sugeruje sam autor) popchnie ona kogoś do „wstania z fotela” i wyruszenia na podbój egotycznych krain.

Teraz pozostaje mi tylko polować na Wojtka Cejrowskiego, bo cholera, to jedyna jego książka w moich zbiorach, której jeszcze mi nie podpisał!

Polecam gorąco!

Wydawca: Bernardinum

Ilość stron: 256

Data wydania: grudzień 2010

Moja ocena: 9/10

[EDIT] W pierwszej wersji recenzji, nieopatrznie użyłem określenia „homofob” w stosunku do własnej osoby. Chcę w tym miejscu sprostować, że takowych poglądów nie wyznaję. Pochopnie i bez namysły posłużyłem się tym wyrażeniem. Czasami, szczególnie kiedy żywiołowo się o czymś pisze, a myślami jest gdzieś dalej, wychodzą takie „pomyłki”:) Pozwoliłem sobie to niefortunne określenie z recenzji usunąć.

Ave!;)

„Jak zostać arktycznym ninja i inne przygody z Evelem, Oliverem i wiceprezydentem Botswany” Richard Hammond

Jak każdy męż­czyzna, w pew­nym stop­niu interesuję się motoryzacją. Nie jest to może jakaś ogromna miłość, jed­nak od czasu do czasu zer­kam, co nowego w spalinowym światku się dzieje. Od dość dawna, kiedy tylko mam okazję, siadam przed programem Top Gear, dostęp­nym na angiel­skim kanale BBC. Jed­nym z jego prowadzących jest brawurowy lub –  jak kto woli – szalony Richard Ham­mond, znany szczegól­nie z faktu, że pod­czas bicia rekordu świata szyb­ko­ści samo­chodem z sil­nikiem odrzutowym uległ wypad­kowi przy pręd­ko­ści 480 km/h. Jak zostać ark­tycz­nym ninja i inne przy­gody z Evelem, Oliverem i wiceprezyden­tem Bot­swany jest pierw­szą z książek jego autor­stwa wydaną w Pol­sce przez wydaw­nic­two Znak. Czy błyskotliwy dzien­nikarz i utalen­towany kierowca poradził sobie w roli pisarza?

Powieść przygodowo-podróżnicza (taką definicję książki wyczytałem na okładce) opowiada o kulisach powstawania wyżej wspo­mnianego programu. Podzielona jest na 7 roz­działów, które prze­noszą nas na mroźną Ark­tykę, do upal­nej afrykań­skiej Bot­swany, w rodzinne strony Ham­monda zalane powodzią stulecia czy do USA na spo­tkanie z legen­dar­nym motocyklistą Evel’em Knievel’em. W każ­dym z tych miejsc autor opowiada, jakie sztuczki wykonują kamerzy­ści i z jakimi problemami musiała zmagać się ekipa (a w szczegól­no­ści on sam), by Top Gear mógł w ogóle zostać zrealizowany. Ilość przy­gód, jakie go spo­tykają, wywołuje zdumienie. Tłem każ­dej wyprawy są oczywi­ście samo­chody i często to one grają główną rolę w poszczegól­nych opowiadaniach.

Na uwagę zasługują opisy miejsc odwiedzanych przez Richarda Ham­monda i jego ekipę. Zaskoczyło mnie, że dzien­nikarz motoryzacyjny potrafi tak traf­nie i sugestyw­nie wykreować odwiedzane lokacje. Pod­czas jego zmagań z saniami na lodach Ark­tyki czułem zimno, z którym wal­czył i jego oczami podziwiałem widok śnie­żnego pust­kowia. Na sol­nej pustyni Bot­swany ujął mnie umierającym, samot­nym Baobabem. Takich momen­tów było w książce więcej, jed­nak w koń­cowym roz­rachunku za mało.

Przy­toczone opisy nie ratują przed monotonią. O ile pierw­sze roz­działy z akcją osadzoną na Ark­tyce i w Bot­swanie da się czytać w miarę kom­for­towo, o tyle dalej zaczyna się robić jed­nostaj­nie, czyli… nudno. Styl pisania, który począt­kowo jest atrak­cyjny, szybko się opatruje i nie­wiele zostaje. Jak zostać ark­tycz­nym ninja… usypiała mnie z godną podziwu skutecz­no­ścią. Całość robi wrażenie sinusoidy, bar­dzo dobre kil­kustronicowe momenty prze­platają się z dłużyznami, w których niby coś się dzieje, jed­nak śmiało mogłoby ich w ogóle nie być. Naj­lepiej widać to na przy­kładzie ostat­niego roz­działu, którego ciekawy początek i moment spo­tkania z Aniołami Piekła roz­dzielone są nud­nymi relacjami spo­tkań z Evel’em.

Nie wypada nie wspo­mnieć o wydaniu, które wybija się ponad prze­cięt­ność. Okładki Twar­dej Serii imitujące wycinki z gazet są oryginalne i ładnie prezen­tują się na półce. Wnętrze, choć  pozbawione ozdob­ników graficz­nych, ubogacone jest trzema kolek­cjami zdjęć, nawiązujących do tek­stu. Są one naj­moc­niej­szą stroną książki. Dla fanów programu będzie nie lada gratką zobaczyć Ham­monda w sytuacjach zarówno nie­typowych, jak i prywatnych.

Jak zostać ark­tycz­nym ninja i inne przy­gody z Evelem, Oliverem i wiceprezyden­tem Bot­swany jest pozycją, którą trudno jed­noznacz­nie ocenić. Z jed­nej strony jako miłośnik program, w wielu miej­scach czułem się wręcz zachwycony, z drugiej jed­nak autor nie posiadł zdol­no­ści przy­trzymania odbiorcy przy lek­turze. Każdy, kto nie oglądał nigdy Top Gear, a postać Richarda Ham­monda zna jedynie mgli­ście, może sobie śmiało odjąć punk­cik bądź dwa od ostatecz­nej oceny. Czy warto dla poznania kilku fak­tów z życia znanego repor­tera inwestować w książkę? Na to pytanie każdy poten­cjalny czytel­nik musi sobie sam odpowiedzieć.

Wydawca: Znak

Ilość stron: 320

Data wydania: sierpień 2010

Moja ocena: 5/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.