Posts Tagged ‘ kosmos ’

„Kameleon” Rafał Kosik

Rafał Kosik to jeden z nielicznych polskich pisarzy s-f, któremu tworzenie powieści w tym gatunku naprawdę wychodzi. Po lekturze „Marsa” (2003) byłem przekonany o potencjale autora, „Vertical” (2006) tą tezę potwierdził, ale to jeszcze nie było „to”. Po przeczytaniu „Kameleona” (2008), długo siedziałem w ciszy. Kosik stworzył powieść kompletną, błyskotliwą, pełną metafor i odniesień to teraźniejszości. Warto!

„Na planetę Ruthar Larcke przybywa z misją ratunkową USS „Ronald Reagan”. Czterysta trzynaście lat wcześniej zaginął tu statek poszukujący planet do terraformowania. Załoga misji odkrywa kolejne zagadki: skąd na planecie odległej o sto dwadzieścia lat świetlnych od Ziemi kilkumilionowa ludzka społeczność? Czy jeden z członków załogi zaraził się obcą formą życia? I czy ich misja jest rzeczywiście misją ratunkową?”*

Pisząc o „Kameleonie” nie sposób pominąć nagród, jakie powieść zdobyła. Zajdel za 2008 rok, Sfinks 2008, nagroda Katedry „Fantastyka 2008”, czy nominacja Literackiej Nagrody im. Jerzego Żuławskiego – niewiele więcej można było ugrać na rodzimym rynku. Liczba wyróżnień przekłada się w tym wypadku bezpośrednio na jakość, zacznę jednak od początku.

Najnowsza z powieści Kosika wciąga od pierwszych stron. Początkowo miałem wrażenie, że będzie to typowo przygodowe s-f lekko zanurzone w klimatach space opery. Złudzenie to mija wraz z kolejnymi stronami, by w pewnym momencie wywołać reakcję w stylu: „Cholera! Co tu jest grane?!”. Fabuła powieści z prostej „przygodówki” szybko ewoluuje w wielowątkową opowieść z całą masą nawiązań i metafor. Do akcji wkraczają retrospekcje, które wprowadzają dodatkowy element zaskoczenia i pogłębiają złożoność historii planety Ruthar Larcke. Najlepsze jest jednak zakończenie…

Czytając „Kameleona” nasuwało mi się podobieństwo do przeróżnych antyutopijnych wizji, snutych przez Huxleya, Bradburego czy chociażby Zamiatina. Kosik poruszył jednak tą kwestię z nieco innej strony i nie bezpośrednio. Fabuła nie serwuje nam gotowych rozwiązań i obrazów, a jedynie wskazuje kierunek, w jakim opisane społeczeństwa będą zmierzać i jakie może mieć to skutki. Dla wielbicieli tego typu literatury, ta powieść to prawdziwa perełka.

Fabuła, chociaż gra niewątpliwie pierwsze skrzypce, nie przysłania pozostałych elementów składowych powieści. Ruthar Larcke jest oryginalne i nastrojowe. Niby prawie jak Ziemia, ale jednak nie do końca. Główni bohaterowie są zróżnicowani i charakterystyczni. Nie miałem problemów z ich imionami, nie myliły mi się postacie – to wielka zaleta. Akcja toczy się wciąż „do przodu”, ma swoje zrywy i zwroty, skutecznie trzymając przy książce do późnych godzin nocnych.

Najlepsze zostawiłem sobie jednak na koniec. 544 stronicowa powieść s-f, uhonorowana wieloma nagrodami, naprawdę fajnie wydana i warta każdych pieniędzy kosztuje na stronie wydawcy… 25,60,-! Dodam, że nie chodzi o wydanie kieszonkowe ale pełnowymiarowe 125×195 mm. Z ciekawości przeliczyłem sobie wartość jednej strony i wyszło mi, że wynosi ona niecałe 5 groszy.

„Kameleon” to literacki grande finale Rafała Kosika. Autor podniósł sobie niebywale poprzeczkę i czekam z wielką niecierpliwością na jego kolejną powieść. Książkę polecam wszystkim. Jest to typowy przedstawiciel fantastyki socjologicznej (social science fiction) – porusza problem ewolucji alternatywnych społeczeństw i zachowań międzyludzkich. Co za tym idzie, niewiele jest w niej techniki i opisów jej działania, a to przekłada się bezpośrednio na łatwość odbioru przez nieobytego z twardszym s-f czytelnika.

„Kameleonem” Rafał Kosik zajął u mnie honorową pozycję obok Orwella, Hinleina, Bradburego i Assimova. Polecam, zalecam i rekomenduję!

Polecam gorąco!

Wydawca: Powergraph

Ilość stron: 544

Data wydania: 2008

Moja ocena: najlepszy z Kosików

Recenzja napisana dla portalu Fantasybook. Polecam i zapraszam:)

*opis z okładki

Reklamy

„Starfist. Szkoła ognia” D. Sherman, D. Cragg

Od czasu do czasu zdarza mi się taki dzień, że mam ochotę zapaść się na mojej małej kanapie z wielkim kubkiem kawy i przeczytać coś, nad czym nie muszę myśleć, kombinować nad fabułą ani w żaden inny sposób wysilać się intelektualnie. Założenie to, chociaż pozornie wydaje się proste, w rzeczywistości nastręcza mi nie lada problemów. Okazuje się, że znalezienie prostego i niewymagającego czytadła, które jednocześnie było by ciekawe i wciągające, nie jest sprawa łatwą. Z tegorocznych książek przychodzi mi na myśl jedynie „Ponury Piaskun” i „Grizzli”. Do tych dwóch niewątpliwie męskich pozycji bez wahania dopisuję nową powieść D. Shermana i D. Cragg’a, zatytułowaną „Starfist: Szkoła ognia”.

Na planecie Wanderjahr rządzonej przez oligarchów o niemieckich korzeniach dochodzi do buntu. Na prośbę władców tej społeczności, Konfederacja wysyła korpus Marines z misja stabilizacyjną. Żołnierze zastają na miejscu skomplikowaną politycznie sytuację, miernie wyszkolone siły porządkowe, oraz świetnie zorganizowane siły partyzanckie kryjące się w lasach. Na wyraźny rozkaz przełożonych, korpus ma skupić się wyłącznie na szkoleniu lokalnej policji, co nie ułatwia zadania. Na domiar złego każdy z oligarchów stara się wykorzystać obecność Marines w swoje walce o władzę i wpływy. Z każdym dniem sytuacja zaczyna się komplikować, a rosnąca liczba ofiar potęgują napięcie.

„Szkoła ognia” to z definicji space opera, jednak niewiele jest w niej kosmosu, statków kosmicznych czy super zaawansowanych technologii. Marines korzystają co prawda z broni plazmowej i specjalnych strojów maskujących, jednak to w zasadzie wszystko co łączy tą powieść z gatunkiem s-f. Książka staje się przez to uniwersalna. Odnajdą się w niej nawet osoby nie czytające na co dzień fantastyki. Fabuła opiera się na relacjach międzyludzkich, taktyce, podchodach, zdradach i zasadzkach i nie ma w niej niczego specjalnie futurystycznego.

Ta książka wciąga. Tylko tyle i zarazem aż tyle. W „Starfiście” nie ma sensu doszukiwać się głębszych wartości, wieloznaczności, czy zakamuflowanych przesłań. Autorzy z założenia chcieli stworzyć literaturę stricte rozrywkową i udało im się to perfekcyjnie. Powieść pozbawiona jest dłużyzn, czyta się ją szybko i przyjemnie a na deser zostało kilka zwrotów akcji i lekko zaskakujące zakończenie. Fabuła pędzi do przodu w dużej mierze z pomocą dialogów, co wpływa pozytywnie na tempo akcji.

„Starfist: Szkoła ognia” to po prostu świetne czytadło, które śmiało można podsunąć mężowi, chłopakowi czy tacie. Jest w nim sporo strzelania, akcja jedzie gładko do przodu niczym masło po rozgrzanej patelni, opisy nie męczą, a przede wszystkim nie ma w niej beblania o miłości i uczuciach. W swojej kategorii jest to po prostu książka rewelacyjna. Polecam dla relaksu, po ciężkim dniu, kiedy wciągająca lektura jest na wagę złota a nie chcecie ryzykować powieści niesprawdzonej i (o zgrozo!) ambitnej.

 Wydawca: Dwójka bez Sternika

Ilość stron: 344

Data wydania: czerwiec 2010

Moja ocena: 7/10

PS. Dziękuję Wam wszystkim za wsparcie, miłe słowa i że jesteście! Moja blogowa obecność pozostanie na razie na poziomie przeciętnym, jednak nie powinienem już więcej znikać na tak długo:) Czekających na maile ode mnie proszę o jeszcze kilka dni cierpliwości. Wygrzebuję się spod kilku ton maili, co okazuje się być koszmarnie mozolnym zajęciem.

„Pierścień” Larry Niven

Istnieje kilka rodzajów przyjemności, jakie można czerpać z czytania. Są książki, które odrywają nas od codzienności na chwilę, jednak tuż po ich zamknięciu, niewiele po sobie pozostawiają. Dają prostą, lecz krótką rozrywkę. Są tez książki, które czyta się niełatwo. Książki, które nie dostarczają wielkiej przyjemności podczas samej lektury, które trącają jednak jakąś strunę we wnętrzu człowieka, zapuszczają korzenie w pamięci i duszy, zostawiają ślad. Do takich właśnie powieści niewątpliwie należy „Pierścień” Larrego Nivena. Nie poraża on tempem akcji, wielopłaszczyznową fabułą, czy jakimiś nietypowymi rozwiązaniami. On po prostu zapada w pamięć.

Świat przyszłości. Kosmos, prócz ludzi, zamieszkuje kilka odmiennych ras. Przedstawiciel lalkarzy – zaawansowanej technologicznie rasy, składa Louisowi Wu – człowiekowi i sławnym odkrywcy – ciekawą i niespotykaną propozycję. Mają wyruszyć razem na wyprawę, w niezbadane obszary galaktyki, by zbadać tajemniczy pierścień, obejmujący jedno ze słońc. Towarzyszyć ma im dodatkowo przedstawiciel wojowniczej rasy – kzin, oraz jeszcze jeden ziemianin. Tak zaczyna się długa, niebezpieczna i pełna niespodzianek podróż. Czym jest w rzeczywistości pierścień? Do czego służy? Dlaczego wzbudza takie emocje wśród lalkarzy?

Akcja powieści rozwija się żółwim tempem. Autor bardzo wiele czasu poświęca, na opis Ziemi przyszłości, oraz postępu technologicznego, jaki poczyniła ludzkość. Efekt globalizmu po przeczytaniu książki, zyskał w moich oczach całkiem nowy, poszerzony wymiar. Kiedy już przebrniemy przez toporny wstęp i uformowana ekipa ruszy w czerń wszechświata, tempo wzrasta, i fabuła wciąga na długie godziny. Trzeba przyznać, że Niven to człowiek obdarzony wielkim talentem, który pozwala mu w iście filmowy sposób, opisywać obszary tak olbrzymie, że niejednokrotnie miałem problem, by objąć je swoją wyobraźnią. Potraficie wyobrazić sobie nasz układ słoneczny? A potraficie wyobrazić sobie tysiąc takich układów i podróż między nimi z kilkukrotną prędkością światła?

„Pierścień” to typowy przykład twardego s-f, w klimatach space opery. Ostrzegam, że osoby nieobyte z tego typu literaturą, mogą mieć nie lada problem, z doczytaniem dzieła Nivena do końca. Autor nie ucieka od naukowych teorii. Macierze losowe Dysona, czy zagadnienia związane z przemieszczaniem się z prędkością większą niż światło oraz ich konsekwencje, to przykłady, które od ręki przychodzą mi do głowy. Ten lekko naukowy styl, powoduje pewne spadki tempa, z jakim fabuła toczy się do przodu, jednak pogłębia wrażenie autentyczności przedstawionego świata.

Wszechświat właśnie, jest najmocniejsza stroną tej książki. Opisana z niesłychanym rozmachem i pietyzmem przestrzeń kosmiczna, wciągnęła mnie na naprawdę długie godziny. „Pierścienia” nie da się czytać szybko. Jest on napisany z tak wielką dbałością o szczegóły, że momentami cofałem się kilka linijek, by nic mi nie umknęło. Sam opis pierścienia jest spektakularny. Ogrom jego rozmiarów wręcz przytłacza podczas czytania. Żeby oddać uczucia związane z wrażeniami płynącymi z opisem świata, na myśl przychodzi mi jedynie (tak popularne ostatnio) wyrażenie „epicki”.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o wydaniu. Książka w twardej oprawie dodatkowo została starannie zszyta. Położona otwarta na biurku, nie zamyka się sama. Papier jest gruby, dobrej jakości, a druk nie prześwieca przez niego. Do tego przepiękna okładka, nawiązująca w każdym detalu do treści książki. Tak wspaniałego wydania, dawno już nie miałem w rękach. Okładkowa cena to 45,90 – dużo, ale za klasykę s-f w tak starannym wydaniu, można bez wyrzutów sumienia tyle zapłacić.

„Pierścień” to powieść nietypowa. Czytałem ją kilka dni i przyznam, że momentami nie było łatwo. Spora złożoność, olbrzymi rozmach i sporo zagadnień naukowych nie ułatwiają lektury. Wielką jej wartość odkryłem jednak, kiedy przyłapałem się, na codziennych rozmyślaniach o świecie, stworzonym przez Nivena. Jest on po prostu wspaniały i przeogromny, a przy tym niesłychanie sugestywny. Zdecydowanie warty poznania. Dla każdego prawdziwego wielbiciela s-f, jest to pozycja po prostu obowiązkowa.

Polecam!

Seria: Świat pierścienia tom 1

Wydawca: Solaris

Ilość stron: 386

Data wydania: 2010

Moja ocena: 8/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book.

„Mars” Rafał Kosik

Rafał Kosik jeszcze kilka dni temu był dla mnie sporym znakiem zapytania. Po przeczytania „Verticala” jego autorstwa, miałem dylemat: uznać książkę za jednokrotny przebłysk talentu, czy autora za błyskotliwego pisarza. Należało to rzecz jasna sprawdzić. Oczywistym było, że kolejna jego książka jest tylko kwestią czasu. Tym sposobem wszedłem w posiadanie debiutanckiej powieści pana Rafała pt. „Mars”. Teraz już Kosik nie jest dla mnie znakiem zapytania  a wykrzyknikiem. Dużym, jasnym i błyszczącym wykrzyknikiem, żeby nie było niedomówień!

W 2040 roku ludzie wpadli na pomysł jak terraformować Czerwoną Planetę. Zbudowano potężne wieże elektrolityczne mające produkować tlen, a reakcjami nuklearnymi podgrzano klimat i częściowo stopiono czapy lodowcowe. Na tak przygotowaną planetę w sto lat później przybyli pierwsi osadnicy. W roku 2305 wiadomo już, że nie wszystko poszło zgodnie z planem. Polityka, przemysł i idące za tym pieniądze zmąciły proces formowania Marsa. Doris i Allan to przeciętni mieszkańcy Nowego Londynu. Zostają wplątani w aferę ekologiczną, która tylko z pozoru jest tym, czym może się z początku wydawać.

„Mars” to niesamowita powieść. Co w niej zachwyca to uczucie nieustannej niepewności. Klimat jakiegoś niepojętego zagrożenia. Podczas czytania, czułem jakby ktoś nieustannie wbijał mi wzrok w plecy. Niska grawitacja, groźne burze piaskowe i niepewna atmosfera uzupełniają napięcie budowane przez fabułę. Snuta opowieść tworzy wokół czytelnika uczucie jakiegoś zaszczucia. Kiedy czytałem ją późną nocą, nie mogąc się od niej oderwać, miałem wrażenie, że ktoś gdzieś uważnie mnie obserwuje. Pod tym względem powieść „trzepie mózg”, co do tego nie ma wątpliwości.

Początkowo wydawało mi się, że mam do czynienia z typową literaturą s-f, nastawioną na przygodę i może jakiś dreszczyk emocji. Okazuje się jednak, że „Mars” ma do zaoferowania  o wiele więcej. Wielowątkowa fabuła ukazuje złożone i trudne życie na nieprzyjaznej planecie. Polityka powiązana z przemysłem zwykłego człowieka traktuje w kategorii towaru. Dla Ziemi, Mars jest wielkim zakładem produkcyjnym, wysypiskiem i buforem dla mnożących się ludzi. Przy takiej ilości zagadnień autor operuje maksymalnie, zaledwie kilkoma bohaterami naraz, skupiając się całkowicie na historii, przez co oba te elementy są ze sobą idealnie splecione, a całość czyta się łatwo i szybko.

Czy więc książka ma jakieś słabe strony? Pewnym przeciwwskazaniem może okazać się fakt, że powieść jest jednak mocno naukowa, co może odstraszać. Jednak dla czytelnika, dla którego na przykład taki Avatar był w miarę zrozumiały, takim będzie i „Mars”. Fabuła nie prowadzi też do końca za rączkę. Są momenty w których trzeba sobie samemu dopowiedzieć to i owo. Ja te drobne niedomknięcia lubię, lecz będą na pewno osoby, które pokręcą na nie nosem.

Słów kilka o wydaniu. Śnieżnobiały papier, piękna okładka ze skrzydełkami i wyraźny druk. Do tego 422 strony powieści s-f na najwyższym poziome, ze znikomą ilością literówek (znalazłem bodaj dwie) i to wszystko w cenie 29 zł. To nie jest żadne wydanie kieszonkowe (format to 195×125), ani książka drukowana maczkiem na eco-papierze. Czyli jak widać, można wydawać ładnie i niedrogo.

Tyle chciałem o „Marsie” napisać, a jak zwykle mi się nie udało. Rafał Kosik to pisarz o wielkim talencie. Książka posiada przede wszystkim to coś, co sprawia, że mimo całodniowego zmęczenia, siedziałem do późnej nocy nie mogąc się oderwać. Fabuła jest delikatnie mówiąc zakręcona i zaskakująca (pod koniec szokująca). Sama końcówka zostawiła mnie ze szczęką w piwnicy – jej impet był tak wielki, że spadając przebiła strop. Dziwię się, że „Mars” nie został jeszcze przetłumaczony na 40 języków i wydany w 120 krajach. Może jestem nieobiektywny… na pewno jestem nieobiektywny, ale to jedna z najlepszych powieści s-f jakie ostatnio czytałem.

Polecam gorąco!

Wydawca: Powergraph

Ilość stron: 422

Data wydania: 2009 (I wydanie 2003)

Moja ocena: 8/10

Na koniec chciałem tylko dodać, że w sklepie wydawnictwa, „Mars” dostępny jest w cenie… 20,30 zł (słownie: dwie dychy!). Zaznaczam, że to nie jest żadna reklama i nic z tego nie mam:) Kieruję się jedynie chęcią promowania dobrych książek w dobrych cenach:)

Ave!

„Vertical” Rafał Kosik

Od dłuższego już czasu narzekam na pewną stagnację w fantastyce, szczególnie tej rodzimej. Nie chodzi o to, że pisane współcześnie książki są złe czy nudne, po prostu prócz starszych klasyków brakuje mi na rynku czegoś nowego – jakiegoś świeżego powiewu. Od czasu do czasu Dukaj wyskoczy z czymś ciekawym i nietypowym, jednak poza nim, do tej pory nie widziałem alternatyw. Niedawno w ręce (jak zapewne się domyślacie – zupełnie przypadkiem) wpadła mi jednak książka Rafała Kosika „Vertical” i w zasadzie możecie zapomnieć o wszystkim, co przeczytaliście wyżej.

W skrócie „Verical” przedstawia nam wizję świata alternatywnego, poprzecinanego na wskroś linami nieznanego pochodzenia. Są one wszędzie i pną się z dołu do góry. Windziarze (mieszkańcy miast na linach, o których za chwilę), zwykli górę zwać celem, bo to ku niemu pną się miasta. Na początku poznajemy Murka – chłopaka żyjącego właśnie w takim mieście, powoli sunącym po kilku linach ku górze. Jest on jedyną osobą, która zadaje sobie pytanie, skąd właściwie wystartowały miasta, kto je zbudował i jaki miał zamysł, a najważniejsze – co znajduje się na dole. Ludzie żyją prosto na tych niewielkich ażurowych konstrukcjach i wszystko co robią, robią by przetrwać. Każde miasto charakteryzuje się jakąś specjalizacją, więc najważniejszym wydarzeniem jest moment, kiedy dwie konstrukcje spotykają się i zachodzi możliwość Wymiany. Podczas tego wydarzenia na drodze Murka staje czarnowłosa Hersis i wtedy wiadomo już, że nic już nie będzie takie samo jak dotychczas.

Trudno mi opisać fabułę powieści, by nie psuć wam zabawy, związanej z jej odkrywaniem. Złożoność całego świata powaliła mnie na łopatki. Kiedy już byłem pewien, że ogarniam całość, okazywało się, że… jednak nie do końca. Kosik zachwycił mnie swoją wyobraźnią i sposobem w jaki układa się opowiadana historia. Można by powiedzieć, że akcja nie opiera się na fabule, a na świecie w jakim się toczy. To on rozdaje karty a bohaterowie i wydarzenia są mu całkowicie podporządkowane. Wyśmienite i oryginalne posunięcie.

„Vertical” bez wątpienia należy do twardszej odmiany s-f. Nie brakuje tutaj opisów mechanizmów i technicznych dyskusji, jednak ich poziom pozwala zrozumieć je przeciętnemu zjadaczowi chleba. Cała książka zresztą napisana jest właśnie nieco „mechanicznym” stylem – jakby na sucho. Odbija się to szczególnie na postaciach, które są nieco ascetyczne i przez to trochę pozbawione wyrazistości i emocji. Nie przeszkadza to na szczęście cieszyć się wykreowanym światem. Od opisów bezkresnego nieba można dostać zawrotów głowy, a że pogubicie się w niewyobrażalnych przestrzeniach, stworzonych przez Kosika to rzecz wręcz pewna!

Tradycyjnie już słów kilka o wydaniu. Autor, jako właściciel Powergrafu, sam wydaje własne książki i to widać. Pierwszorzędna „skrzydełkowa” okładka z rewelacyjnie oddanym obrazem podniebnego miasta, zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Na pierwszy rzut oka nie powala, ale podczas czytania co chwila na nią zerkałem. Śnieżnobiały papier również ładnie się prezentuje, jednak kartki mogły być nieco grubsze. Literówki zdarzają się naprawdę sporadycznie, zauważyłem może dwie o których pamiętam. Całość wyceniono na 28,50 i w tym momencie wstaję i biję brawo. Taka cena za takie wydanie to jest to.

„Vertical” to książka wspaniała i warta przeczytania, jednak nie łatwa. Na pewno nie jest to lektura dla każdego. By ją docenić, przede wszystkim trzeba otworzyć wyobraźnię i dać się ponieść. Świat w powieści jest niebywale rozległy i jego poznanie daje potężną dawkę satysfakcji. Miłośnicy Dukaja i ambitniejszej fantastyki będą zachwyceni i sięgną po kolejne książki Kosika, co mogę wam, bez podejmowania ryzyka, zagwarantować.

Polecam!

Wydawca: Powergraph

Ilość stron: 320

Data wydania: 2006

Moja ocena: 8/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book

„Gra Endera” Orson Scott Card

Przeglądając kanon literatury science fiction, nie sposób pominąć osobę Orsona Scotta Carda. Zasłynął on na całym świecie za sprawą serii książek o Enderze. Dzisiaj zajmę się pierwszą częścią wspomnianej sagi, czyli „Grą Endera”. Książka została napisana w 1985 roku na podstawie wcześniejszych opowiadań autora, a już rok później uhonorowaną ją dwoma prestiżowymi nagrodami – Hugo i Nebulą. Książka słynie ze swojej uniwersalności, bez względu na wiek, płeć bądź czytelnicze preferencje, ponoć każdy znajduje w niej coś dla siebie. Cóż, przekonajmy się na ile jest to prawda.

„Gra Endera” opowiada historię pewnego sześciolatka Andrew Wiggina, zwanego potocznie Enderem. Ziemia jest przeludniona i grozi jej trzecia inwazja, ze strony potężnej kosmicznej rasy obcych, określanej mianem robali. Dwa pierwsze ataki udało się odeprzeć, jednak kolejny może okazać się ostatnim. Międzynarodowa Flota prowadzi regularne badania dzieci, by wyłonić spośród nich jednostki na tyle genialne, by (po przeszkoleniu) były zdolne poprowadzić siły wojskowe do kolejnego zwycięstwa. Jak już pewnie sami się domyślacie, dzieckiem takim okazał się tytułowy Ender. Jako zakwalifikowana jednostka, dostaje się on do Szkoły Bojowej, gdzie dane nam jest śledzić jego niełatwe losy.

Książka wciąga niesamowicie. Bieg wypadków pędzi z szybkością światła i zmusza wręcz do nieprzerwanego czytania. Fabuła stopniowo odkrywa przed nami kolejne elementy świata w którym toczy się„Gra Endera”. W zasadzie przez większość książki powieść jest nieco klaustrofobiczna, by pod koniec niepostrzeżenie rzucić czytelnika wprost w nieogarnięty ogrom kosmosu. To tak jakbyśmy lecieli odrzutowcem (to najlepsza metafory tempa powieści) z potężną prędkością w ciemnym wąskim tunelu by nagle, wyskoczyć z niego w bezgraniczną przestrzeń.

Podczas czytania, długo zastanawiałem się co też takiego genialnego jest w tej książce czego ja nie potrafię dostrzec. Owszem, czyta się ją szybko, opowieść jest naprawdę ciekawa a świat robi wrażenie nam bliskiego i jest bardzo niepokojący. Kiedy Ender trafia do kolejnej szkoły, doznałem olśnienia! Elementem, który spaja całą rewelacyjną fabułę i wynosi książkę na wyższy poziom, jest postać głównego bohatera. Z bardzo dobrej powieści s-f, Orson Scott Card za sprawą dorastającego genialnego dziecka, stworzył coś głębszego, większego i niezwykłego. Nie przypominam sobie, żebym czytał kiedykolwiek tak sugestywny opis ewolucji, rozwoju i dojrzewania dziecka, które – w zależności od punktu widzenia – było na to gotowe bądź nie. By docenić kunszt z jakim autorowi udało się tego dokonać, należy spojrzeć na powieść z dystansu – ogarnąć wyobraźnią całość. Widać wtedy, jak maleńkimi kroczkami, Ender powoli dorasta na naszych oczach.

Wspomniałem na początku, że książkę uważa się za uniwersalną. Jestem w stanie zgodzić się z tą opinią, jednak z drobnym zastrzeżeniem. Dla młodszych czytelników, książka będzie po prostu wspaniałą kosmiczną przygodą, a dla dorosłych z fantastyki wyłonią się elementy dodatkowe takie jak psychologia, mechanizmy działania grupowego czy wszechobecna manipulacja i cenzura. W tych ostatnich elementach znajduję właśnie pewną słabość książki. Obawiam się, że osoby obyte z psychologią dziecięcą, mogą czuć się zawiedzione spłyceniem niektórych stadiów rozwoju Endera.

„Gra Endera” to pierwszy tom całej sagi. Książka jest po prostu świetna i chce się więcej! Napisana jest zręcznie, błyskotliwie i z niesłychaną pomysłowością. Zaskakuje częstymi zwrotami akcji i naprawdę ciężko się od niej oderwać. Dodatkowo wydawnictwo dodało do książki w formie bonusu opowiadanie „Chłopiec z Polski”, przedstawiające historię ojca Endera. Osobiście proponuję przeczytać je przed zagłębieniem się w powieść, ponieważ zyskuje ona wtedy dodatkowy smaczek.

Książkę polecam każdemu! Zakres wiekowy w zasadzie jest nieograniczony, więc książka nada się idealnie na gwiazdkowy prezent (tym bardziej że cena książki wynosi 29.90 – moim zdaniem bardzo przyzwoicie)! Czytać, czytać i jeszcze raz czytać!

Polecam!

Wydawca: Prószyński i S-ka

Ilość stron: 324

Data wydania: 2009

Seria: Saga Endera tom I

Moja ocena: 9/10

Recenzja opublikowana wcześniej na portalu Fantasy Book

„Pustka:Sny” Peter F. Hamilton

Poszukując dobrej literatury science fic­tion, natrafiłem ostat­nio na świeżo wydaną w Pol­sce naj­now­szą powieść Petera Hamil­tona zatytułowaną Pustka: Sny. Jest to pierw­szy tom Trylogii Pustki (ostat­nia część ukazała się jakiś czas temu na Wyspach). Nazwisko autora gwaran­tuje niejako naj­lep­szą jakość, a w nie­których kręgach uznaje się go nawet za wskrzesiciela gatunku space opery. Czy i tym razem wysoka forma Hamil­tona została zachowana?

Jest rok 3580. Ludz­kość wkracza powoli w fazę post­fizyczną. Każdy człowiek za sprawą rejuwenacji (czyli wymianie ciała na nowe) jest prak­tycz­nie nie­śmier­telny. Każda planeta w galak­tyce posiadająca warunki zbliżone do ziem­skich została zasiedlona. Populacja podzielona jest na świat zewnętrzny i wewnętrzny, w którym dodat­kowo działają różne frak­cje polityczne. W tym zamieszaniu jakby z boku egzystują wyznawcy Snu Indigo, czyli ludzie wierzący w Chodzącego po Wodzie o którym to śnią ich prorocy. Wszystko to jed­nak dzieje się na tle tytułowej Pustki – miej­sca stworzonego przez nie­znane siły miliony lat temu, która co jakiś czas roz­szerza się, aby ist­nieć,  pochłaniając jed­nocześnie galak­tykę kawałek po kawałku. W Pustce tej znaj­duje się planeta, jed­nak jedynie raz ludz­kiemu stat­kowi kosmicz­nemu udało się na nią dostać. Od tam­tego czasu ktokol­wiek zbliży się do niej – ginie. Sekta śniących wierzy, że z pomocą Boga uda im się wkroczyć na tę ziemię obiecaną. W całą sytuację wplata się polityka oraz potężna, starożytna rasa kosmitów – Raielów, którzy są prze­ciwni piel­grzymce wier­nych, uważając, że spo­woduje ona nie­kon­trolowany roz­rost Pustki.

Kiedy zaczynałem moją przy­godę z Pustką, nie było łatwo. Począt­kowo czułem się zagubiony. Mnogość wąt­ków i postaci nie ułatwia zorien­towania się w fabule. Dodat­kowo muszę zaznaczyć, że książka ta luźno kon­tynuuje wątki pod­jęte w Gwieź­dzie Pan­doryJudaszu wyzwolonym. Pytam głośno: Dlaczego nikt tego nie zaznaczył na okładce? Dla fanów Hamil­tona jest to zapewne rzecz naturalna. Ja jed­nak uważam, że czytel­nik powinien zostać poin­for­mowany o fak­cie, że chociaż jest to tom I nowej trylogii to nawiązuje do wcześniej­szych pozycji. Mimo to nawet nowi czytel­nicy, którzy z autorem nie mieli wcześniej nic wspól­nego, dadzą radę przez książkę prze­brnąć, ponie­waż wydarzenia opisane są w miarę rzetel­nie – będzie to jed­nak doświad­czenie uboż­sze, które ominie stałych czytelników.

Fabuła zbudowana jest genial­nie! Hamil­ton to mistrz kreacji. Akcja toczy się wielotorowo. Obser­wujemy ją z każ­dej moż­liwej per­spek­tywy za sprawą róż­norakich bohaterów. Ta wielość momen­tami przy­tłacza, jed­nak przy odrobinie samozapar­cia daje z czasem ogromną satys­fak­cję. Poszczególne postacie nie są jedynie marionet­kami. Każ­dej autor poświęcił czas i stworzył ją od pod­staw. Zapadają one dzięki temu w pamięć i zyskują na oryginal­no­ści. Kiedy już poznamy wszyst­kie strony i fabuła zaczyna się zapętlać – Pusta wciąga! Szczegól­nie na końcu!

Jeżeli brał­bym pod uwagę samą fabułę i oceniał jedynie pióro Hamil­tona,  Pustka: Sny uzyskałaby ode mnie nie­mal naj­wyż­szą notę. Jed­nak nie mogę nie wspo­mnieć o pol­skim wydaniu książki, za które odpowiedzialne jest wydaw­nic­two MAG (poprzed­nie książki Hamil­tona wydane zostały przez wydaw­nic­two Zysk i S-ka). Pierw­sze na co trafiamy to okładka i wygląd zewnętrzny. Cena książki to 45, — a okładka jako­ściowo jest po prostu mierna. Już po kilku dniach wygląda nie­ciekawie, a wierz­cie mi, że mam wpojone poszanowanie dla literatury. Sama jakość druku rów­nież nie powala. Zdarzają się plamy jaśniej­szego druku i nie­do­drukowane literki.

Zostawmy jed­nak estetykę i przejdźmy do elemen­tów, które auten­tycz­nie psuły mi radość z czytania. Zacznę od tłumaczenia, które jest miej­scami koślawe. Momen­tami musiałem się zastanawiać, co tłumacz miał na myśli. Na szczę­ście znam dobrze język angiel­ski, co ułatwiało mi orien­tację. Podaję pierw­szy z brzegu przykład:

Zmusiło to Oscara do zastanawiania, czy rzeczywi­ście można wykorzystać gajas­ferę w celach szkodliwych.

Po łapach należy się także korek­cie. Literówki drobne mogę zro­zumieć, ale żeby prze­kręcać imię bohatera (Edeard – Edeart)? Nie wybaczę także błędów, które pod­kreśla każdy edytor tek­stu (wywływała – powinno być wywoływała). Na deser napo­mknę jesz­cze, że fani twier­dzą, iż w pol­skim wydaniu brakuje jed­nego roz­działu. Zgodzę się z tym spo­strzeżeniem, ponie­waż na stronie wydaw­nic­twa wid­nieje infor­macja, że książka powinna mieć 600 stron a mój egzem­plarz posiada ich 545, poza tym po czwar­tym roz­dziale następuje… szósty.

Pod­sumowanie I tomu nowej trylogii Hamil­tona przy­chodzi mi z ogromną trud­no­ścią. Z jed­nej strony świetny kawałek kosmicz­nej literatury przy­godowej, z drugiej naprawdę kiep­skie wydanie. Po MAGu po prostu się tego nie spo­dziewałem. W moich oczach słynie on ze staran­no­ści. Autorowi zaś trudno zarzucić coś kon­kret­nego. Fabuła jest złożona, wielowar­stwowa i nie­banalna, a dodat­kowo cała historia jest bar­dzo zróż­nicowana: począw­szy od wątku czysto fan­tastycz­nego po twarde s-f. Ksiązka prze­znaczona jest zdecydowanie dla osób dorosłych (sporo momen­tów prze­syconych ostrą erotyką). Czy sięgnę po kolejny tom? Co do tego nie ma wąt­pliwo­ści! Pustkę:Sny polecę bez wahania, jed­nak dopiero wtedy, kiedy pojawi się nowe, poprawione wydanie.

Wydawca: MAG

Ilość stron: 545

Data wydania: lipiec 2010

Moja ocena: 6/10

Recenzja opublikowana wcześniej na serwisie bookznami.

Reklamy