Archive for the ‘ Thriller ’ Category

„Fatum” Piotr Rowicki

Piotr Rowicki to człowiek, który jest w stanie napisać chyba wszystko. Do tej pory czytałem zaledwie jedno opowiadanie kryminalne jego pióra, a ostatnio bliżej przyjrzałem się również i bajkom. Aż dziw bierze, że dwa tak różne bieguny jest w stanie połączyć postać jednego autora. „Fatum”, czyli najnowsza książką Pana Piotra, to zbiór opowiadań, których motywem przewodnim jest miasto, nie byle jakie zresztą i broń Boże przypadkowe, bo o samym Gdańsku mowa.

Na zbiór składa się 10 bardzo zróżnicowanych utworów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: kryminał, horror, groteska, humor… Niektórym z opowiadań trudno przypisać konkretny gatunek. Takie zróżnicowanie ma swoje zalety: dywersyfikacja poszerza grono potencjalnych czytelników. Ma to jednak i pewną wadę. Kiedy kończyłem jedno opowiadanie i zaczynałem kolejne, trudno było mi się przestawić na zupełnie inny gatunek literacki. Lekturze bardzo sprzyja czytanie „na raty”: śniadanko – opowiadanko – obiadek – opowiadanko – drzemka – opowiadanko…

Podczas czytanie, zupełnie ignorując nachalne gatunki literackie, na pierwszy plan wybija się wspomniany wcześniej Gdańsk. Rowicki przedstawia go czytelnikowi z kilku różnych perspektyw, posługując się kilkoma zupełnie od siebie różnymi warstwami społecznymi. Tak więc wcielimy się w postać pomocnika kucharza, by już kilka stron dalej oglądać tamtejszą rzeczywistość oczyma handlarza, próbującego zbić majątek na pomarańczach.

Po „Fatum” warto sięgnąć dla samego Gdańska. Opowiadania stanowią zaledwie środek, za pomocą którego Rowicki przedstawia czytelnikowi to historyczne miasto, wraz z jego zakamarkami i tajemnicami. Osobom zainteresowanym tym tematem, zbiór ten polecam bez wahania, obawiam się za to, że wielbicielom kryminałów w klasycznej formie, „Fatum” może nie podejść. Opowiadania są bardzo zróżnicowane i zaskakujące. Niektóre wręcz zostawiały mnie z rozdziawioną gębą („Czerwony kapturek” rządzi!). Jeżeli czujecie się na tyle elastyczni, by zagłębić się w mroczne zaułki „Wenecji Północy” i nie boicie się miszmaszu gatunkowego, to zbiór ten polecam.

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 230

Data wydania: sierpień 2011

Moja ocena: Gdańsk/10

„Kamuflaż” Ewa Ostrowska

Oficynka to niewielkie wydawnictwo, lecz chociaż istnieje krótko ma w swojej ofercie serię, która udowodniła ostatnio swoją klasę po raz kolejny. Mowa o książkach spod znaku „ABC”. Pod tym właśnie szyldem, wiosną tego roku, ukazała się książka pani Ewy Ostrowskiej „Kamuflaż”. Kiedy brałem ją do ręki ogarnęło mnie zniechęcenie. Gruba, zadrukowana maczkiem z nieciekawą okładką – to nie mogło być nic dobrego. Z takim właśnie nastawieniem, zabrałem ją na wyjazd, na którym nie planowałem czytać za wiele. Wyniknęły z tego same kłopoty.

„Kamuflaż” opowiada historię małego miasteczka Nevada, leżącego w stanie Iowa. W tej sennej miejscowości w której nic specjalnego na co dzień się nie dzieje, każdy zna każdego a podstawowym zajęciem szeryfa jest zdejmowanie kotów z drzewa, pewnego dnia znika dziecko. Nic nie wskazuje by była to poważna sprawa. Kiedy jednak mijają kolejne dni a chłopiec się nie znajduje, szeryf wszczyna śledztwo. Po tygodniu rodzice znajdują na podwórku manekina z przylepionym skalpem swojego syna.

Klimat! Klimat! Klimat! Ewa Ostrowska stworzyła miasteczko z żywymi ludźmi a pośród nich włożyła potwora tak wspaniale zakamuflowanego, że nie wzbudzającego podejrzeń. W książkę wchodzi się spokojnie tylko pozornie. Po ulicy suną sobie samochody, w parku szumią drzewa, wschodzi słońce, każdy zajęty jest codziennymi obowiązkami a gdzieś z boku czai się niepokój. Poczucie zagrożenia rośnie powoli z okresowymi skokami wprowadzanymi za pomocą pojedynczych zdań, które są wplecione z zegarmistrzowską precyzją w tekst. Przykład? Proszę:

Sam z siebie, tak twierdziła Hellen, ale w to akurat nikt nie wierzył. Nikt jeszcze nie spotkał dzieciaka, który bez pokazywania liter potrafił sam nauczyć się czytać.

Pokazywała czy nie pokazywała i tak bystrzak.

Szczęśliwa rodzina, szczęśliwa Hellen.

Tak uważano powszechnie do dnia siódmego marca 2010 roku.

„Kamuflaż” to gotowy materiał na film. Jest to thriller, który nie trzyma w napięciu. On miażdży napięciem, dusi stresem i skręca żołądek makabrą. Senne tło i spokojni pozornie ludzie tylko potęgują grozę zdarzeń. Postacie występujące na kartach książki szybko przybrały w mojej głowie ludzką formę. Są one świetnie skonstruowane, tak że książka robi zupełnie autentyczne wrażenie. Jest taki moment podczas czytania, że podejrzewałem każdego z bohaterów. Autorka tak sprawnie poprowadziła fabułę, że tańczyłem, jak mi zagrała. Za to granie na moim nosie dla Pani Ewy wielki plus.

Zdaję sobie sprawę, że to co napisałem jest trochę nieskładne, trudno jednak zachować konieczny podczas pisania dystans, kiedy na samo wspomnienie powieści dostaję wypieków na twarzy i mam ochotę polecać ją wszystkim. „Kamuflaż” to świetny i mocny thriller. Napięcie nie odpuszcza ani na moment. Jest ostro, z każdą stroną szybciej i gwałtowniej a całość wciąga jak najlepszy film. Problem w tym, że film trwa do dwóch godzin, a książkę czyta się sporo dłużej, stąd też spóźniałem się wszędzie i zawsze podczas jej czytania. Polecam powieść gorąco każdemu czytelnikowi, poszukującemu mocnej książki, w której nie sposób domyślić się kto zabija. Ja odgadłem to dopiero pod sam koniec, za co „Kamuflaż” dostaje ode mnie kolejnego plusa.

Aha! Nie zaczynajcie jej czytać do poduchy! Próbowałem i się nie wyspałem.

Polecam!

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 384

Data wydania: marzec 2011

Moja ocena: 9/10

PS. Pamiętajcie, jutro 11:30 widzę Was w Spodku na rozdaniu Złotych Zakładek:) Mam je już spakowane w kartonie i gotowe do wręczenia. Wyniki ogłoszę jak tylko wrócę do domu wraz z jakąś małą relacją z Targów:) Blogerzy którzy się wybierają, niech przypną sobie jakąś przypinkę – będzie się nam łatwiej odnaleźć:)

Więcej szczegółów tutaj!

„Król mieczy” Nick Stone

Kiedy ostatnio czytaliście jakiś naprawdę dobry, mroczny i brutalny kryminał z niebanalną fabułą, którego finał do samego końca pozostaje zagadką? Ja musiałem dobre kilka minut kombinować, żeby sobie takowy przypomnieć. Były bardzo dobre retro kryminały Wrońskiego, przyzwoity Krajewski czy naprawdę niezły Mankell. Nijak jednak nie można do nich porównać „Króla mieczy”, najnowszej książki Nicka Stone’a wydanej w Polsce. Jest po prostu lepsza w każdym z wymienionych aspektów.

„Miasto na skraju chaosu. Okrutne rytuały voodoo. Witajcie w Miami.”*

Jest rok 1980. Max Mingus i Joe Liston to detektywi Oddziału Specjalnego Policji w Miami. Miasto stoi na skraju anarchii. Rządzą nim narkotyki, prostytucja oraz galopująca przestępczość i korupcja. Rutynowe śledztwo związane ze śmiercią młodego mężczyzny zyskuje zupełnie nowy wymiar, kiedy z żołądka denata patolog wydobywa kartę tarota, a policjanci znajdują całą jego rodzinę brutalnie zamordowaną. Od tej pory bieg wydarzeń pląta się niczym pajęcza sieć, a każda z jej nici i powiązań wydaje się być równie prawdopodobna. Zaczyna się polowanie na nieznanego i śmiertelnie niebezpiecznego wroga.

„A gdy już Boukman przejmie nad tobą władzę, nigdy cię nie puści…”*

Klimat! Oto co w książce podobało mi się najbardziej. Świetnie i niesamowicie szczegółowo oddane Miami zachwyca i przeraża. Na każdym rogu stoją dziwki, po mieście krążą alfonsi, czarna część społeczeństwa mimo równości jest izolowana i dyskryminowana. W tym kotle dodatkowo swojego miejsca szukają Kubańczycy, Haitańczycy i inne mniej liczne mniejszości. Głównym problemem jest jednak nowy narkotyk na rynku – kokaina. Coraz tańszy i szerzej dostępny powoduje lawinowy wzrost przestępczości i zarazem dziesiątkuje ludność. W grę wchodzą miliony, a przy takich kwotach życie ludzkie nie przedstawia większej wartości. Realia oddane są sugestywnie, tworząc zawiesisty klimat, który pozostawia posmak papierosów i taniej wódki w ustach.

„Król mieczy to (…) cholernie dobry thriller. Jeśli nie czytałeś poprzedniej książki Stone’a, radzę to nadrobić”**

Książka spodoba się zapewne fanom skandynawskiej myśli kryminalnej. Akcja toczy równie niespiesznie jak w powieściach rodem z północy i zwraca uwagę na szczegóły i szczególiki, zatrzymując się czasami nad codziennym życiem Miami. „Król mieczy” odróżnia się jednak od innych kryminałów swoim niepowtarzalnym amerykańsko – kubańsko – haitańskim klimatem. Kojarzycie „Miami Vice”? Ta książka ma w sobie to coś, co miał ten trochę już zapomniany serial.

„Nie mógł nic mówić. Stracił zmysł smaku. Stracił zmysł powonienia i dotyku. (…) Nie był pewien, czy wciąż oddycha.”***

„Król mieczy” nie jest jednak książką idealną. Przy swojej objętości (670 strony!) potrafi czasami trochę przynudzić. Zdarza się to nieczęsto i w niewielkim stopniu, ale jednak wybija nieco z rytmu. Powieść Stone’a trzeba czytać szybko, by w pełni się nią cieszyć. Ilość wątków i bohaterów jest tak duża, że nawet jeden dzień przerwy może znacznie utrudnić i skomplikować powrót do lektury.

„Kiedy Cię całuję, odnoszę wrażenie, że liżę brudną popielniczkę. Lizałeś kiedyś popielniczkę, Max?”****

„Król mieczy” to kryminał prawie doskonały. Jest długi, mroczny, zagmatwany, detektywi nie są święci, Miami jest fantastyczne a fabuła mimo, że nie jest pierwszej świeżości, ma swoje momenty. Książki nie polecam jedynie młodym lub wrażliwym czytelnikom, pełnoletni (lub prawie pełnoletni) ochotnicy na pewno się na niej nie zawiodą. Mimo czasami leniwego tempa, czyta się ją świetnie, a co ważniejsze, historia zostaje na długo w głowie. Można ją z powodzeniem opowiadać z wypiekami na twarzy przy ognisku, czy na imprezie. Długo opowiadać…

Polecam!

—————————-
* – Źródło: okładka
** – Źródło: crimescenescotland.com
*** – Źródło: „Król mieczy” str. 119
**** – Źródło: „Król mieczy” str. 428

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 672

Data wydania: czerwiec 2011

Moja ocena: 8/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book. Zapraszam i polecam!

Nominowaliście już książki do Złotej Zakładki? Nie zapomnijcie, liczę na Was:)

„Na emeryturze” Kelley Armstrong

„Nadia Stafford była kiedyś policjantką. Dziś stoi po drugiej stronie barykady – jest płatną zabójczynią. W swoim zawodzie jest najlepsza, choć myśli już o „przejściu” na emeryturę. Helter Skelter to pseudonim mordercy, podającego się za syna Charlesa Mansona. Jego ataki są niespodziewane i bez powiązania, a policja jest bezradna. Co gorsza, mundurowi zaczynają działać po omacku i rozpoczynają akcję łapana znanych im płatnych morderców. Niespodziewanie, interesom Nadii i jej kolegom zaczyna zagrażać działalność Heltera Skeltera. Rozpoczyna się polowanie na mordercę. Pytanie tylko: kto jest zwierzyną?”

Nietypowo zacząłem od tekstu z okładki, żeby pokazać czym kierowałem się, kiedy decydowałem się na dopiero co wydaną w Polsce książkę Kelley Armstrong zatytułowaną „Na emeryturze”. Opis brzmi wyjątkowo smakowicie i zapowiada literacką ucztę w iście morderczym towarzystwie. Autorka znana jest w naszym kraju głównie z paranormalnej trylogii Najmroczniejsze moce. W tym kontekście byłem bardzo ciekawy, czy pisarka da radę przełamać dotychczasowe przyzwyczajenia i stworzy solidny kawał thrillera, czy chociażby kryminału. Przełamanie okazało się możliwe, ale nie do końca udane.

Główna bohaterka, Nadia, to postać szalenie ciekawa. W sumie trudno zdecydować, czy jest bohaterem czy antybohaterem powieści. Przez kilka lat pracowała jako policjantka, jednak pewien epizod zmusił ją do porzucenia tego zawodu. Przez większość książki poznajemy jej historię kawałeczek po kawałeczku. Przyznam, że nawet teraz z perspektywy kilku dni, nie potrafię jednoznacznie ocenić jej motywacji i zachowań. Takie wydzielanie maleńkich fragmentów z jej życiorysu działa bardzo pobudzająco na czytelnika. Jest to jeden z najciekawszych elementów „Na emeryturze”. Złożoność psychiki Nadii wciąż chodzi mi głowie i każe się nad sobą zastanawiać.

Pozostali bohaterowie powieści trzymają wysoki poziom głównej postaci. Pośrednicy, zawodowi mordercy, czy agenci federalni – każde z  nich ma swoją historię do opowiedzenia i w każdym wypadku bardzo trudno jest zdecydowanie kogoś poprzeć czy potępić. Nie było takiej chwili podczas czytania, żebym nie podejrzewał zdrady ze strony któregoś z nich. Armostrong udało się stworzyć tak wieloznaczne postacie, że nie sposób na 100% przewidzieć ich zachowań. Jest to tym trudniejsze, że akcja dość szybko biegnie do przodu i sytuacja w jakiej znajdują się bohaterowie, często ulega zmianie.

Powieść ma niestety problem z rozwojem akcji. Początek jest świetny i zachęca do czytania, po czym następuje dziwny zastój. Nie chodzi nawet o to, że nic się nie dzieje, wręcz przeciwnie, dzieje się sporo, ale jakoś całość nie chce się kleić i trzeba trochę się przymusić do czytania. Praktycznie do połowy książki wieje sztampą i jest po prostu nudnawo. Na szczęście jest to sytuacja przejściowa i kiedy już przebrnie się przez schemat, nagle wszystko zaczyna grać, akcja wrzuca bieg i jazda do przodu.

„Na emeryturze” to powieść, którą trudno jest mi jednoznacznie ocenić. Posiada świetnych nietransparentnych bohaterów, fabuła jest zaskakująca a akcja daje czadu i zapada w pamięć (szczególnie w końcówce). Niestety by tak się stało należy przebrnąć przez ponad 200 totalnie przeciętnych stron. Czy warto? Na to pytanie każdy powinien sobie odpowiedzieć indywidualnie. Ja nie żałuje tych dwóch wieczorów spędzonych z Nadią i resztą bohaterów. Do książki trzeba się przyzwyczaić, jest nieco inna niż konkurencja. Jest to zarówno jej wada jak i zaleta. Z perspektywy kilku dni oceniam ją jako solidna sensację i chętnie sięgnę po kolejną powieść z Nadią w roli głównej. Polecam ją głównie wielbicielom tego typu literatury. Nieobyci czytelnicy mogą odbić się od niej niczym piłeczka tenisowa ciśnięta w betonową ścianę.

Polecam!

Wydawca: Zysk i S-ka

Ilość stron: 448

Data wydania: czerwiec 2011

Moja ocena: 7/10

„Wieża sokoła” Katarzyna Rogińska

Katarzyna Rogińska zaistniała w mojej świadomości opowiadaniem „Blondynki”, będącym częścią antologii zatytułowanej „Mogliby w końcu kogoś zabić”. Pamiętam że nie zostałem nim jakoś specjalnie oczarowany, ale doceniłem pomysł i język jakim zostało napisane. Kiedy zobaczyłem w zapowiedziach pełnowymiarową powieść tej pani, nie mogłem przejść obok niej obojętnie. „Wieża sokoła” zapowiada się świetnie, wciąga skutecznie, trzyma w napięciu i… w pewnym momencie coś się psuje.

Dymitra to młoda greczynka w okresie wielkiego buntu i na rozstaju swoich życiowych dróg. Pewnego dnia poznaje Edwarda, przystojnego Polaka, który przyjechał na wakacje do Grecji wraz ze swoją matką. Pod wpływem jego uroku decyduje się na wyjazd do Gdańska, gdzie nowo poznany mężczyzna zapewnia jej byt i pracę. Piękny dom i szarmancki pracodawca wydaje się być spełnieniem marzeń młodej dziewczyny. Czy aby na pewno?

Wystarczyło kilka stron, bym „Wieżę sokoła” czytał z wypiekami na twarzy. Pani Katarzyna tworzy pięknie zawiesisty i mroczny klimat, który złapał mnie jak pajęcza sieć muchę i nie puszczał, a wręcz omotał do końca. Atmosfera niepewności i napięcia towarzyszyła mi nieprzerwanie przez ponad połowę książki. Kiedy czytałem, jak niczego nieświadomej Dymitrze pętla zaciska się powoli na szyi, gęsia skórka była częstą reakcją. Z książki chwilami wręcz tchnie chłodem.

Największym atutem książki, poza suspensem, są postacie głównych bohaterów. Pani Rogińska jest praktykującym psychologiem, co świetnie wykorzystała podczas pisania książki. Każda z osób wydaje się spoglądać na czytelnika z kart książki – ich osobowość jest złożona i robi porażające, autentyczne wrażenie. Autorka nie ograniczyła się do podstawowych informacji, wymaganych dla fabuły powieści, ale zbogaciła bohaterów nadając im ludzką formę. Dodatkowym atutem jest to, że żadna postać nie jest w 100% dobra, a w największym potworze można się doszukać nutki światła. Brawo!

Kiedy już zachwyciłem się powieścią, nieoczekiwanie dostałem pięścią prosto w twarz – dotarłem do trzeciego, ostatniego rozdziału. Zabolało. Nie wiem co się stało z autorką, że zdecydowała się w połowie książki zmienić wszystko. Wprowadziła nagle całkiem nową bohaterkę, nowe miejsce, nowe problemy, nowe… wszystko. Czytało mi się to nawet fajnie, ale zaledwie przez jakieś 50 stron. Spojrzenie z boku na akcję jaka miała miejsce w dwóch pierwszych rozdziałach było ciekawe, ale szybko mnie znudziło. Nie obawiajcie się, to co piszę to nie jest żaden spoiler – prawie cały trzeci rozdział jest w zasadzie oderwany od reszty, dopiero później wątki zaczynają się zazębiać co jednak nie dzieje się bez zgrzytów.

Uczepię się jeszcze wspomnianego wyżej „później”. Czy jest coś gorszego niż nie satysfakcjonujące zakończenie thrillera psychologicznego?  Chyba jedynie happy end w horrorze. Ostatnie 20 stron robi wrażenie napisanych na szybciora na kolanie w autobusie. Kiedy już ostrzyłem sobie ząbki na akcję, BUM!, jeden akapit i po wszystkim. Brakuje mi tu napięcia, niepewności, zwrotu akcji… czegokolwiek. Dostałem za to naiwne i prostackie wyjaśnienie, robiące wrażenie napisanego od punktów z maleńką, lekko uchyloną furteczką, dla kolejnej powieści.

Warto więc sięgnąć po „Wieżę sokoła”, czy nie? Warto dla dwóch pierwszych rozdziałów, które są rewelacyjne i po prostu miażdżą, ostatnią część zawsze można zignorować i przeczytać finałowe kilkanaście stron – strata to niewielka. Powieść jest mocna. Przeraża i wywołuje lodowate ciarki na plecach poziomem bestialstwa. Polecam ją raczej twardszym czytelnikom. Gdybym  miał oceniać tą lepszą połowę, byłaby dziewiątka, a tak niestety tylko szóstka.

Polecam do połowy!

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 296

Data wydania: maj 2011

Moja ocena: 6/10

„Grizzly” Adam Zalewski

Niedawno miałem przyjemność zatopić się w lekturze „Ponurego Piaskuna”. Ta typowo męska lektura zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie swoją prostotą, która bezpośrednio przekładała się na wysoką jakość. Zastanawiałem się podczas czytania, kiedy znowu wpadnie mi w ręce tak dobra lektura tego typu. Okazuje się, że pan Zalewski zadbał o to, bym nie musiał długo czekać. „Grizzli”, który wyszedł spod jego pióra, jest co prawda osadzony w całkowicie odmiennych realiach, jednak (podobnie jak Piaskun) pozostaje brutalnym, bezkompromisowym i twardym kawałkiem „męskiej” prozy. Jest po prostu świetny.

Kiedy Clinton Gerstaecker – szeryf miasteczka Green Doll w stanie Kentucky, wyjeżdżał na kilkudniowa delegację, nie spodziewał się, że po powrocie jego życie zostanie wywrócone do góry nogami. Kiedy wchodził na werandę swojego domu, wiedział już, że stało się coś złego. Kiedy znajduje w salonie zmasakrowane zwłoki swojej żony coś w nim pęka. Z mrocznych zakamarków jego duszy, wyłania się niezłomny i twardy niczym kawał stali Grizzli. Jego cel jest prosty – wyrwać całe zło, odpowiedzialne za śmierć żony razem z korzeniami. Bez względu na środki.

„Grizzli” to twarda i szorstka książka, którą wciąga do swojego klimatycznego świata i nie chce wypuścić. Jej język jest ostry. Ciał moją wyobraźnię niczym brzytwa. Niektóre sceny werżnęły mi się w mózg w sposób brutalny i bezpardonowy. Przy całej swojej surowości, opisy pozostały jednak bardzo soczyste, żeby nie powiedzieć „ociekające”, dlatego naprawdę radzę się dobrze zastanowić osobom wrażliwym, nim sięgnę po tą książkę. „Grizzly” potrafi ugryźć mocno, dla niektóry może zbyt mocno…

Mimo całej brutalności, chwilami naprawdę groteskowej, powieść czyta się świetnie. Ba, ją się połyka niczym setkę wódki bez popijania. Pali co prawda w przełyku, język od niej drętwieje, ale zarówno wódka jak i „Grizzli” nie są dla małych dziewczynek prawda? Odpowiedzialna za ową „połykalność” jest płynność, z jaką akcja toczy się do przodu. Nie ma tu za bardzo miejsca na podziwianie przyrody, kontemplowanie sytuacji politycznej w kraju, czy rozważania moralno egzystencjalne. Szeryf Clinton prze do przodu i biada każdemu kto stanie mu na drodze. Liczy się kaliber i zemsta – cała reszta to tło.

Prostota powieści nie oznacza wcale, że jest ona prostacka. Zdarzenia które mają miejsce na kartach książki, zmuszają do refleksji na temat natury człowieka. „Grizzli” zachęca do takich rozmyślań, dokładnymi opisami codziennego życia ludzi, którzy są z natury źli, lub tylko zręcznie zmanipulowani. Zalewski pozostawił jednak interpretację i moralne uzasadnienia czytelnikowi. Próżno szukać w książce odpowiedzi na postawione pytania.

„Grizzli” to świetna, męska lektura. Jest mocna, brutalna i bezkompromisowa, a przy tym jest też świetnie napisana, szybka i satysfakcjonująca. Czyta się ją jednym tchem i trudno się od niej oderwać. Książkę zdecydowanie polecam osobom, które nie boją się mocniejszego kawałka prozy – na pewno nie będziecie zawiedzeni.

Zalewski „Grizzlim” wpisał się na moją listę autorów, którym koniecznie muszę uścisnąć rękę. Oby nie okazała się niedźwiedzią łapą…

Polecam!

Wydawca: Oficynka

Ilość stron: 290

Data wydania: 2011

Moja ocena: 8/10

„Apsara” Marek R. Litmanowicz

Kiedy biorę do ręki książkę, która liczy sobie ponad 750 stron, liczę na to, że wydawnictwo dobrze przemyślało jej wydanie. Z takiej objętości byłoby co wycinać, a skoro nie zdecydowano się na taki krok, powieść musi być rzeczywiście świetna. Takie mniej więcej myśli, krążyły mi po głowie, przed sięgnięciem po „Apsarę” Marka Litmanowicza. Nie ukrywam, że miałem też pewne obawy. W końcu panuje trend, że świetne wielostronicowe powieści, dzieli się dla zysku na kilka tomów. Po bolesnym przełknięciu „Apsary”, wiem już, dlaczego Świat Książki nie podzielił jej na kilka części. Drugi tom po prostu by się nie sprzedał.

Trudno jest zarysować fabułę „Apsary”, by nie zdradzić fabuły pierwszych kilkuset stron. Głównymi bohaterami powieści są trzej młodzi faceci: Paweł, Jacek i Robert. Łączy ich pasja do muzyki i pewna słabość do pięknych kobiet. Okresowo pojawia się jeszcze cała masa postaci drugoplanowych, których perypetie przeplatają się z losami naszej trójki. Paweł to zdolny pianista. Podczas pobytu w Iranie, gdzie zagrał pionierski koncert, spotyka go nie lada przygoda, której następstw nie będzie w stanie przewidzieć. Jacek, dobry znajomy Pawła, to ceniony ginekolog, który problemy z żoną Anią, przeplata z dylematami moralnymi związanymi z aborcją. Kto mógł przypuszczać, że konferencja w Stambule stanie się dla niego przełomowym momentem w karierze.

Kiedy zastanawiałem się nad jakimś zgrabnym streszczeniem fabuły, popadłem w kłopoty. „Apsara” jest napisana w tak chaotyczny i pogmatwany sposób, że trudno jakkolwiek zarysować jej treść. Dosłownie rozmywa mi się ona pod palcami. By napisać coś sensownego, musiałbym zdradzić połowę opowiadanej historii. Wynika to zapewne z rozdrobnienia fabuły na wiele wątków, które mimo pewnych wysiłków autora, nie łączą się sensownie ze sobą w jedną zgrabną całość. Wygląda to tak, jakby ktoś wrzucił 3 różne książki do miksera, włączył wysokie obroty, po czym zalał żelatyną i wlał do formy w kształcie książki.

Niesłychanie irytujące są też opisy-potworki, wyskakujące w każdym możliwym miejscy. Każda, nawet najdrobniejsza i najoczywistsza czynność, pociąga za sobą zbity blok tekstu, z którego dowiemy się o zapachu, fakturze, marce, roku i miejscu produkcji oraz poznamy osobiste zdanie lub wyobrażenie bohatera na jej temat. Celowo użyłem określenia „zbity blok tekstu”, ponieważ po pewnym czasie po prostu przelatywałem wzrokiem te miejsca. W końcu czytanie ma sprawiać przyjemność prawda?

By oddać sprawiedliwość, „Apsara” nie jest wcale taka tragicznie zła. Ma kilka swoich momentów. Niestety najlepszy jest początek, a im dalej, tym słabiej. Litmanowicz, kiedy już pisze konkretnie, robi to naprawdę wyśmienicie. Łatwo da się wyczuć potencjał autora w miejscach, w których coś się dzieje. Miałem wrażenie, że Pan Marek dawał się w takich momentach ponieść talentowi, przez co brzmią one autentycznie i bardzo skutecznie odrywają czytelnika od rzeczywistości. Szkoda, że są w tak przytłaczającej mniejszości.

Moim zdaniem „Apsara” absolutnie nie jest lekturą przeznaczoną dla mężczyzn. Jest to typowe kobiece czytadło, starające się poruszać w czytelniku płytkie emocje a’la amerykańska komedia romantyczna tudzież brazylijski serial. Szkoda, że autor nie napotkał na swojej drodze osoby, która drastycznie wycięłaby zbędne elementy, a te istniejące połączyła w spójną całość. Wtedy zapewne mielibyśmy do czynienia z powieścią bardzo dobrą, a tak niestety, mam przed sobą książkę przeciętną, która ze względu na swoją objętość staje się pozycją ciężkostrawną.

Wydawca: Świat Książki

Ilość stron: 768

Data wydania: marzec 2011

Moja ocena: 4/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie Lubimyczytać.pl