Stooosik:)

Czołem!

Przedświąteczne okoliczności około remontowe, nie pozwalają mi za bardzo na cokolwiek innego. Dlatego dzisiaj będzie stosik:) Dawno już się nie chwaliłem, paczuszki ostatnio spływały regularnie, więc czas najwyższy:

Bez zbędnych ceregieli wyrywkowo o wybranych pozycjach:

1. „15 blizn” – ponoć zbiór opowiadań grozy, w którym nasi twórcy miażdżą zachodnich. Jako niepoprawny patriota stwierdziłem, ze muszę to zobaczyć na własne oczy, po czym zgłosiłem sie i wygrałem ją u Avo Lusion🙂 Dzięki! To się nazywa siła przyciągania!

2. „Król złodziei” – dawno poszukiwana przeze mnie młodzieżówka. Wymiana.

3. Prokopy i Hołownie oraz „Do kropli ostatniej” – to zasługa Mikusia! Muszę przyznać, że w tym roku byłem wyjątkowo grzeczny, co przełożyło się bezpośrednio na idealnie trafione pozycje niespodziajkowe:)

3. „Podróże małe i duże” – Znak naprawdę daje czadu w tym roku. Wymiana z anek7🙂 Dzięki!

4. „Epic” – świetna książka oparta na MMORPG. Recenzja lada dzień:)

5. „Na psa urok” – nadażyła się okazja, więc postanowiłem sprawdzić. Wymiana z Fuzją🙂 Dzięki!

6. „Na wschód od Edenu” – biorę się za klasykę przez wielka K! Zakładka jak widać już w książce tkwi, co niepodważalnie świadczy o tym, że rozpocząłem proces pochłaniania treści. Efekt? Pychotka! Perełka:)

Cóż by tu jeszcze? Ilość wolnego czasu waha się ostatnio u mnie w granicach od zera do zero przecinek zero zero jeden, więc i recenzji za bardzo nie potrafię zapowiedzieć. Będzie na pewno „Epic” i „Dobry brat zły brat”. W przypływie weny może skrobnę coś dziecięcego:) Hasełka młody ostatnio miewa przednie, a ja je notorycznie zapominam:)

Pozdrawiam serdecznie!

„Kameleon” Rafał Kosik

Rafał Kosik to jeden z nielicznych polskich pisarzy s-f, któremu tworzenie powieści w tym gatunku naprawdę wychodzi. Po lekturze „Marsa” (2003) byłem przekonany o potencjale autora, „Vertical” (2006) tą tezę potwierdził, ale to jeszcze nie było „to”. Po przeczytaniu „Kameleona” (2008), długo siedziałem w ciszy. Kosik stworzył powieść kompletną, błyskotliwą, pełną metafor i odniesień to teraźniejszości. Warto!

„Na planetę Ruthar Larcke przybywa z misją ratunkową USS „Ronald Reagan”. Czterysta trzynaście lat wcześniej zaginął tu statek poszukujący planet do terraformowania. Załoga misji odkrywa kolejne zagadki: skąd na planecie odległej o sto dwadzieścia lat świetlnych od Ziemi kilkumilionowa ludzka społeczność? Czy jeden z członków załogi zaraził się obcą formą życia? I czy ich misja jest rzeczywiście misją ratunkową?”*

Pisząc o „Kameleonie” nie sposób pominąć nagród, jakie powieść zdobyła. Zajdel za 2008 rok, Sfinks 2008, nagroda Katedry „Fantastyka 2008”, czy nominacja Literackiej Nagrody im. Jerzego Żuławskiego – niewiele więcej można było ugrać na rodzimym rynku. Liczba wyróżnień przekłada się w tym wypadku bezpośrednio na jakość, zacznę jednak od początku.

Najnowsza z powieści Kosika wciąga od pierwszych stron. Początkowo miałem wrażenie, że będzie to typowo przygodowe s-f lekko zanurzone w klimatach space opery. Złudzenie to mija wraz z kolejnymi stronami, by w pewnym momencie wywołać reakcję w stylu: „Cholera! Co tu jest grane?!”. Fabuła powieści z prostej „przygodówki” szybko ewoluuje w wielowątkową opowieść z całą masą nawiązań i metafor. Do akcji wkraczają retrospekcje, które wprowadzają dodatkowy element zaskoczenia i pogłębiają złożoność historii planety Ruthar Larcke. Najlepsze jest jednak zakończenie…

Czytając „Kameleona” nasuwało mi się podobieństwo do przeróżnych antyutopijnych wizji, snutych przez Huxleya, Bradburego czy chociażby Zamiatina. Kosik poruszył jednak tą kwestię z nieco innej strony i nie bezpośrednio. Fabuła nie serwuje nam gotowych rozwiązań i obrazów, a jedynie wskazuje kierunek, w jakim opisane społeczeństwa będą zmierzać i jakie może mieć to skutki. Dla wielbicieli tego typu literatury, ta powieść to prawdziwa perełka.

Fabuła, chociaż gra niewątpliwie pierwsze skrzypce, nie przysłania pozostałych elementów składowych powieści. Ruthar Larcke jest oryginalne i nastrojowe. Niby prawie jak Ziemia, ale jednak nie do końca. Główni bohaterowie są zróżnicowani i charakterystyczni. Nie miałem problemów z ich imionami, nie myliły mi się postacie – to wielka zaleta. Akcja toczy się wciąż „do przodu”, ma swoje zrywy i zwroty, skutecznie trzymając przy książce do późnych godzin nocnych.

Najlepsze zostawiłem sobie jednak na koniec. 544 stronicowa powieść s-f, uhonorowana wieloma nagrodami, naprawdę fajnie wydana i warta każdych pieniędzy kosztuje na stronie wydawcy… 25,60,-! Dodam, że nie chodzi o wydanie kieszonkowe ale pełnowymiarowe 125×195 mm. Z ciekawości przeliczyłem sobie wartość jednej strony i wyszło mi, że wynosi ona niecałe 5 groszy.

„Kameleon” to literacki grande finale Rafała Kosika. Autor podniósł sobie niebywale poprzeczkę i czekam z wielką niecierpliwością na jego kolejną powieść. Książkę polecam wszystkim. Jest to typowy przedstawiciel fantastyki socjologicznej (social science fiction) – porusza problem ewolucji alternatywnych społeczeństw i zachowań międzyludzkich. Co za tym idzie, niewiele jest w niej techniki i opisów jej działania, a to przekłada się bezpośrednio na łatwość odbioru przez nieobytego z twardszym s-f czytelnika.

„Kameleonem” Rafał Kosik zajął u mnie honorową pozycję obok Orwella, Hinleina, Bradburego i Assimova. Polecam, zalecam i rekomenduję!

Polecam gorąco!

Wydawca: Powergraph

Ilość stron: 544

Data wydania: 2008

Moja ocena: najlepszy z Kosików

Recenzja napisana dla portalu Fantasybook. Polecam i zapraszam:)

*opis z okładki

„Norwegian Wood”, czyli pabla potyczki z Murakamim.

Po „Norwegian Wood” sięgnąłem w przekonaniu, że jest to książka z nurtu tak ostatnio popularnego realizmu magicznego, okazuje się jednak, że nie ma ona kompletnie nic wspólnego z fantastyką jako taką. Jest to książka twardo stojąca na nogach realizmu. Mało tego, niesie ze sobą sporą dawkę historii i pozwala czytelnikowi zerknąć z perspektywy „ulicy” na to, jak wyglądała rewolucja seksualna w Japonii. Wolna miłość, pornografia i wyzwolenie seksualne z kulturowo obcej europejczykowi perspektywy – tym właśnie jest dla mnie „Norwegia Wood”.

„Tokio, koniec lat sześćdziesiątych: jazz, wolna miłość, dzieci kwiaty, protesty na uczelniach. Motywem przewodnim powieści jest piosenka Beatlesów Norwegian Wood. To historia Toru Watanabe i pięknej Naoko, ich wzajemnej fascynacji, uczucia obciążonego samobójczą śmiercią wspólnego przyjaciela i depresyjną naturą dziewczyny. Wkrótce w życiu Toru pojawia się Midori, zwolenniczka niezależności i swobody seksualnej. Obie kobiety są dla niego bardzo ważne. W kręgu miłości, przyjaźni i śmierci Watanabe staje się dorosłym mężczyzną.”

Po „Norwegian Wood” można się prześliznąć jak po lodzie i przeczytać coś na kształt obyczajowego romansidła, ani raz nie sięgając pod powierzchnię. Nie o to jednak w książce chodzi. Proste słownictwo i pozornie banalny przekaz tej powieści, są środkami do przekazania czegoś więcej. Kluczowa w tym wypadku wydaje się być pewna znajomość kontekstu historycznego. W latach ’60tych Japonia (podobnie zresztą jak reszta świata) powstała po wojennej apokalipsie. Nowe pokolenie dochodzi do głosu. Podstawowe potrzeby są zaspokojone, panuje powszechny dobrobyt. Młodzi ludzie, nie pamiętający głodu i wojny, poszukują nowych potrzeb, a w konsekwencji dróg ich zaspokajania. Rozwijają się ruchy anarchistyczno – komunistyczne, kiełkuje idea równouprawnienia i tolerancji rasowej i płciowej. W takiej rzeczywistości próbuje odnaleźć się Toru – główny bohater „Norwegian Wood”.

Powieść czyta się piorunem. Uciekającym stronom często towarzyszą przyspieszone tętno i wypieki na twarzy, co dziwi, ponieważ narracja jest niespieszna, a tempo wydarzeń leniwe, często wręcz refleksyjne. Taki stan rzeczy jest zasługą trafiającego wprost w czytelnika ładunku emocjonalnego, który zgrabnie mija nasze mechanizmy obronne.

Chwilami przeszkadzała mi w książce nadmierna „fizyczność” i wolność seksualna. Murakami nie ucieka od scen łóżkowych, odniosłem wrażenie, że były one niejednokrotnie nawet jego celem. „Norwegia Wood” pełne jest masturbacji, wolnej miłości, pieszczot, dotykania członka czy wilgoci w majteczkach. Chociaż może to przeszkadzać, było jednak elementem koniecznym. Wspomniane wcześniej realia w jakich Murakami zakotwiczył fabułę powieści, wymagały dla pełnego i rzetelnego obrazu elementów „łóżkowych”, nawet tych ordynarnych. Nie zapominajmy, że na świecie panowali wtedy hipisi, anarchiści oraz ich rozmaite pochodne. W tym kontekście, to co dzieje się na kartach książki, nie szokuje już tak bardzo.

„Norwegia Wood” to opowieść o poszukiwaniu siebie w trudnych czasach. Opowieść świetnie napisana o orientalnym słodko – gorzkim smaku, raczej dla dorosłego czytelnika potrafiącego zdystansować się do dużej dawki seksu. Emocjonalnego obrazu dopełnia przemycona dawka historycznych realiów, która niczym szczypta przyprawy dodaje literackiemu posiłkowi charakteru. Jeżeli nie boicie się lekko pornograficznej książki z historycznym tłem dodatkowo zanurzonej we wręcz egzotycznym dla europejczyka japońskim sosie emocjonalno behawioralnym, wtedy „Norwegian Wood” polecam. Niezdecydowani, zawsze mogą przeczytać ją ot tak, po prostu, wtedy będzie to całkiem ciekawy romansik a’la love story a może niektórzy dopatrzą się w nim nawet jakiejś magii.

Polecam gorąco!

Wydawca: Muza

Ilość stron: 472

Data wydania: luty 2006

Moja ocena: niby słodka, a jednak gorzka. tak!

„Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody” Bill Bryson

Zagadka z geografii: Jak nazywa się stolica Australii? Każdy wie? A co to jest Uluru? Dla cwaniaka która zna odpowiedź na te pytania, mam bonus: Jak nazywa się premier Australii? I co? Kiepsko? To dlatego, że chociaż Australię zna każdy i wie, że kicają tam kangury a Koala wciąga Eukaliptusy, na tym w zasadzie kończy się nasza wiedza. Ciekawscy wskażą jeszcze Emu i najjadowitszego węża na planecie i… i na tym w zasadzie się kończy. Aha! No i Sydney, bo tam była Olimpiada.

Cejrowskie „Rio anakonda” w Australii.

„Śniadanie z kangurami. Australijskie przygody” to książka wyjątkowa. Bill Bryson kroczek po kroczku odkrywa przed czytelnikiem ten mało znany kraj i udowadnia jaki jest ciekawy i niedorzeczny zarazem. Niebagatelny jest sposób, w jaki to robi. Książka pełna jest zabawnych anegdotek i wtrąceń. Wybuchy śmiechu gwarantowane!

„Przyjeżdża na miejsce, znajduje hotel, melduje się, wędruje po okolicy, zwiedza muzea i zabytki, które spotyka na swojej drodze, wypija kilka piw, podsłuchuje parę rozmów i kładzie się spać. Rok później mieszkańcy trzech kontynentów trafiają do szpitala, bo tak bardzo śmieją się z relacji o jego przygodach, że dostają przepukliny.”

„The Age”*

Billa Brysona wcześniej nie znałem. Po przeczytaniu „Śniadania z kangurami” wiem już, że nie będzie to jego ostatnia książka w moim życiu. Facet jest dla mnie odpowiednikiem naszego Cejrowskiego. Często posługuje się ciętym językiem, ma błyskotliwe spostrzeżenia i tą rzadko spotykaną wewnętrzną miłość do tego co robi. Najlepsze jest jednak to, że tą miłością potrafi się dzielić w fantastycznie ekspresyjny sposób. Z samej sympatii dla autora, podczas czytania na ustach gości życzliwy uśmiech, a głośny śmiech wybucha nawet w wypadku średnio śmiesznych żartów – tak jakby opowiadał nam je nasz dobry przyjaciel, którego nie chcemy urazić.

„Bill Bryson to pisarska ekstraklasa, podana z rozbrajającym humorem”*

„Śniadanie z kangurami” to rewelacyjna książka. Autor nawiązuje z czytelnikiem unikatową przyjacielską relację. Nie pytajcie mnie jak to robi, bo nie wiem. Może to zasługa bezpośredniości, może humoru. Wiem jedno, nie często po lekturze książki mam ochotę odnaleźć autora, uścisnąć mu rękę i postawić kilka piw. W tym wypadku, najlepiej by było, gdybym zastał go w jakimś małym, zakurzonym barze, gdzieś na Outbacku, gdzie króliki pożerają resztki Australii, a w każdym ciemnym kącie i pod każdym kamieniem siedzi coś, co tylko czeka, żeby Cię zabić. Ah, ten kontynent ma coś w sobie…

Śmiertelnie polecam!

*cytaty pochodzą z okładki książki.

Wydawca: Zyski i S-ka

Ilość stron: 360

Data wydania: sierpień 2011

Moja ocena: jak koala:)

PS. Odp na pytania ze wstępu: Canberra (serio nie Sydney), Uluru to potęęęęęęęęężny płaskowyż, a premiera nie warto pamiętać, bo oni W Australii albo giną, albo dymisjonują co chwila;)

Dodatek do recenzji „Alicji”

Natrafiłem na filmik promujący wczorajszą recenzję „Alicji w Krainie Czarów”. Oddaję wprost idealnie magicznego ducha książki:

Na razie to tyle:) Jutro może kolejna recenzja. Może napisze coś o Norwegian Wood… 😉

Ave!

„Alicja w Krainie Czarów” Lewis Carroll – wydanie Wilgi

Aż do niedawna „Alicja w Krainie Czarów” była dla mnie książką stosunkowo ciężkostrawną. Sporo symboliki, niejasne wydarzenia i przesadna magiczność świata jakoś mnie odpychały. Kiedy w moje ręce trafiła dziecięca wersja książkowego poprzednika, nastawienie miałem mocno sceptyczne. Pierwszy kontakt z książką zaskoczył mnie szalenie wysoką jakością wydania, jednak moje wątpliwości co do treści pozostały. Cóż jednak na temat bajek może powiedzieć taki stary piernik jak ja? Na testy zaprosiłem młodego. Wynik był dla mnie bardzo zaskakujący.

– Maamooo… – podchodzi do mnie Alek – znaczy Taatooo – reflektuje się.

– Słucham.

– Esteś dobym puchazem, pjawda?

– Kim? – pytam zdumiony

– No puchazem! Musis mi ugotować!

– Aha! Kucharzem! – walę się prawicą w potylicę – a co Ci ugotować?

– Take ciasto.

– Hm, ja nie jestem pewien czy potrafię. Masz ochotę na coś słodkiego?

– Nie, tata! – no tak, jaki ja jestem niedomyślny – Ce być duzy, taaaaki duzy!

Już jakiś czas temu zauważyłem, że bez względu na to co ja myślę o danej bajce, Aleks może mieć zupełnie odmienne zdanie. Tak też jest w tym wypadku. Okazuje się, że „Alicja” jest na topie, jako wieczorna czytanka, już od wielu, wielu dni. Czytamy sobie razem po kilka stron i mimo wielokrotnego jej ukończenia, wciąż zaczynamy od nowa. Język jakim książka jest napisana, trafia do małego uszka i czaruje czymś zupełnie mi niezauważalnym. Nie ma przydługich opisów, całość napisana jest jasno i sporo jest dialogów – może to właśnie jest klucz, do obudzenia zainteresowania w młodym czytelniku. Maksymalnie interaktywna zawartość również ma niebagatelny w udział we wciąganiu dziecka w czytaną historię.

 

Niewątpliwie największą zaletą „Alicji” jest fenomenalne wydanie. Na każdej stronie coś się dzieje. Można otwierać drzwiczki, „znikać” i „pojawiać” kota, „rosnąć” lub „maleć” Alicję czy szukać ukrytych elementów na ilustracjach. Książka jest jedną z najpiękniejszych jakie widziałem, a co najważniejsze na młodym czytelniku robi podobne wrażenie. Testowałem ją na 3 i pół letnim chłopczyku i 7 letniej dziewczynce – efekt nieodmiennie przyciągał ich uwagę na długo.

– Taaatooo…

– Słucham.

– Co kombinujes?

– Ja? Nic. Zupełne nic.

– Estes gzecny?

– Tak.

– Na pewno?

– Oczywiście!

– No, mas scenscie!

„Alicja w Krainie Czarów” rządzi! Ma wszystko to, co powinna posiadać idealna książeczka dla dzieci. Wszędzie się coś rusza, wyskakują trójwymiarowe elementy, tu coś się otwiera, tam jest jakaś ciekawostka, a najważniejsze, że wszystko to zostało wykonane w miarę dziecioodpornie (mój egzemplarz trzyma się dzielnie). Tekst nie ustępuje jakością wykonaniu i wciąga do Krainy Czarów niczym „wsysacz” (zapożyczenie od pewnego przedszkolaka). Gruba, miękka okładka domyka udanej całości. Cóż jeszcze mogę dodać? Pozycja ta będzie idealnym prezentem w Mikusiowym worku. Polecam i głową ręczę, że się spodoba.

Gorąco polecam i zalecam!

Wydawca: Wilga

Ilość stron: 24

Data wydania: sierpień 2011

Moja ocena: czary – mary stosowane!

PS. Więcej zdjęć „ze środka” znajdziecie na stronie wydawnictwa.

Kop po wrażliwości na jesienny wieczór.

Czołem!

Tak mnie na blogu Onibe przekabacili na sentymentalny nastrój, że i z Wami wypada mi się nim podzielić. Na dworze zimno i ciemno, proponuję więc coś, co daje kopa po wrażliwości (ostatnio moje ulubione wyrażenie) i rozgrzewa.

Będzie ciepło – obiecuję! Na początek Luis Armstrong…

Kto nie zna Sinatry! A to co Bono zrobił… słowa tego nie oddają. Od kilku lat jedna z moich osobistych the very best of…

A to moje niedawne odkrycie, dziewczyna potrafi czarować:) Dodam, że młody tańczy przy tej piosence!

Nie mogło zabraknąć The Piano Guys. Normalnie chyba się zapiszę na lekcje gry na pianinie! Koleś wymiata:) Po raz kolejny: utwór kochany przez młodego:)

Na koniec ZAZ. Kto nie zna, ten pozna, bo znać ją trzeba:) Genialna! Młody nie lubi…

Musiałem się podzielić nastrojem:)

Pozdrawiam serdecznie!

AVE!

PS. Co czytać bo się zdecydować nie mogę: Aliedorę, czy Klęskę Ważki? A może Oko Jelenia doczytać? Chętnie ulegnem sugestyjom, Alleluja! A, psik! 😉