Archive for the ‘ Science – Fiction ’ Category

„Epic” Conor Kostick

Wyobraź sobie, że jakość twojego życia uzależniona jest od poziomu, na jakim znajduje się twoja postać w globalnej grze MMORPG. To, jaką dysponujesz bronią, ma bezpośrednie odbicie na szacunku, z jakim traktują cię ludzie, ilość złota w grze przekłada się na fizyczny stan posiadania, a stopień wykształcenia uzależniony jest od postępów gracza. Na Nowej Ziemi ludziom nie pozostawia się wyboru. Codzienną ciężką pracę, zmuszeni są dzielić z tą wirtualną. W wolnej chwili przenoszą się więc w świat tytułowego „Epica” i mozolnie zdobywają oficjalną niefizyczną walutę. Czy system, z pozoru idealny, okaże się tak stabilny jak liczą na to rządzący?

„Historia rozgrywa się w odległej przyszłości na planecie Nowa Ziemia skolonizowanej przez uciekinierów z Ziemi. Ponieważ dawny świat stanął na krawędzi zniszczenia z powodu wojny, w nowym świecie panuje nienaruszalne prawo: nigdy więcej przemocy. Wszystkie konflikty rozwiązywane są więc za pomocą gry komputerowej EPIC – to jedyna legalna forma walki, dlatego każdy mieszkaniec dba o swoją komputerową postać, za pomocą której w razie potrzeby może rozprawić się z wrogiem. Zwłaszcza że na najlepszych graczy czekają lukratywne stanowiska w rządzie…”

Na okładce „Epica” można znaleźć stwierdzenie, że jest on przedstawicielem nowego gatunku: cyber – fiction. Uważam, że taka klasyfikacja książki jest całkiem słuszna. Powieść Kosticka nie pasuje mi do typowego pojęcia s-f, a tym bardziej nie zaliczyłbym jej do fantasy. Fabuła podzielona jest dwutorowo. Erik ma swoje normalne codzienne życie na Nowej Ziemi, gdzie toczą się jego losy. Prawdziwą areną przygodową, w której autor osadził większość część akcji, jest jednak rzeczywistość wirtualna, która jest w przeciwieństwie do „realu” typowym fantasy z elfami, ogrami i magią.

Kostick napisał książkę, która może okazać się dla niektórych czytelników lekturą trudną do zrozumienia. Osoby nie mające do czynienia z jakimikolwiek grami RPG, niekoniecznie nawet internetowymi, mogą mieć kłopot z rozszyfrowaniem Epica. Rządzi się on typowymi dla MMORPG regułami. Bohaterowie rozwijają w grze swoje postacie, zdobywają unikatowe przedmioty i walczą o bogactwo i szacunek. Autor nie wyjaśnia tych podstawowych zasad rządzących w wirtualnym świecie.

Sprawa ma się zupełnie inaczej z czytelnikami, którzy chociaż raz poczuli dumę z posiadania unikatowego przedmiotu, którym udało się podnieść swoją zbroję na wysoki poziom, którzy wykonali jakieś wyjątkowo trudne zadanie w grze RPG. Dla tych ludzi Kostick pisał tą książkę i zrobił to z pasją znawcy. Podczas czytania czułem, jak autor przenosił to unikalne podniecenie, jakie towarzyszy drużynie przymierzającej się do pokonania wyjątkowo trudnego przeciwnika i radość jaka rozpiera po jego pokonaniu. Z książki biją emocje, które mocno mi się udzielały. Do ostatniej strony czytałem ją z wypiekami na twarzy.

„Epic” to książka nietypowa. Nie skupia się na poważnych kwestiach wirtualnej rzeczywistości, nie porusza problemów społecznych z nią związanych i nie aspiruje do miana wielkiej literatury. Kostick stworzył fenomenalną książkę stricte przygodową, którą pochłania się z rumieńcem i najlepiej bez przerywania. Niewiele jest powieści, które spowodowały, że zaskoczony obserwowałem za oknem wschód słońca. „Epic” wyrwał mnie z rzeczywistości, wciągnął do swojego świata i wypluł o świcie.

Polecam gorąco!

Wydawca: Telbit

Ilość stron: 358

Data wydania: październik 2011

Moja ocena: grać! TFU! Czytać!:)

Recenzja napisana dla portalu Fantasybook. Polecam!:)

„Kameleon” Rafał Kosik

Rafał Kosik to jeden z nielicznych polskich pisarzy s-f, któremu tworzenie powieści w tym gatunku naprawdę wychodzi. Po lekturze „Marsa” (2003) byłem przekonany o potencjale autora, „Vertical” (2006) tą tezę potwierdził, ale to jeszcze nie było „to”. Po przeczytaniu „Kameleona” (2008), długo siedziałem w ciszy. Kosik stworzył powieść kompletną, błyskotliwą, pełną metafor i odniesień to teraźniejszości. Warto!

„Na planetę Ruthar Larcke przybywa z misją ratunkową USS „Ronald Reagan”. Czterysta trzynaście lat wcześniej zaginął tu statek poszukujący planet do terraformowania. Załoga misji odkrywa kolejne zagadki: skąd na planecie odległej o sto dwadzieścia lat świetlnych od Ziemi kilkumilionowa ludzka społeczność? Czy jeden z członków załogi zaraził się obcą formą życia? I czy ich misja jest rzeczywiście misją ratunkową?”*

Pisząc o „Kameleonie” nie sposób pominąć nagród, jakie powieść zdobyła. Zajdel za 2008 rok, Sfinks 2008, nagroda Katedry „Fantastyka 2008”, czy nominacja Literackiej Nagrody im. Jerzego Żuławskiego – niewiele więcej można było ugrać na rodzimym rynku. Liczba wyróżnień przekłada się w tym wypadku bezpośrednio na jakość, zacznę jednak od początku.

Najnowsza z powieści Kosika wciąga od pierwszych stron. Początkowo miałem wrażenie, że będzie to typowo przygodowe s-f lekko zanurzone w klimatach space opery. Złudzenie to mija wraz z kolejnymi stronami, by w pewnym momencie wywołać reakcję w stylu: „Cholera! Co tu jest grane?!”. Fabuła powieści z prostej „przygodówki” szybko ewoluuje w wielowątkową opowieść z całą masą nawiązań i metafor. Do akcji wkraczają retrospekcje, które wprowadzają dodatkowy element zaskoczenia i pogłębiają złożoność historii planety Ruthar Larcke. Najlepsze jest jednak zakończenie…

Czytając „Kameleona” nasuwało mi się podobieństwo do przeróżnych antyutopijnych wizji, snutych przez Huxleya, Bradburego czy chociażby Zamiatina. Kosik poruszył jednak tą kwestię z nieco innej strony i nie bezpośrednio. Fabuła nie serwuje nam gotowych rozwiązań i obrazów, a jedynie wskazuje kierunek, w jakim opisane społeczeństwa będą zmierzać i jakie może mieć to skutki. Dla wielbicieli tego typu literatury, ta powieść to prawdziwa perełka.

Fabuła, chociaż gra niewątpliwie pierwsze skrzypce, nie przysłania pozostałych elementów składowych powieści. Ruthar Larcke jest oryginalne i nastrojowe. Niby prawie jak Ziemia, ale jednak nie do końca. Główni bohaterowie są zróżnicowani i charakterystyczni. Nie miałem problemów z ich imionami, nie myliły mi się postacie – to wielka zaleta. Akcja toczy się wciąż „do przodu”, ma swoje zrywy i zwroty, skutecznie trzymając przy książce do późnych godzin nocnych.

Najlepsze zostawiłem sobie jednak na koniec. 544 stronicowa powieść s-f, uhonorowana wieloma nagrodami, naprawdę fajnie wydana i warta każdych pieniędzy kosztuje na stronie wydawcy… 25,60,-! Dodam, że nie chodzi o wydanie kieszonkowe ale pełnowymiarowe 125×195 mm. Z ciekawości przeliczyłem sobie wartość jednej strony i wyszło mi, że wynosi ona niecałe 5 groszy.

„Kameleon” to literacki grande finale Rafała Kosika. Autor podniósł sobie niebywale poprzeczkę i czekam z wielką niecierpliwością na jego kolejną powieść. Książkę polecam wszystkim. Jest to typowy przedstawiciel fantastyki socjologicznej (social science fiction) – porusza problem ewolucji alternatywnych społeczeństw i zachowań międzyludzkich. Co za tym idzie, niewiele jest w niej techniki i opisów jej działania, a to przekłada się bezpośrednio na łatwość odbioru przez nieobytego z twardszym s-f czytelnika.

„Kameleonem” Rafał Kosik zajął u mnie honorową pozycję obok Orwella, Hinleina, Bradburego i Assimova. Polecam, zalecam i rekomenduję!

Polecam gorąco!

Wydawca: Powergraph

Ilość stron: 544

Data wydania: 2008

Moja ocena: najlepszy z Kosików

Recenzja napisana dla portalu Fantasybook. Polecam i zapraszam:)

*opis z okładki

„Starfist. Szkoła ognia” D. Sherman, D. Cragg

Od czasu do czasu zdarza mi się taki dzień, że mam ochotę zapaść się na mojej małej kanapie z wielkim kubkiem kawy i przeczytać coś, nad czym nie muszę myśleć, kombinować nad fabułą ani w żaden inny sposób wysilać się intelektualnie. Założenie to, chociaż pozornie wydaje się proste, w rzeczywistości nastręcza mi nie lada problemów. Okazuje się, że znalezienie prostego i niewymagającego czytadła, które jednocześnie było by ciekawe i wciągające, nie jest sprawa łatwą. Z tegorocznych książek przychodzi mi na myśl jedynie „Ponury Piaskun” i „Grizzli”. Do tych dwóch niewątpliwie męskich pozycji bez wahania dopisuję nową powieść D. Shermana i D. Cragg’a, zatytułowaną „Starfist: Szkoła ognia”.

Na planecie Wanderjahr rządzonej przez oligarchów o niemieckich korzeniach dochodzi do buntu. Na prośbę władców tej społeczności, Konfederacja wysyła korpus Marines z misja stabilizacyjną. Żołnierze zastają na miejscu skomplikowaną politycznie sytuację, miernie wyszkolone siły porządkowe, oraz świetnie zorganizowane siły partyzanckie kryjące się w lasach. Na wyraźny rozkaz przełożonych, korpus ma skupić się wyłącznie na szkoleniu lokalnej policji, co nie ułatwia zadania. Na domiar złego każdy z oligarchów stara się wykorzystać obecność Marines w swoje walce o władzę i wpływy. Z każdym dniem sytuacja zaczyna się komplikować, a rosnąca liczba ofiar potęgują napięcie.

„Szkoła ognia” to z definicji space opera, jednak niewiele jest w niej kosmosu, statków kosmicznych czy super zaawansowanych technologii. Marines korzystają co prawda z broni plazmowej i specjalnych strojów maskujących, jednak to w zasadzie wszystko co łączy tą powieść z gatunkiem s-f. Książka staje się przez to uniwersalna. Odnajdą się w niej nawet osoby nie czytające na co dzień fantastyki. Fabuła opiera się na relacjach międzyludzkich, taktyce, podchodach, zdradach i zasadzkach i nie ma w niej niczego specjalnie futurystycznego.

Ta książka wciąga. Tylko tyle i zarazem aż tyle. W „Starfiście” nie ma sensu doszukiwać się głębszych wartości, wieloznaczności, czy zakamuflowanych przesłań. Autorzy z założenia chcieli stworzyć literaturę stricte rozrywkową i udało im się to perfekcyjnie. Powieść pozbawiona jest dłużyzn, czyta się ją szybko i przyjemnie a na deser zostało kilka zwrotów akcji i lekko zaskakujące zakończenie. Fabuła pędzi do przodu w dużej mierze z pomocą dialogów, co wpływa pozytywnie na tempo akcji.

„Starfist: Szkoła ognia” to po prostu świetne czytadło, które śmiało można podsunąć mężowi, chłopakowi czy tacie. Jest w nim sporo strzelania, akcja jedzie gładko do przodu niczym masło po rozgrzanej patelni, opisy nie męczą, a przede wszystkim nie ma w niej beblania o miłości i uczuciach. W swojej kategorii jest to po prostu książka rewelacyjna. Polecam dla relaksu, po ciężkim dniu, kiedy wciągająca lektura jest na wagę złota a nie chcecie ryzykować powieści niesprawdzonej i (o zgrozo!) ambitnej.

 Wydawca: Dwójka bez Sternika

Ilość stron: 344

Data wydania: czerwiec 2010

Moja ocena: 7/10

PS. Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie, miłe słowa i że jesteście! Moja blogowa obecność pozostanie na razie na poziomie przeciętnym, jednak nie powinienem już więcej znikać na tak długo:) Czekających na maile ode mnie proszę o jeszcze kilka dni cierpliwości. Wygrzebuję się spod kilku ton maili, co okazuje się być koszmarnie mozolnym zajęciem.

„Pamięć Ziemi” Orson Scott Card

Zapewne wszyscy  fani literatury s-f są do granic moż­liwo­ści zaznajomieni z utopij­nymi wizjami postapokalip­tycz­nymi. Ile już było tego typu książek – lep­szych (Nowy wspaniały świat Hux­leya, Genezis Bec­ketta) i gor­szych (Droga ślep­ców Dryjera). Kiedy jed­nak za temat zabiera się nie kto inny, jak sam mistrz Orson Scott Card, wypada mieć nadzieję, że tym razem dostaniemy coś więcej niż odgrzewany do bólu schemat w nowej chrupiącej panierce.

Pamięć ziemi to pierw­szy tom składającej się z pięciu ksiąg Sagi Powrót do Domu. Książka została napisana w 1994 roku, co ma wpływy na jej nieco klasyczny charak­ter (dotych­czas w Pol­sce wydano zaled­wie dwie jej części).

40 milionów lat temu Ziemia uległa znisz­czeniu. Nie­wielka grupa ludzi uciekła jed­nak z umierającej planety i osiedliła się na nowej – Har­monii. By nie dopu­ścić do powtórzenia się historii, dawni naukowcy skon­struowali super­kom­puter – Nad­duszę, który za pomocą sieci satelitów miał kon­tro­lować myśli i zachowania ludzi, by nie doprowadzić do kolej­nej zagłady. Po milionach lat Nad­dusza zaczyna szwan­kować. Ludz­kie myśli zaczynają wymykać się spod kon­troli. Na Har­monii zaczynają się bunty, roz­poczyna walka o władzę i pieniądze.

Pierw­sze strony powie­ści zwiastują nie­zły ciąg dal­szy. Tajem­niczy, potężny i wszech­władny super­kom­puter, uznawany za boga. Nie­znana planeta, zamiesz­kujący ją ludzie w prymityw­nych budyn­kach, a jed­nak mający do dys­pozycji zaawan­sowaną tech­nologię. Religia dzieląca kobiety i męż­czyzn, wyraź­nie faworyzująca te pierw­sze. Wszystko to sprawia, że Pamięć ziemi to książka zdecydowanie klimatyczna. Jak wiadomo, klimat stworzyć naj­trud­niej, dalej więc powinno być z górki. Jest cał­kiem odwrotnie.

Har­monia to ciekawa planeta, rządząca się swoimi prawami. Ma jed­nak jedną zasad­niczą wadę: jest wręcz klaustrofobicz­nie ograniczona. Prak­tycz­nie poza Basilicą (głów­nym miastem) nic o świecie nie wiadomo. Niby gdzieś tam ist­nieją inne nacje, a może nawet i inne skupiska ludzi, jed­nak jest to temat zupeł­nie przez autora pominięty. Mamy za to przez więk­szość opowie­ści do czynienia z niuan­sami politycz­nymi i osobistymi roz­ter­kami głów­nych bohaterów. Przy­pominało mi to miej­scami jakąś powieść obyczajową lub historyczną. Zdecydowanie nie tego oczekuję, sięgając po literaturę s-f.

Zawodzi rów­nież kontr­uk­cja fabularna. Poten­cjał, jaki począt­kowo rysuje się przed czytel­nikiem, szybko pęka niczym mydlana bańka. Wszystko to, co stworzył Card, gdzieś już było. Próby „ulep­szania” na siłę ludzi w Nowym wspaniałym świecie, nie­przyjazna człowiekowi Har­monia jest bliź­niaczo podobna do obrazu Marsa Bovy, czy Kim Stan­ley Robin­son, zaś wizja surowego ojca i jego czterech synów wygląda jak żywcem wyjęta z biblij­nej przy­powie­ści. Dodat­kowo historia pozbawiona jest nagłych zwrotów akcji czy nie­banal­nych rozwiązań.

Pamięć ziemi to typowy pierw­szy tom. Czytając ostat­nie strony powie­ści, ma się to szczególne wrażenie, że dopiero teraz nastąpi to, na co autor przy­gotowywał czytel­nika od pierw­szego zdania pierw­szej strony. Całe uniwer­sum zdaje się otwierać wraz z zakoń­czeniem. Tak, Car­dowi udało się zachęcić mnie do prze­czytania kolej­nej czę­ści przy­gód nastolet­niego Nafai i jego rodziny.

Powieść nie zrywa czapki z głowy. Nie przy­spiesza też tętna i nie szokuje niczym szczegól­nym. Nie daje nawet za wiele do myślenia. Przez więk­szość czasu nudzi za to skutecz­nie i usypia z siłą valium. Książkę trudno mi polecić komukol­wiek. Pozostaje jed­nak we mnie wielka nadzieja, że kolejne tomy wycisną z Pamięci ziemi cały poten­cjał, a Saga Powrotu do Domu zapisze mi się w pamięci na długo…

Wydawca: Prószyński i S-ka

Ilość stron: 296

Data wydania: styczeń 2011

Moja ocena: 5/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu bookznami.pl

„Wilk w owczarni” Marcin Wolski

Kiedy zabierałem się z wypiekam na twarzy za „Wilka w owczarni”, spodziewałem się prawie wszystkiego. Po dwóch pierwszych częściach przygód Alfredo Derossiego, oczekiwania miałem rozbuchane, aczkolwiek totalnie nie ukierunkowane. Wolski i tym razem zdołał mnie jednak zaskoczyć. Czy pozytywnie?

Akcja powieści rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym kończy się „Rekonkwista”. Aldo Gurbiani, po udanej operacji, udaje się na rekonwalescencję na słoneczną Sycylię, gdzie odkrywa przypadkiem dziennik, pochodzący z XVII wieku. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że autorem tego dzieła nie jest kto inny, jak sam Alfredo Derossi czyli alter ego Alda. W ten sposób, czytelnikowi dane jest poznać, nieznane dotychczas koleje losu młodego il Cane.

Opowieść zapisana w dziennikach przez samego głównego bohatera jest niesamowita. Wciąga niepostrzeżenie i nie pozwala przerwać lektury mimo późnej nocnej pory (przekonałem się o tym na własnej skórze). Język jest stylizowany, jednak na tyle umiarkowanie, że nie przeszkadza w szybkim i płynnym pochłanianiu kolejnych stron. Kolejny raz nasuwa mi się podobieństwo powieści, do przygód nieśmiertelnego Indiany Jonesa. Perypetie młodego Derosiego w niczym nie ustępują rozmachem przeciwnościom, jakim stawiał czoła znany archeolog.

Wolski zabiera nas w podróż po renesansowo – barokowej Europie i na tym nie poprzestaje. XVII wieczny obraz, jako autor maluje przed nami, robi naprawdę imponujące wrażenie. Wpływa on bezpośrednio na wrażenia płynące z lektury. Wraz z Derossim poznajemy ówczesne miasta, sytuację polityczną, rysowaną z perspektywy zwykłego obywatela, ludność wraz z ich zwyczajami oraz miejsce religii w tamtejszym społeczeństwie.

„Wilk w owczarni” składa się jakby z dwóch, odrębnych od siebie części, powiązanych jedynie osobą Alda. Czytany przez niego dziennik nagle się kończy i w sumie na tym sama powieść mogłaby się również zakończyć. Gurbiani, krótko po zakończeniu lektury, wpada jednak w kolejny trans. Tym razem il Cane ląduje w Rzeczpospolitej XVII wieku. By nie zdradzać zbyt wiele, powiem tylko, że podejmuje się on pewnej próby, mającej na celu zmianę historii naszej ojczyzny. Ta „polska” część bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Czyta się ją jak Sienkiewicza w najlepszym wydaniu.

Trudno jednoznacznie ocenić „Wilka w owczarni”. Na okładce widnieje napis, jakoby książka była wielkim finałem całej trylogii. Nie jest to do końca prawdą. W sumie można by tą powieść bez problemu przeczytać bez znajomości dwóch poprzednich części. Oczywiście pewne smaczki pozostaną wtedy niezauważone, jednak fabularnie jest to w zasadzie odrębne dzieło. Szczególnie pod koniec, razi też pewna niespójność fabuły. Może jest to nieco przesadzone stwierdzenie, ale autor chyba troszeczkę się pogubił domykając historię Alfredo Derossiego zwanego il Cane.

Mimo tej drobnej wady, „Wilka w owczarni” czyta się świetnie. Wysokie tempo akcji, niebanalna fabuła z całą masą niespodziewanych zwrotów akcji i lekko drażniące (pozytywnie) zakończenie, składają się na naprawdę dobrą powieść. Dodając do tego stylizowany język i ciekawe tło historyczne – to faktyczne jak i alternatywne, mamy do czynienia z naprawdę dobrą książką. Szkoda jedynie, że Wolski nie pokusił się o jakiś mocniejszy akcent, który spiąłby trylogię w całość. „Wilka” polecam jako bardzo dobrą powieść historyczną z elementami s-f.

Polecam!

Recenzję tomu I, pt  „Pies w studni” znajdziecie tutaj.

Recenzję tomu II, pt „Rekonkwista” znajdziecie tutaj.

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 312

Data wydania: listopad 2010

Moja ocena: 8/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book.

„Rekonkwista” Marcin Wolski

Jak bardzo tom drugi, może różnić się od poprzedniego? Na to ciekawe pytanie, prawdziwą odpowiedź daje dopiero Marcin Wolski w „Rekonkwiście”. Od „Psa w studni”, czyli pierwszej części przygód Alfredo Derossiego, zmienia się praktycznie wszystko. Czas, miejsce akcji, większość bohaterów, sposób w jaki toczy się akcja – mógłbym tak długo wymieniać. Miałem pewne obawy, czy tak mało wspólnych punktów, utrzyma obie części jako spójna całość. Okazuje się, że w Wolskiego nie wolno wątpić, jego trzeba po prostu czytać.

Pierwsza część przygód Alda, pozostawiła go, we współczesnych nam czasach, ze śmiertelnym tętniakiem. Okazało się, że romantyczne przygody w XVII wiecznej Rossetinie, były halucynacjami wywołanymi przez chorobę (lecz czy aby nie na odwrót?). W „Rekonkwiście” nasz bohater, spokojny i szczęśliwie żonaty, leży w szpitalu XXI wieku, by poddać się eksperymentalnej operacji, mającej na celu uratowanie jego gasnącego życia. Nieoczekiwanie budzi się jednak już nie jako Aldo Gurbiani, a jako swoje alter ego Alfredo Derossi zwany il Cane. W Rosettinie mijają 2 lata. Większość przekonana jest o śmierci il Cane. Książę Ippolito – władca mini państewka, kiedy tylko dociera do niego informacja o przedziwnym zmartwychwstaniu Derrosiego, wydaje rozkaz jego pojmania. Jednak ktoś znacznie ważniejszy i bardzo wpływowy, ma w stosunku do naszego bohatera całkiem inne plany.

Fabuła „Rekonkwisty” mnie zachwyciła. To, co najbardziej drażniło mnie w pierwszej części, czyli motyw średniowieczny, tym razem wypadło genialnie. Wolski podkręcił tempo, dopracował język i wyszedł z akcją w świat. Efekt jest więcej niż zadowalający. Książka przypomina przygody Indiany Jonesa połączone trochę z McGyverem. Tempo nie zwalnia ani na chwilę. Najbardziej jednak, podobały mi się częste i niespodziewane zwroty akcji: zdrada, pułapki, szpiedzy – to tylko kilka z niespodzianek. Dzięki temu od książki po prostu nie sposób się oderwać.

Tłem akcji tym razem jest XVII Francja i Nowy Świat, dopiero co odkryty przez białego człowieka. Realia epoki oddane są niesłychanie starannie. Alfredo często spotyka na swej drodze sławy tamtej epoki jak i postacie fikcyjne, występujące w literaturze traktującej o tamtych czasach, że wymienię tylko kardynała Richelieu czy d’Artagnana. Wolski stara się każde zdarzenie, jakie ma miejsce na kartach powieści, odnieść do prawdziwej historii. Spowodowało to, że kilka razy odrywałem się od książki, by poszperać na google w poszukiwaniu jakichś informacji. Wielkie brawa dla autora, za próbę uwiarygodnienia powieści. Swoją drogą, czy to wszystko co Wolski zawarł w „Rekonkwiście”, to na pewno fikcja?

Nie potrafię odegnać myśli o podobieństwie „Rekonkwisty” do sagi Pilipiuka „Oko Jelenia”. W obu przypadkach mamy podróż w czasie i przygody w bardzo zgrabnie zrekonstruowanej przeszłości. Trzeba jednak przyznać, że Wolski bije na głowę imć Pilipiuka na każdym polu. Język jest ciekawszy, fabuła błyskotliwa i pełna nagłych zmian tempa a fantastyczne elementy, które w „Oku Jelenia” budzą ironiczny uśmieszek, u Wolskiego wpasowują się gładko w treść i nie rażą sztucznością.

„Rekonkwista” to drugi tom trylogii „Pies w studni”. Tom na tyle dobry, że bez ociągania sięgnę po część trzecią. Wolski zmienił wszystko, co zgrzytało w części pierwszej i stworzył świetne przygodowe science – fiction. Powieść polecam każdemu, kto lubi zanurzyć się w świat muszkieterów, dzikich Indian, piratów, Azteków i nieznanych krain z wielką tajemnicą w tle. Książka jest świetna, błyskotliwie napisana i czyta się ją błyskawicznie.

Recenzję tomu I, „Pies w studni” znajdziecie tutaj.

Polecam!

Wydawca: Supernowa

Ilość stron: 321

Data wydania: 2001

Moja ocena: 9/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book.

„Pierścień” Larry Niven

Istnieje kilka rodzajów przyjemności, jakie można czerpać z czytania. Są książki, które odrywają nas od codzienności na chwilę, jednak tuż po ich zamknięciu, niewiele po sobie pozostawiają. Dają prostą, lecz krótką rozrywkę. Są tez książki, które czyta się niełatwo. Książki, które nie dostarczają wielkiej przyjemności podczas samej lektury, które trącają jednak jakąś strunę we wnętrzu człowieka, zapuszczają korzenie w pamięci i duszy, zostawiają ślad. Do takich właśnie powieści niewątpliwie należy „Pierścień” Larrego Nivena. Nie poraża on tempem akcji, wielopłaszczyznową fabułą, czy jakimiś nietypowymi rozwiązaniami. On po prostu zapada w pamięć.

Świat przyszłości. Kosmos, prócz ludzi, zamieszkuje kilka odmiennych ras. Przedstawiciel lalkarzy – zaawansowanej technologicznie rasy, składa Louisowi Wu – człowiekowi i sławnym odkrywcy – ciekawą i niespotykaną propozycję. Mają wyruszyć razem na wyprawę, w niezbadane obszary galaktyki, by zbadać tajemniczy pierścień, obejmujący jedno ze słońc. Towarzyszyć ma im dodatkowo przedstawiciel wojowniczej rasy – kzin, oraz jeszcze jeden ziemianin. Tak zaczyna się długa, niebezpieczna i pełna niespodzianek podróż. Czym jest w rzeczywistości pierścień? Do czego służy? Dlaczego wzbudza takie emocje wśród lalkarzy?

Akcja powieści rozwija się żółwim tempem. Autor bardzo wiele czasu poświęca, na opis Ziemi przyszłości, oraz postępu technologicznego, jaki poczyniła ludzkość. Efekt globalizmu po przeczytaniu książki, zyskał w moich oczach całkiem nowy, poszerzony wymiar. Kiedy już przebrniemy przez toporny wstęp i uformowana ekipa ruszy w czerń wszechświata, tempo wzrasta, i fabuła wciąga na długie godziny. Trzeba przyznać, że Niven to człowiek obdarzony wielkim talentem, który pozwala mu w iście filmowy sposób, opisywać obszary tak olbrzymie, że niejednokrotnie miałem problem, by objąć je swoją wyobraźnią. Potraficie wyobrazić sobie nasz układ słoneczny? A potraficie wyobrazić sobie tysiąc takich układów i podróż między nimi z kilkukrotną prędkością światła?

„Pierścień” to typowy przykład twardego s-f, w klimatach space opery. Ostrzegam, że osoby nieobyte z tego typu literaturą, mogą mieć nie lada problem, z doczytaniem dzieła Nivena do końca. Autor nie ucieka od naukowych teorii. Macierze losowe Dysona, czy zagadnienia związane z przemieszczaniem się z prędkością większą niż światło oraz ich konsekwencje, to przykłady, które od ręki przychodzą mi do głowy. Ten lekko naukowy styl, powoduje pewne spadki tempa, z jakim fabuła toczy się do przodu, jednak pogłębia wrażenie autentyczności przedstawionego świata.

Wszechświat właśnie, jest najmocniejsza stroną tej książki. Opisana z niesłychanym rozmachem i pietyzmem przestrzeń kosmiczna, wciągnęła mnie na naprawdę długie godziny. „Pierścienia” nie da się czytać szybko. Jest on napisany z tak wielką dbałością o szczegóły, że momentami cofałem się kilka linijek, by nic mi nie umknęło. Sam opis pierścienia jest spektakularny. Ogrom jego rozmiarów wręcz przytłacza podczas czytania. Żeby oddać uczucia związane z wrażeniami płynącymi z opisem świata, na myśl przychodzi mi jedynie (tak popularne ostatnio) wyrażenie „epicki”.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o wydaniu. Książka w twardej oprawie dodatkowo została starannie zszyta. Położona otwarta na biurku, nie zamyka się sama. Papier jest gruby, dobrej jakości, a druk nie prześwieca przez niego. Do tego przepiękna okładka, nawiązująca w każdym detalu do treści książki. Tak wspaniałego wydania, dawno już nie miałem w rękach. Okładkowa cena to 45,90 – dużo, ale za klasykę s-f w tak starannym wydaniu, można bez wyrzutów sumienia tyle zapłacić.

„Pierścień” to powieść nietypowa. Czytałem ją kilka dni i przyznam, że momentami nie było łatwo. Spora złożoność, olbrzymi rozmach i sporo zagadnień naukowych nie ułatwiają lektury. Wielką jej wartość odkryłem jednak, kiedy przyłapałem się, na codziennych rozmyślaniach o świecie, stworzonym przez Nivena. Jest on po prostu wspaniały i przeogromny, a przy tym niesłychanie sugestywny. Zdecydowanie warty poznania. Dla każdego prawdziwego wielbiciela s-f, jest to pozycja po prostu obowiązkowa.

Polecam!

Seria: Świat pierścienia tom 1

Wydawca: Solaris

Ilość stron: 386

Data wydania: 2010

Moja ocena: 8/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book.